Pozdrowienia z Paryża (2010 - kino)

| 1 komentarze

STOP SPAM BLOGOM.
PONIŻSZY TEKST ZOSTAŁ SKOPIOWNY Z WWW.KINO-DVD.PL BEZ POZWOLENIA AUTORA!



     Głównymi bohaterami są James Reece (Jonathan Rhys Meyers ) i Charlie Wax (John Travolta). Ten pierwszy to lekko lalusiowaty agent marzący o prawdziwej akcji w terenie, a ten drugi jest już niemalże starą wygą tajnych służb. Jak nietrudno się domyśleć, pewnego kolorowego dnia ów panowie zostają partnerami. Fabuła? Ci dobrzy killują tych złych.



     Do tej pory Pierre Morel na swoim reżyserskim koncie miał zaledwie dwie produkcje. Jedna przeszła bez większego echa („13 dzielnica”), natomiast druga („Uprowadzona”) odniosła niespodziewany sukces, dzięki czemu Morel stał się nową nadzieją podupadającego kina akcji. Oczywiście jeden dobry film wiosny nie czyni, ale po obejrzeniu jego najnowszego filmu „Pozdrowienia z Paryża” nie mam wątpliwości - Morel doskonale wie, co jest esencją kina akcji.
     „Pozdrowienia z Paryża” to powrót do korzeni, prawdziwy old school w nowoczesnym wydaniu. Wg mnie Morel, czy tego chciał czy nie, złożył swego rodzaju hołd dla filmów z przełomu lat 80/90 czyli epoki VHS. Akcja w „Pozdrowieniach” pędzi do przodu niczym wystrzelony korek od szampana, trup w starciach ‘jeden na wszystkich, wszyscy na jednego” ściele się gęsto, a słowo „mutherfuckers” występuje tak często, że powinno się znaleźć w podtytule filmu. Ilości głupot, jakie pojawiają się podczas kolejnych minut nie sposób zliczyć, a wszystkie rozwiązania fabularne oraz humor żółtodziób vs. stara wyga są do bólu schematyczne. Czy to źle? Nie, bo „Pozdrowienia z Paryża” ogląda się jednym tchem. Spodziewałem się kina akcji, dostałem to, czego chciałem, a że wszystko już było… No było, i co z tego. Przypomniały mi się czasy Szklanych Pułapek, Zabójczej Broni i ogólnie filmów z Eastwoodem w roli głównej. Super sprawa.
     Film akcji to oczywiście efekty specjalne, muzyka, montaż. W tej materii też jest dobrze – masa strzelanin, kupa ketchupu, wybuchające samochody i dynamiczna muzyka. Montaż nie jest za szybki, więc wszystko wygląda tak jak wyglądać powinno. Rozczarował mnie trochę pościg z pięknym Audi S8 w roli głównej (uwielbiam autka tej marki) - mogło być bardziej zaskakująco i wybuchowo. Poza tym, trochę męczące jest już oglądanie ograniczonego budżetu. W większości filmów w pościgu bierze udział jakaś fajna, nowoczesna fura i jakiś kompletny złom sprzed 15 lat. Wiadomo, że pierwsza fura to czysty marketing – „włos z głowy spaść jej nie może”, bo koszta za duże, a jeśli już dochodzi do kasacji to kierowca obowiązkowo musi wyjść z tego cało (żeby było, że samochód bezpieczny). Natomiast stara fura z reguły ulega widowiskowemu rozczłonkowaniu :) Zakończenie „Pozdrowień” też kiepskie, bo granica głupoty została nieznacznie przekroczona.
     W „Pozdrowieniach…” główne skrzypce gra oczywiście pulpetowaty John Travolta. Lubię go, ale pomysł na obsadzenie go w głównej roli uważam za lekko chybiony. Dramatu nie ma, w końcu się do niego przyzwyczaiłem, ale nie zmienia to faktu, że jakoś w tych swoich „mutherfuckers” wypadł piskliwie i średnio wiarygodnie. A i w scenach akcji widać, że montażyści musieli się przy nim trochę napocić. Jonathan Rhys Meyers też jest średni, ale z czasem, podobnie jak do Travolty, idzie się do niego przyzwyczaić. Poza tym w filmie zobaczymy polski, niewątpliwie bardzo ładny akcent, czyli Kasie Smutniak. I to nie w roli kierowcy, barmanki czy scenografii, a w obszernej roli drugoplanowej. Bardzo miło mi się na nią patrzyło, oby jej się za wielką wodą poszczęściło.



     Przy takich filmach popcorn i cola smakują najlepiej, a mózgownica odpoczywa w najlepsze. Przyznam, że dawno nie bawiłem się tak dobrze na czymś tak bezmyślnym. Morel ma dryg do kina akcji, udowodnił, że ”Uprowadzona” nie była dziełem przypadku i pozostaje teraz czekać na kolejną rozpierduchę, która, mam nadzieję powstanie (nie miałbym nic przeciwko kontynuacji). Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o tłumaczeniu filmu. Wiadomo, że nasi „są w tym dobrzy” i zwykłe „fuck” w najlepszym wypadku tłumaczą na „kurczę”. Natomiast tłumacz „Pozdrowień” nie żałował sobie i wulgaryzmy wcisnął nawet tam gdzie w oryginale ich nie ma („love is a shit” – „miłość zawsze nas robi w chuja” :)).

::::::::::::::::: 7+/10 :::::::::::::::::


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

Solista (2009 - dvd)

| 5 komentarze


     Dziennikarz Steve Lopez (Robert Downey Jr.) zupełnie przypadkowo odkrywa chorego na schizofrenie Nathaniela Anthony’ego Ayersa (Jamie Foxx), w przeszłości cudowne dziecko muzyki klasycznej, obecnie bezdomnego zarabiającego na życie grą na ulicach Los Angeles. Gdy Lopez spróbuje wskazać muzykowi drogę powrotu na łono społeczeństwa, zawiąże się pomiędzy nimi przyjaźń, która zupełnie odmieni ich przyszłe losy.



     Jamie Foxx. Jeżeli skonfrontuje sobie rolę „Ray’a” (Oscar za najlepszą rolę pierwszoplanową) , „Zakładnika”, znienawidzone przez większość „Miami Vice” (wkrótce w TV!) oraz „Jarhead” to nie ma innej wypadkowej jak aktor wszechstronny. „Solista” jest tego kolejnym dowodem, bowiem postać Nathaniela Ayersa wg. Foxxa jest dopracowana, poruszająca i w pełni wiarygodna. Jak zwykle zresztą. A przecież oddać gamę emocji człowieka z pasją i miłością do muzyki, przy czym chorego na schizofrenie bynajmniej chlebem powszednim dla aktora nie jest. Foxx dał jednak radę i po raz kolejny pokazał kawał dobrego aktorstwa. Duży plus. Zaraz za nim Robert Downey Jr. Trudno gościa nie lubić, ale wypracowany przez niego styl „jestem takim trochę świrem” zaczyna być lekko nudnawy. Wystarczy popatrzeć na jego ostatnie filmy. W każdym z nich gra zawadiackiego jegomościa sypiącego ciętymi odzywkami ala Dr. House (swoją drogą nadawałby się na doktorka jak nikt inny). W „Soliście” rzecz ma się zupełnie inaczej, bowiem grana przez niego postać nie jest wesołym fircykiem, a prawdziwym charakterem wystawionym na próbę dojrzewania w obliczu dramatu ciężko chorego człowieka. W końcu miałem okazję zobaczyć go „w czymś nowym” i przyznam szczerze, że taki Downey Jr. ukazujący wewnętrzną metamorfozę Steva Lopeza podobał mi się znacznie bardziej od „jestem takim trochę świrem”.
     Jamie Fox i Robert Downey Jr. – duet niewątpliwie udany, stanowiący największy atut całej produkcji. Co z resztą? Wielu widzów zabiera się za „Solistę” z przeświadczeniem, że obejrzy film o schizofrenii. Błąd. Postać Ayersa, genialnego i chorego muzyka, nie odkrywa przed nami żadnych nowych kart. Od początku wiemy, że jest chory (bez żadnych medycznych zagrywek), że w jego duszy zdrowo gra, a muzyka to jego sposób na wolność i wewnętrzną harmonię. Postacią kluczową jest tutaj dziennikarz Steve Lopez, który do momentu poznania Ayersa nie zdawał sobie sprawy z tego, że patrzy na świat przez lekko różowe okulary (a przecież życie dało mu już w kość). To właśnie o tym jest film. O wewnętrznym dojrzewaniu pomimo bagażu doświadczeń na karku (bo na naukę nigdy nie jest za późno), o szukaniu samego siebie, o tym, że nie zawsze bliźniemu można pomóc, ale i o sile przyjaźni, potrzebie bliskości drugiego człowieka i oczywiście o muzyce. Na ten ostatni aspekt został położony dość duży nacisk, dzięki czemu „Solista” daje namiastkę tego, jak niektórzy odnajdują w nutach swoją małą, rajską enklawę. Historia tej nietypowej, a zarazem pouczającej przyjaźni nie jest specjalnie dołująca czy przejaskrawiona. Dramatu w dramacie niewiele, film raczej lekki (biorąc pod uwagę całą otoczkę), ale za to refleksyjny i nawet przejmujący. Można powiedzieć, że „Solista” jest bardziej ku pokrzepieniu serc, chociaż happy end jest umiarkowanie optymistyczny (zapewne ma to związek z tym, że film został oparty na faktach, a główni bohaterowie żyją do dzisiaj).
     Szkoda tylko, że w filmie pojawiają się tak bardzo kontrastowe motywy społeczne. Bezdomni, warunki, w jakich przebywają, obiecanki polityczne – ok., można zwrócić na to uwagę, ale robienie z tego drugiego wątku było wg mnie chybione i nie pasowało do reszty. Niestety konsekwencją tego jest kolejny zgrzyt, czyli nierówne tempo filmu. Ogólnie akcja leniwie brnie do przodu, ale czasami zbyt leniwie, albo w ogóle staje w miejscu. Na szczęście rekompensują to bardzo dobre zdjęcia (dość mocno nasycone kolorami), a także rewelacyjna muzyka. Muszę przyznać, że wszystkie sceny, w których Ayers słyszy w głowie całą orkiestrę brzmią rewelacyjnie. Mam tu też na myśli jakość dźwięku na DVD – doskonała. Moment, w którym Ayers odbiera muzykę kolorami zahipnotyzował mnie.



     Fani Joe Wright’a („Duma i uprzedzenie”, „Pokuta”) są niepocieszeni, ja natomiast uważam, że „Solista” nie rzuca na kolana, ale jest filmem dobrym, dającym sporo do myślenia. Poza tym warto zobaczyć go ze względu na doskonałe aktorstwo i świetną muzykę. Czekam na kolejny film Wright’a.

::::::::::::::::: 7/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 39.90
Format obrazu: 2,40:1
Dźwięk: DD 5.1 lektor (bardzo dobry) DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
+ Komentarz do filmu Joe wrighta
+ Usunięte sceny

5 usuniętych scen. 2 rzeczywiście idiotyczne (rozszerzona scena wizyty u lekarza po upadku z roweru oraz scena z dzieciństwa Ayersa w której jego starsi koledzy naśmiewają się z niego i Beethovena) i 3 naprawdę ciekawe wstawki (np. wspomnienia Ayersa podczas nauki w mieszkaniu Lopeza)
+ Niezwykła przyjaźń: Jak powstawał Solista
Mało porywający dodatek. Tradycyjnie cała ekipa na początku narzeka na milion problemów jakie musieli pokonać podczas produkcji, a potem wszyscy stwierdzają, że są dzielni bo dali rade. Najjaśniejszym puntem tego dokumentu jest krótki wywiad z prawdziwym Stevem Lopezem, oraz krótka migawka z prawdziwym Nathanielem Ayersem.
+ Dokument: Juilliard
Krótki dokument o nowojorskiej, renomowanej szkole muzycznej Juilliard do której uczęszczał Ayers.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

NIE TYLKO FILMY: Röyksopp



Röyksopp – norweski duet grający muzykę elektroniczną. W skład zespołu wchodzą Torbjørn Brundtland i Svein Berge. Nazwa zespołu jest stylizowaną wersją norweskiego słowa "røyksopp", które dosłownie można przetłumaczyć jako grzyb dymny i po norwesku oznacza purchawkę.

"What Else Is There?" by Röyksopp


Niektóre piosenki Röyksopp zostały użyte w reklamach, grach, programach telewizyjnych oraz filmach. Utwór Eple został wykorzystany w filmie powitalnym systemu Mac OS X "Panther". Piosenka What Else is There? została wykorzystana w filmie Cashback. Utwór Follow My Ruin jest częścią soundtracku gry FIFA 06. Zespół zyskał sporą popularność w USA dzięki wykorzystaniu fragmentu piosenki Remind Me w reklamie firmie ubezpieczeniowej Geico.

"This Must Be It" by Röyksopp


For more information, free remixes and more go to royksopp.com


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+