26 kwietnia 2009

Hellboy: Złota armia (2008 - dvd)

8 [dodaj komentarz]

     Z mało znanego reżysera w krótkim czasie zrobił się reżyser światowego formatu. Zanim bowiem powstała druga część Hellboy’a, Guillermo del Toro popełnił kontrowersyjny „Labirynt fauna”, który będąc zupełnie nie hollywoodzkim filmem zrobił w Hollywoodzie spore zamieszanie (3 Oscary). W między czasie del Toro dostał niebywałą propozycję wyreżyserowania ekranizacji kultowego „Hobbita” pióra J.R.R. Tolkiena więc o Hellboy’u, który nie odniósł jakiegoś gigantycznego sukcesu, wszyscy zapomnieli.. Poza del toro, który mając do dyspozycji o wiele większy budżet (w porównaniu do pierwszej części) nakręcił kontynuacje przygód czerwonego.

Kliknij w "PLAY" a potem w "HQ" aby oglądać w lepszej jakości"


     Pierwsza część Hellboy’a niczym nie zaskakiwała, ale była solidną, nieźle zrealizowaną mroczną ‘przygodówką’. Natomiast druga część to już zupełnie inna bajka…
     Krótko o fabule: prościutka. Opowiada o koronie podzielonej na trzy części i o pradawnej, niezniszczalnej armii, którą można powołać do życia łącząc wszystkie części artefaktu. Po stronie zła stoi Książę Nuada, który jest o włos od zwycięstwa, a po stronie dobra stoi paczka bohaterów znanych z części pierwszej. Pytanie za wycieczkę do Disneylandu – kto wygra? :P
Mówiąc jednak poważnie, drugą odsłonę Hellboy’a wyróżnia całkiem liczna grupa ciekawych bohaterów. Najbardziej z nich wszystkich podobał mi się mocno charyzmatyczny Książę Nuada, w którego wcielił się Luke Goss. Jego Książę, mroczny elf przesiąknięty goryczą i zemstą jest po prostu doskonały. Oczywiście, efekt ten został uzyskany w dużej mierze dzięki rewelacyjnej charakteryzacji (wielu widzów porównuje Nuada do naszego Wiedźmina i trzeba przyznać, że coś w tym jest) ale nie tylko bowiem Luke ma niesamowity akcent i wręcz fenomenalny głos którym ‘gra’ w iście teatralnym stylu. Inną, przedziwną i zarazem oryginalną postacią jest Johann Krauss, którego nie sposób opisać (osoba duchowna? :P) Myślę, że słowa jednego z bohaterów „podobno ma miłą, otwartą twarz” i późniejsze „oooo móóój boże” są krótką i niezłą charakterystyką – jego po prostu trzeba zobaczyć.
Nie zawodzą również bohaterowie znani z części pierwszej. Tym razem to Abe („gość z klozetem na głowie”), którego rola jest o wiele większa, sprowokuje Hellboy’a do rozgryzienia kobiet (w rytmie piosenki „Barry’ego Manilow’a - Can't Smile Without You) a sam Hellboy, nie stroniąc od browarka jest jeszcze bardziej sarkastyczny i niestety, trochę bardziej głupawy. W tle przewija się jeszcze kilka innych ciekawych postaci, jednak największe wrażenie robi Anioł Śmierci, który jest „wypisz, wymaluj” ze świata „Labiryntu Fauna”. Nie dość, że genialny z wyglądu to jeszcze sieje ziarno niepewności wieszcząc zagładę świata, do której doprowadzi sam Hellboy (jak nic będzie 3 część :P) W ogóle, jeśli chodzi o potworki, Hellboy 2 dość mocno nawiązuje do poprzedniej produkcji del Toro. Np. w Leśnym Bogu (też genialnym) można dostrzec podobieństwo do samego Fauna a inne postacie, które wypowiadają może jedno, dwa zdania są po prostu w tym samym stylu.
     Poza bohaterami jest jeszcze genialna scenografia. I w baaardzooo dużej mierze jest to scenografia prawdziwa, bez żadnych blue screen’ów. Wykreowany przez del Toro świat, pomimo tego, że jest to zupełnie ludzki świat, idealnie współgra z przedziwnymi postaciami. Całości dopełniają o wiele lepiej dopracowane (w porównaniu do części pierwszej) efekty specjalne. Komputer, co prawda, dalej jest dostrzegalny, ale tylko w tych naprawdę największych i najbardziej wymagających akcji scenach (np. demolka w wykonaniu Leśnego Boga). Natomiast bardzo podobały mi się walki, zwłaszcza niesamowicie widowiskowy styl Nuada – rewelacja.
     Hellboy 2 jest naprawdę widowiskowy a miejscami trudno oprzeć się wrażeniu, że oglądamy rasową komedię. I tak myślę, że fani komiksu Mike'a Mignoli oglądając Hellboy’a 2 mogą mieć odruch wymiotopędny . Po przeczytaniu zaledwie jednego ‘odcinka’, wiem, że opowieść Hellboy’a to żadna komedia w stylu kolorowego fantasy.. Innymi słowy, Hellboy2 to naprawdę bardzo dobry film, ale jeśli przyrównać go do oryginału – masakra, jedynka pod tym względem jest o wiele lepsza. Warto jednak pamiętać, że film musi trafić do „masowego widza” i w tej właśnie kategorii (rozrywka) wystawiam ocenę.



     Reasumując, wydawałoby się, że Hellboy: Złota Armia to „nic ciekawego, nuda” a okazuje się, że wbrew pozorom jest znacznie ciekawszy i lepszy niż część pierwsza (choć jest zupełnie inny). Fabuła nie jest może najmocniejszą stroną, ale nadrabia ciekawymi bohaterami, dobrymi dialogami no i o wiele większą dawką humoru. Do tego trzeba dorzucić naprawdę świetną warstwę audiowizualną – scenografia, charakteryzacja, efekty specjalne, muzyka – wszystkie te elementy idealnie ze sobą korespondują i w efekcie film daje rozrywkę na najwyższym poziomie. Polecam z czystym sumieniem a zwłaszcza osobom, które stronią od tego typu filmów bo nie wiedzą co tracą. Jeżeli nie ze względu na pochlebne opinie to chociaż ze względu na del Toro warto film zobaczyć. Nawiasem mówiąc, do tej pory miałem obawy, ale po Hellboy’u pozostała już tylko ciekawość nadchodzącego „Hobbita”.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 8/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu dvd
CENA: od 39.90 (ja zapłaciłem 62zł za wydanie kolekcjonerskie zawierające obie części)
format obrazu: 16:9
dźwięk: 5.1 (DD) + polskie napisy, 5.1 (DD) z polskim lektorem
+ Na planie
Podobnie jak w pierwszej części – świetny, obbsszzeernyyy dodatek pokazujący pracę całej ekipy przy poszczególnych scenach. Żadnych komentarzy, żadnych przechwałek typu „my to zrobiliśmy po raz pierwszy”, „nikt przed nami tego nie próbował” tylko zwykły zapis z kilku dni pracy.
+ Dziennik reżysera
Kolejny świetny dodatek. Można przejrzeć oryginalne notatki del Toro, w których poukrywane są kolejne, filmowe wstawki takie jak komentarze twórców (głównie del Toro który opowiada o całej produkcji)
+ Wszystkie dodatki z polskimi napisami


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

22 kwietnia 2009

ZNALEZIONE W SIECI

4 [dodaj komentarz]

19 kwietnia 2009

Mgła (2007 - dvd)

17 [dodaj komentarz]

     Za „Mgłę” odpowiada nie byle kto, bo Frank Darabont – człowiek który wyreżyserował filmy będące już klasykami zajmującymi zaszczytne miejsce na półce „musisz koniecznie zobaczyć!”. Mowa oczywiście o „Skazani na Shawshank” (czapki z głów) i „Zielonej mili” ale nie tylko bowiem Darbont odpowiada np. za scenariusz świetnego „Zakładnika” w reżyserii Michael’a Mann’a. Wszystko więc wskazuje na to, że nazwisko ”Darabont” zwiastuje film na najwyższym poziomie a „Mgła”, będąca ekranizacją noweli Stephena Kinga (guru powieści grozy), to kolejny, murowany hit. Nie znając oryginału, nie wnikając, o czym jest film z takim właśnie nastawieniem zabrałem się za oglądanie.

Kliknij w "PLAY" a potem w "HQ" aby oglądać w lepszej jakości


     Film rozpoczyna się od wielkiej burzy, po której pozostają powalone drzewa, uszkodzone samochody, brak prądu i komunikacji. Mieszkańcy małego miasteczka walą więc do najbliższego monopolowego aby zrobić zapasy na najbliższe dni. Wszyscy sąsiedzi spotykają się, witają, pozdrawiają i pytają, co tam u kogo słychać i co komu złego burza zrobiła. Gdy już wszyscy kiszą się w supermarkecie nagle rozbrzmiewa donośny dźwięk syreny alarmowej. Szczerze mówiąc nie znoszę tego dźwięku. Sam nie wiem dlaczego, ale za każdym razem gdy go słyszę wywołuje u mnie autentyczny lęk i adrenalinę ściskającą gardło. Czasami w moim mieście włączają taką syrenę (nie wiem, sprawdzają czy działa?) i zawsze odczuwam dyskomfort z paniką w tle. Ta, wiem, dziwny jestem, nie zmienia to jednak faktu, że podobnie jak bohaterowie filmu zdębiałem. Ba, nawet pozwoliłem sobie wstrzymać oddech, przez co donośna cisza z filmu zagościła również w moim pokoju. Nagle, środkiem ulicy biegnie zakrwawiony mężczyzna. Wpada zdyszany do marketu i z przerażeniem wykrzykuje, że w zbliżającej się mgle coś jest. Wszyscy, lekko zdezorientowani rozglądają się i dostrzegają ogromną mleczną ścianę mgły, która z każdą chwilą pochłania całe miasto. Znowu zapada mrożąca krew w żyłach cisza, ludzie patrzą po sobie z przerażaniem. Ktoś chce wyjść, ale mężczyzna powstrzymuje go, ostrzega, że zginie. Ten jednak wybiega i za krótką chwilę słychać jego krzyk przerażenia i bólu. Znowu zapada cisza, wszyscy stoją wryci z przerażenia nie wiedząc jak mają odnaleźć się w tej przedziwnej sytuacji. Nagle wszystko zaczyna się trząść, słychać jęki budowli a ludzie wraz z asortymentem sklepu lądują na ziemi. Jęki, szloch, i przerażenie bohaterów po prostu wylewa się z ekranu..
     Udzieliło mi się, przyznaje. Te pierwsze minuty znakomicie usypiają czujność widza. Akcja niczym z filmu z cyklu „okruchy życia”, dialogi prawie jak z „Mody na sukces” a zdjęcia i brak muzyki zupełnie jak z amatorskich filmów na YouTube :P Nagle cały ten kiczowaty obrazek staje w obliczu nieznanego kataklizmu. Obraz dalej przypomina film klasy C, ale drętwe dialogi ustępują na rzecz przerażenia, a akcja nabiera niezwykle realistycznego tempa. Super sprawa, problem tylko w tym, że w momencie, w którym emocje troszkę opadają nachodzi człowieka jedna z najgorszych myśli kinomaniaka: „allleeee to już było”. Ano było, ludzie zamknięci w supermarkecie gościli na białym ekranie nie raz, ni dwa i zwykle nie był to występ najlepszy. I choć „Mgła” stara się być czymś więcej niż tylko kiepskim, oklepanym horrorem nie ustrzegła się kilku schematów. Nie zabrakło więc kretyńskich zachowań bohaterów, masakrycznych dialogów, a także widocznej ‘gołym okiem’ przewidywalności. Poza tym, jest jeszcze kwestia tego ‘czegoś’, co kryje się we mgle. Ani to przerażające, ani straszne a w dodatku doprawione mocno średnimi efektami specjalnymi (widoczny komputer). W ogóle nazywać „Mgłę” horrorem to spore nadużycie..
     Z drugiej jednak strony „Mgła” posiada szereg konkretnych zalet. Może i nie straszy, ale ma ciężki klimat i naprawdę trzyma w napięciu. Poza tym, jak na film tej klasy trwa wyjątkowo długo, bo ponad 2 godziny! Tak więc nie zabraknie zwrotów akcji a także sensownych i racjonalnych działań bohaterów (przez co poziom irytacji został zachowany w normie dopuszczalnej :P). Nie ma rozhisteryzowanych nastolatek z jędrnymi biustami, nikt nie biega jak opętany a brutalne sceny wydają się być uzasadnione (nie jest to film ukazujący coraz to bardziej wymyśle formy zabijania). Tak długi czas dał również możliwość nadania głębi sporej ilości postaci, m.in. nawiedzonej Pani Carmody, która jest przekonana, że Mgła jest apokalipsą a ona sama przez Boga naznaczonym prorokiem. Głosi swoje przekonania z godną podziwu charyzmą, przez co dzieli market na dwa wrogo nastawione obozy. I to jest właśnie jeden z największych atutów filmu Darabont’a, bowiem stawia swoich bohaterów w obliczu nie tylko morderczej mgły, ale również w obliczu religii, która okazuje się być prymitywna w swoich wartościach a w konsekwencji niemniej zabójcza od tego ‘czegoś’ co kryje Mgła. Swoją drogą Darabont przy okazji znakomicie pokazuje jak łatwo w dzisiejszych czasach ogłupić człowieka. Wystarczy wyłączyć mu prąd i patrzeć na efekty… Pozostaje jeszcze szokujące i mocne zakończenie (i nie chodzi tutaj o brutalność). Choć ostatnie minuty, w których mgła ukazuje naprawdę duże „coś” są po prostu zabawne (mogli już sobie to darować i pozostawić to wyobraźni widza), to jest to wg mnie jedno z najlepszych zakończeń, jakie kino grozy widziało.



     Reasumując, „Mgła” to dość konkretne kino grozy, które warto zobaczyć. Oczywiście niepozbawione wad, bo pewne dialogi można było spokojnie sobie odpuścić a niektórych bohaterów pokierować ciekawszą ścieżką rozwoju (np. postać Brent’a Norton’a). Kwestie tego „czegoś” we mgle również można było rozwiązać bardziej finezyjnie, a na pewno bardziej dopracować pod względem wizualnym, (chociaż być może niedoróbki były kwestią małego budżetu). Jednak siłą filmu jest napięcie, klimat a także niektórzy bohaterowie i wielowątkowość (a zwłaszcza wątek religijny). Warto mieć w swojej kolekcji, polecam.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 7+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu dvd
CENA: od 11,99 + CKM gratis :P
Format obrazu: 16:9
Dźwięk: DD 5.1 + napisy, polski lektor DD 5.1
+ na planie „Mgły”
Frank Darabont we własnej osobie oprowadza po planie a także ukazuje kulisy powstania 3 scen (trzęsienia ziemi, podpalenia i babcie w akcji :) ). Swoją drogą nieźle zakręcony gość który strasznie przypomina mi Cejrowskiego. Ta sama gestykulacja, ten sam sposób mówienia a nawet podobne, hawajskie koszule :P Dodatek z polskimi napisami.
+ usunięte sceny
+ zwiastuny

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

12 kwietnia 2009

Max Payne (2008 - dvd)

4 [dodaj komentarz]

     Od 2001 roku (premiera gry) zarówno prasa jak i gracze byli przekonani, że gra Max Payne jest idealnym i gotowym scenariuszem na film. Jednak moda na ekranizacje gier przyszła dopiero po kilku latach (za sprawą fatalnego Uwe Bolla) i do tej pory, pomimo sporej już ilości produkcji, tylko jedna ekranizacja zasługuje na uznanie – doskonały Silent Hill. Max Payne, na którego przyszło czekać niespełna 9 lat miał być przełomem, wyznacznikiem nowej jakości w ekranizacjach ulubionych gier graczy. Czy tak się stało? Cóż… Jeśli patrzeć przez pryzmat filmów Uwe Bolla to z całą pewnością tak. Należałoby się tylko zastanowić czy poziom filmów Bolla plasujący się w okolicach zera (w skali 10 stopniowej) jest odpowiednim odniesieniem…

     Podczas oglądania Max’a Payne’a starałem się być zwykłym widzem, który o grze słyszał ale nigdy w nią nie grał (przeszedłem obie części :P). Efekt? Rozdwojenie jaźni :P

     Zwykły widz: Fabularnie film jest prościutki niczym budowa cepa. Jest morderstwo, jest śledztwo i jest Payne spragniony zemsty. W tle przewija się FBI, gangsterzy a także najlepszy przyjaciel rodziny. Punkt kulminacyjny to oczywiście ujawnienie mordercy. Myślę, że pytanie „zgadnijcie, kto stoi za mordem?” jest retoryczne nawet dla tych co filmu nie widzieli…
     Gracz: A wydawało się, że gra Max Payne to gotowy scenariusz na film. Nic bardziej mylnego, historia mściciela została okrojona i zmieniona do granic możliwości i tylko skromny wątek narkotyku pt. Walkiria ratuje całą sytuację. Szkoda, bo przez takie właśnie upraszczające zabiegi kino kreuje gry komputerowe, jako bezsensowne odmóżdżacze dla niewyżytych dzieciaków.

     Zwykły widz: Na uwagę zasługuje natomiast klimat filmu. Ciężki, mroczny, zimny i doprawiony wyblakłymi kolorami. Poza tym całkiem ciekawy efekt narkotyku walkiria, który wprowadza dodatkowe pokłady mroku i niepewności. No i jeszcze akcja filmu, która rozkręca się powoli, monotonnie, „bez nadziei” tak, aby jeszcze dodatkowo „przymulić” efekt końcowy. Ogólnie wielki plus, bo ciężar, Maxa i jego świata naprawdę przytłacza i za to wielkie brawa. Scen akcji nie jest dużo, co wg mnie jest to konsekwencją ambitnej otoczki (klimat, scenografia) do kiepskiej fabuły. Po prostu rozpierducha nie współgrałaby z tak ciężkim i poważnym tłem. Natomiast te sceny, w których coś się dzieje są ładne, efektowne, cieszą oczy, ale nie powalają. Grunt, że nie psują całego klimatu.
     Gracz: W grze klimat był jeszcze cięższy bo Max miał wspomnienia, halucynacje a lokacje które zwiedzał były gorsze niż najgorsze slumsy. Mimo wszystko, pod względem klimatu film naprawdę daje radę. Jeśli chodzi o akcję – lipa. Max Payne wśród gier to jak Matrix wśród filmów. Przełom w dziedzinie efektów specjalnych, czyli efekt bullet time! Zwolnione tempo w najlepszych momentach było esencją całej gry. W filmie akcji jest naprawdę niewiele a efektu bulle time tyle, co kot napłakał. A jeśli już jest to nie wiadomo, dlaczego w najdurniejszych momentach. Masakra, duże rozczarowanie.

     Zwykły widz: Na uwagę zasługuje obsada, w której znalazło się kilka znanych twarzy. Przede wszystkim Mark Welberg w roli Maxa. Przyznać trzeba, że wybór jego osoby okazał się naprawdę dobrym pomysłem. Krótko mówiąc, jego oszczędna gra bólu i wściekłości zarazem w połączeniu z klimatem filmu daje efekt mocno pozytywny. Poza nim zobaczymy znanego z serialu „Skazany na śmierć” Amaury’ego Nolasco, podupadającą gwiazdę Chris’a O'Donnell’a a także wschodzącą gwiazdkę męskiego kina Olge Kurylenko, która jak zwykle świeci gołym ciałem (ale ona akurat może :P). Znalazło się również miejsce dla gwiazdy muzyki pop Nelly Furtado.
     Gracz: Trudno do kogokolwiek się przyczepić. Może tylko do roli Jim’a Bravur’y który w grze był spasionym, białoskórym gościem a w filmie gra go chudziutki, czarnoskóry Ludacris.. Ale da się to przeżyć, Ludacris wypada całkiem nieźle, więc ogólnie można rzec, że obsada jest trafiona.



     Zwykły widz: Max Payne nie zachwyca, ale ogląda się go przyjemnie i z chęcią obejrzę kolejną część, która, biorąc pod uwagę scenę po napisach końcowych, na pewno powstanie.
     Gracz: Max Payene nie zachwyca, ale ogląda się go znośnie. Boli straszna schematyczność i brak Maxa Payne’a w Maxie Payne. Szkoda, to mogła być naprawdę przełomowa ekranizacja a wyszło jak zwykle.

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 6-/10 :::::::::::::::::
P.S. Wesołego jajka :)


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+



Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

8 kwietnia 2009

ZWIASTUN: Gdzie mieszkają dzikie stwory

0 [dodaj komentarz]
Zapowiada się ciekawie :)

4 kwietnia 2009

ZNALEZIONE W SIECI

1 [dodaj komentarz]

1 kwietnia 2009

Wyspa (2005 - kino, dvd)

11 [dodaj komentarz]

     Michael Bay z jednej strony kręci mega produkcje za setki milionów dolarów, które cieszą się ogromną popularnością (a co za tym idzie przynoszą konkretne dochody), a z drugiej strony widzowie wieszają na nim psy za kicz i komerchę. Wg mnie o Bay'u można powiedzieć jedno - w swoim gatunku kina akcji to prawdziwy specjalista, żeby nie powiedzieć, "człowiek numer 1”. Może jego filmy są kiczowate i komercyjne, jednak są to produkcje w stylu idealnie uderzającym w moje oczekiwania (no i wyszło, że jestem kiczowaty :) )
     "Wyspa" to kolejny widowiskowy film Bay’a warty uwagi. Akcja została osadzona w roku 2019 i przedstawia obraz ziemi zanieczyszczonej, pozbawionej fauny i flory. Lincoln Sześć-Echo (Ewan McGregor) wraz Jordan-Dwa Delta (Scarlett Johansson) przebywają w ostatnim zamkniętym ośrodku kontrolującym ich życie w każdym możliwym aspekcie. Wpaja im się, że są ostatnimi ocalałymi ludźmi i kontrola jest niezbędna dla ich dobra i dobra ludzkości. Jedyną nadzieją na normalne życie jest Wyspa - ostatni, niezanieczyszczony i zamieszkały skrawek lądu. Do wymarzonego raju można dostać sie tylko w jeden sposób, po przez wygraną w regularnie odbywającej się loterii. Lincolna dręczą jednak sny, które poddają pod wątpliwość istnienie wyspy. Pewnego dnia odkrywa, że jego dotychczasowe życie to jeden wielki Matrix, w którym wszyscy są bardziej cenni martwi, niż żywi. Gdy jego przyjaciółka, Jordan wygrywa kolejną loterię, Lincoln postanawia działać i ratować ich życie. Uciekają z ośrodka i przedostają się do świata zewnętrznego, którego nigdy wcześniej nie poznali.

     To, co cenie w produkcjach Bay'a to krystalicznie czysta forma kina akcji pt. „będzie się działo”. Brak udawania filmu fabularnie większego niż jest. Scenariusz jest skrojony tak, aby był prosty, ale nie głupi, trzymający w napięciu i aby był spójny z przyjętą konwencją. W innym wypadku wychodzi twór podobny do ostatniej "Zapowiedzi”, która ani poważna, ani z przymrożeniem oka, nie wiadomo czy to film katastroficzny, akcji, czy może horror. W "Wyspie" pojawia się kwestia genetyki, różnego rodzaju transplantacji, klonowania, jednak film nie zgłębia ww. problemów a jedynie zwraca na nie uwagę. Historia jest dynamiczna, z elementami humoru, która niepozbawiona braku logiki jest zwyczajnie ciekawa i wciągająca. Krótko mówiąc, jest wszystko, co być powinno: tajemniczy wstęp, zaskakujące rozwinięcie i widowiskowy finał. Mało tego, jeszcze dorzucono znanych, młodych i cieszących się sympatią aktorów (w filmie gra mało doceniany a rewelacyjny Djimon Hounsou ). I o to chodzi, człowiek nie łapie się za głowę z myślą "ale przekombinowali" lub "co oni znowu za bzdurę wymyślili" tylko dobrze się bawi.
     Kwestia wizualna to doskonały, charakterystyczny styl Michael’a Bay’a. Kolory filmu są bardzo intensywne, ciepłe i niezwykle kontrastowe (tak jak w ostatnich „Transformersach”, czy np. Armageddon, Perl Harbor itp.). Poza tym filmy Bay’a mają to do siebie, że najlepsze sekwencje akcji pokazane są w zwolnionym tempie, co daje niezłą frajdę z oglądania. „Wyspa” ogólnie jest lekko futurystyczna, w nowoczesnym stylu, przepełniona wizualną świeżością i innowacyjnym montażem. Całość dopełniają jak zwykle pomysłowe i wgniatające w fotel efekty specjalne. Pościgów na autostradzie biały ekran widział multum, ale tylko w „Wsypie” rozpierducha została pokazana w tak ciekawy sposób. No i ten bulle time w momencie, w którym samochody zderzają się i dachują – radość dla oczu. Warto również zwrócić uwagę na Los Angeles – ciekawa wizja.
     Doskonały obraz uzupełnia nie mniej doskonała muzyka, co w filmach Bay’a jest już normą. Wystarczy wspomnieć soundtracki z „Armageddonu”, „Perl Harbor” , „Transformersów” czy np. z „Twierdzy”. Za muzykę w „Wyspie” odpowiada Steve Jablonsky, który wśród kompozytorów filmowych wg. mnie plasuje się w okolicach Hansa Zimmera. Jego muzyka będąca mixem elektroniki z muzyką klasyczną, prostymi i wpadającymi w ucho motywami idealnie wkomponowuje się w dynamiczny obraz. Co więcej, świetnie się jej słucha na dobrym sprzęcie audio. Jeden z utworów z „Wyspy” do odsłuchania w muzycznej zagadce #1.



     Podsumowując, jest to obowiązkowy film dla maniaków kina akcji. Michael Bay po raz kolejny potwierdził, że jest solidną gwarancją dobrej i widowiskowej zabawy i póki co nikt mu w tej dziedzinie zagrozić nie może. Zwolennicy innych gatunków filmowych, jeśli jeszcze togo nie zrobili, również po „Wyspę” sięgnąć powinni. Myślę, że nie będzie to dla nich czas stracony a być może przekonają się, że kino akcji może być ciekawe i zaskakujące. Z „Wanted” się udało, a „Wsypa”, choć jest produkcją starszą jest znacznie lepszą :)

     A tak przy okazji, pod koniec tego roku będzie miała premiera filmu „2012” w reżyserii Roland’a Emmerich’a (zobacz świetny zwiastun) a w przyszłym roku do kin powinien wejść film pt. „2012: The War for Souls” w reżyserii Michael’a Bay’a. Krótko mówiąc, będziemy mieli dwie wizje końca świata w wykonaniu dwóch największych specjalistów od demolki. Nie mogę się doczekać :)

::::::::::::::::: MOJA OCENA: 8+ :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: od 19.99
Format obrazu: format obrazu: 2,35:1 anamorficzny 16:9
Dźwięk: DD 5.1 + napisy, polski lektor DD 5.1
+ Realizacja WYSPY
Świetny 15minutowy materiał o produkcji. Wywiad z reżyserem, scenarzystami i aktorami. Poza tym warto zobaczyć ze względu na scenografię – niewiarygodne, że takie rzeczy produkuje się na potrzeby filmu. Dodatek z polskimi napisami.
- Komentarz reżysera podczas filmu
Pierwszy raz spotykam się z tak dołączonym dodatkiem. Aby móc w ogóle odsłuchać komentarz Michael’a Bay’a trzeba włożyć płytkę do odtwarzacza DVD w komputerze, zainstalować mało ciekawy program InterActual Player a potem ściągnąć z internetu (ok. 90mb) komentarza reżysera.. Dopiero po tych wszystkich zabiegach można odpalić film (oczywiście przez InterActual Player) i słuchać, co ma do powiedzenia Bay (bez tłumaczenia)

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.