Czterech kumpli wyrusza na wieczór kawalerski do Las Vegas. Po upojnej nocy budzą się z tzw. Kurewską Abrakadabrą Czachy - coś w czerepie się telepie, ale nikt nic nie pamięta. Co więcej, w klopie siedzi prawdziwy tygrys, a Pana młodego ani widu ani słychu. Jednym słowem konkretne WTF... Panowie zbierają się jednak w sobie i postanawiają odnaleźć zaginionego w imprezowym boju kumpla, a przy okazji dowiedzieć się, co takiego wydarzyło się minionego wieczoru.
Pomijając pierwsze 5 minut (które nie nastawiają widza optymistycznie do reszty filmu) można spokojnie powiedzieć, że od pierwszej do ostatniej minuty film trzyma poziom i nie epatuje obleśo-żenującymi żartami. No, może poza dziadkiem i wątkiem paralizatora w czoło, które można było sobie darować (choć da się na to przymknąć oko). Wiele wątków można było pociągać w stylu szczeniackiego Americam Pie, ale Todd Phillips konsekwentnie ów styl omija (choć na swoim koncie ma podobne filmy) i swoją produkcje kieruję do trochę bardziej dojrzalszego targetu, przynajmniej wiekiem i doświadczeniem z kobietami. Nie zabraknie więc kilku sarkastycznych prawd o płci pięknej, o małżeństwach i innych sprawach damsko-męskich z którymi trudno zgodzić się w obecności swojej wybranki.. :P Poza tym ekranowa przyjaźń głównych bohaterów jest wiarygodna, okoliczności wieczoru kawalerskiego nie są aż tak naciągane (w końcu Vegas to miejsce stworzone do imprezowania), więc łatwo wczuć się w klimat filmu (dobry, imprezowy soundtrack) i zakumplować z bohaterami. Wszystkie te elementy składają się na ogólne przekonanie, że jest to męski film i w takim właśnie gronie najlepiej go oglądać (pod czym zresztą się podpisuje). Bo pamiętajmy, "Wszystko, co wydarzy się w Vegas, zostaje w Vegas".. :) Największym atutem filmu są sami bohaterowie (jeden żonaty, drugi w związku partnerskim, trzeci kawaler i czwarty, czyli Pan młody) i ich genialne dialogi oraz bardzo trafne komentarze. Humor sytuacyjny również się pojawia, ale jest go zdecydowanie mniej (co zaliczam na spory plus). Cała produkcja jest bardzo wyważona, wyrównana i trochę szkoda, że przez cały czas sprawia wrażenie jakby się rozkręcała i rozkręcała.. Brakowało mi trochę takiej jazdy bez trzymanki, szczypty szaleństwa, które w niewielkiej, ale konkretnie uderzającej dawce pojawia się dopiero na... napisach końcowych :).
Kac Vegas to jednak bardzo przyjemna komedia, na którą warto wybrać się do kina. Nie jest nachalna, nie atakuje ciężkim humorem, a przyjemnie rozluźnia i pozostawia w dobrym nastroju. Polecam, warto.
Dzięki G.I. Joe polubiłem nachosy za którymi do tej pory nie przepadałem :P Tak, musiałem to napisać, bo nie dość, że mi nie smakowały to jeszcze wnerwiał mnie ich szelest w plastikowych pojemnikach i głośne chrupanie w obcych gębach. Dzięki G.I. Joe - najnowocześniejszej elitarnej jednostce wojskowej walczącej z tajemniczą organizacją KOBRA stwierdzam, że nachosy są wporzo, a sam film, choć deczko plastikowy, ogląda się jednym tchem. Podczas seansu przypomniał mi się rollercoaster do którego porównałem pierwszą część Transformersów. Myślę, że i w tym przypadku rollercoaster jest dobrym zobrazowaniem tego, czym jest najnowszy film Stephena Sommersa. Trzeba jednak wziąć poprawkę, na to, że jest to kolejka mniej odjazdowa od tej jaką serwuje Bay. Z drugiej strony G.I. Joe biję na głowę tegoroczną kontynuację o robotach z kosmosu, i choćby dlatego warto ten film zobaczyć. W zasadzie każdy kto widział Transformersów 2 i wyszedł z kina rozczarowany powinien obowiązkowo obejrzeć G.I. Joe - film daje niezłego kopa (choć nie takiego, jakiego się spodziewałem).
Obraz Stephena Sommersa nie jest pozbawiony wad i to właśnie od nich pozwolę sobie zacząć. Brakowało mi dobrego i zaskakującego zakończenia całej historii, brakowało mi takiego lekko głupawego humoru, który pojawia się w zaledwie jednej sekwencji (o której kilka słów później). Przeszkadzał mi wyraźnie dziecinny wydźwięk całego filmu (pierwsza część Transformersów była o wiele bardziej uniwersalna, nie miałem wrażenia, że oglądam film którym mógłbym zachwycać się będąc o kilka lat młodszym), ale przede wszystkim zaskoczyły mnie marne efekty specjalne... Nie chodzi o to, że nie są widowiskowe (wręcz przeciwnie) jednak w dużej mierze są sztuczne i plastikowe jak jasna cholera. Nie trzeba było specjalnie się przyglądać aby dostrzec, które sekwencje są komputerowe, a które nakręcone realnie (albo tak dobrze zanimowane, że nie widać różnicy). Już w pierwszych minutach człowiek zastanawia się "przewidziało mi się, czy to wyglądało naprawdę kiepsko?" i niestety w kolejnych minutach przekonuje się, że efekty są niedopracowane przez co wizualnie film jest mocno nierówny.. Nienaturalnie latające samoloty, fatalnie zanimowany początek pościgu na ulicach Paryża, a także lekko kiczowate (wizja trochę przesadzona) i tak sobie widowiskowe zakończenie w którym dzieje się najwięcej po prostu razi. Ale wiecie co? Film i tak ogląda się kozacko :) Bo G.I. Joe to akcja, akcja i jeszcze raz demolka. Nawet gdy główny wątek zwalnia to pojawia się dynamiczna retrospekcja z życia któregoś z bohaterów (sprytny zabieg), dzięki czemu nie ma żadnych przestojów tylko kolejne minuty genialnego i dynamicznego montażu w rytmie niezłej muzyki. Warto zaznaczyć, że w filmie brak efektu migawki. Montaż nie jest za szybki, a taki jaki być powinien - dużo różnych i szybkich, ale nie oczojebnych ujęć! Poza tym, pomijając średnie efekty, są momenty które dają naaaprawddee solidnego kopa. Mam tu na myśli pościg (wspomniana wcześniej sekwencja) na ulicach Paryża, która po fatalnym wstępie komputerowym wciska w fotel co najmniej tak mocno jak pierwsza część Transformersów. Mówię Wam, prawdziwa radość dla oczu i poezja dla uszu - odjazd jest niesamowity, czyli "łaaaaaaaał pełną gębą. Gdyby cały film był tak dopracowany i nakręcony z jajem jak ten pościg - byłoby 9+/10. Poza tym w filmie zobaczymy naprawdę sporą ilość ciekawych bohaterów wśród których każdy znajdzie swojego ulubieńca. Mi najbardziej podobał się milczący ale "fikuśny" Snake Eyes, a także czarny charakter czyli seksowna brunetka Baroness (w wersji blond nie jest już taka fajna). Nawiasem mówiąc miała zarąbiste okularki - też takie chce :P. Wszyscy bohaterowie mają bajeranckie wdzianka, cudaczne gadżety i oczywiście są niezniszczalni.
G.I. Joe: Czas Kobry to naprawdę kawał dobrej, wartkiej i dynamicznej rozpierduchy, ale niestety niedopracowanej. Pomimo tego, że Michael Bay spierniczył drugą część Transformersów, to właśnie jego perfekcji zabrakło mi filmie Sommersa w którym jest za dużo dziecinady, sztuczności i niedoróbek. Z drugiej strony, film jest o niebo lepszy od Transformers2 – nie przytłacza efekciarskim patosem, nie męczy tak bardzo i w końcu nie jest to film aż tak głupi.. No i polubiłem nachosy :P Warto zobaczyć.
::::::::::::::::: MOJA OCENA: 6++/10 :::::::::::::::::
Kilka słów o wydaniu DVD CENA: 54,99 za wydanie 1-płytowe Format obrazu: 2.40:1 dźwięk: DD 5.1, lektor DD 5.1 + napisy PL Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
+ Komentarz: Steven Sommers - reżyser i Bob Ducsay - pruducent Do odsłuchania podczas filmu.
+ Teoria wielkiego wybuchu: Zobacz jak powstawał film G.I. Joe Tradycyjny dodatek ukazujący kulisy powstawania filmu. Od scenariuszu po plan zdjęciowy i końcową obróbkę. Fajnie, że ton tego dokumentu jest utrzymany w jajcarskiem klimacie co poza licznymi ciekawostkami stanowi przyjemną rozrywkę. Poza tym warto wspomnieć o jednej rzeczy. Z reguły przy tego typu filmach twórcy chwalą się, że w swoim filmie wykorzystali minimum komputera, maximum kaskaderki. To co, że 80% filmu to CGI, a dodatek poświęcony produkcji w 90% pokazuje prace grafików... To już nudne jest, ale z G.I. Joe jest inaczej. Tutaj wszyscy chwalą się nowymi technologiami, pokazują co można, a czego nie można, bez żadnych ściem "nie użyliśmy komputera, bo nic nie dorówna prawdziwemu wybuchowi".
+ Akcja następnej generacji: Niesamowite efekty specjalne w G.I. Joe. Czyli to co tygrysy od demolki lubią najbardziej - efekty specjalne. Jest to obszerne rozwinięcie poprzedniego dodatku ukazujące kulisy produkcji największych scen akcji. Przyznam, że byłem zaskoczony gdy dowiedziałem się, że większa część pościgu w Paryżu była sprawką tylko i wyłącznie komputera... Myślałem, że cała demolka była prawdziwa, a tylko panowie w super skafandrach cyfrowi. Szacun :)
Kino azjatyckie w dużej mierze (podkreślam, nie w całej) kojarzy mi się z nisko-budżetowymi monster-movie. To właśnie Azjaci (i chyba tylko oni) mają niezrozumiałego hopla na punkcie kręcenia filmów o gumowych potworach dewastujących tekturowe miasta. The Host, kolejne filmidło z potworem w tle (tym razem w reżyserii Joon-ho Bongm), okazał się jednak nie małą sensacją festiwalu filmowego w Cannes (2006), a także największym azjatyckim przebojem ostatnich lat (w samej Korei Południowej film zobaczyło aż 13mln widzów). Czy rzeczywiście jest się nad czym zachwycać?
Od pierwszej do ostatniej minuty jest to film inny, dziwny, egzotyczny. Początek jest niewinny – dowiadujemy się, że przez głupotę amerykańskich naukowców (przez cały film Amerykanie co rusz dostają po głowie) w rzece Han narodziło się jakieś olbrzymie stworzenie. Chwilę później w Seulu, na wybrzeżu wspomnianej już rzeki ów stworzonko w całej okazałości ma swój pierwszy publiczny występ. Od razu wiemy jak wygląda, jak się porusza, jak ryczy – wszystkie karty zostają rzucone na stół. Trudno jednak sklasyfikować wrażenie jakie ów Potwór robi… Na pewno technicznie wygląda genialnie. Animacja ruchów, detalizacja i efekty specjalne stoją na najwyższym poziomie przy czym ich doskonała widowiskowość jest zgoła inna od tej z Hollywoodu. Sprawia wrażenie ‘przypadkowej’ niezaplanowanej – nie ma tutaj najazdów kamerą, niestandardowych ujęć i takiego efekciarskiego patosu. Natomiast sam Potwór to nie gigantyczna Godzilla, a obślizgłe bydle trochę mniejsze od King Konga. Z początku wydało mi się trochę śmieszne, przerysowane ale po kolejnych minutach człowiek dochodzi do wniosku, że jednak potwór zasługuje na miano Potwór :). Skoro już tak o tym Potworze prawie, warto jeszcze wspomnieć, że za jego powstanie odpowiada Weta Workshop oraz Orphanage Inc. czyli studia które odpowiadały za efekty specjalne w takich filmach jak np. trylogia Władca Pierścieni czy SinCity! Po udanym debiucie Potwora przychodzi czas na jakiś wątek fabularny. Okazuje się, że szum medialny, mobilizacja sił porządkowych, kwarantanna itp. to… drugi plan. Poznajemy bowiem dość dziwną rodzinę w skład której wchodzą: w miarę normalny acz prosty jak budowa cepa Ojciec-nieudacznik, a także dwóch synów. Jeden to kompletny debil, drugi zaś jest agresywnym urzędasem. Jest jeszcze córka, która jest o krok od sukcesów sportowych (łucznictwo), a także jeszcze jedna młodziutka córka jednego z braci (tego głupiego), która… zostaje porwana przez Potwora… Postrzelona rodzinka mobilizuje siły i wyrusza w pogoń za monstrum co stanowi plan pierwszy całego filmu. Wszystko byłoby ok, gdyby nie mix gatunkowy jaki serwuje reżyser. Rodzinny dramat, komedia (farsa), kino akcji, SF, przygoda, horror – czego tu nie ma.. Z reguły takie zabiegi wychodzą filmowy na korzyść, jednak w tym przypadku jest to korzyść połowiczna. Dziwnie ogląda się film w którym np. scena dramatyczna (ludzie giną w mocno realistyczny sposób, panika, porwana mała dziewczynka) przeplatają się z ostro przerysowaną sceną żałoby. Nie wiem, być może wspomniana scena nawiązuje do czegoś co znane jest tylko Koreańczykom, ale do mnie to nie trafia, wręcz przeciwnie. Takie balansowanie pomiędzy różnymi konwencjami przewija się kilkukrotnie przez co nie wiadomo jak ten film oglądać i jak na niego reagować. Z drugiej strony The Host sprytnie wymyka się utartym już schematom i stereotypom. Jest inny, świeży, niekonwencjonalny, ze specyficznym klimatem, przez co pomimo tego, że jest zwyczajnie dziwny i miejscami trudny do oglądania, do samego końca trzyma w napięciu (a zaskoczenie jak i cały film jest naprawdę zaskakujące).
Jak już na wstępie wspomniałem, od strony technicznej jest bardzo dobrze i trudno do czegokolwiek się przyczepić. Zdjęcia Seulu również miło zaskakują a muzyka, choć też sprawia wrażenie innej od tej z hollywoodzkich produkcji, trzyma wysoki poziom. Jeżeli chodzi o kwestię fabularną – jest dziwna, trochę taka ‘egzotyczna’, ale myślę, że jest to spory atut całej produkcji. W końcu to, że jest dziwna nie znaczy, że jest głupia i nieinteresująca. Wręcz przeciwnie. Reasumując, film dziwny, niestandardowy i zdecydowanie godny polecenia.
::::::::::::::::: MOJA OCENA: mocne 7/10 :::::::::::::::::
Kilka słów o wydaniu dvd CENA: od 29,99 Format obrazu: 16:9 dźwięk: 5.1 (DD) lektor + napisy Ładne wydanie w kartonowym pudełku w którym poza płytką znajdziemy 3 pocztówki z filmu. + Storyboardy i animacja Jak sama nazwa wskazuje – zestaw storyboardów. Żadnego komentarza, jednie podkład dźwiękowy z filmu. Trochę nudne, choć można dopatrzeć się kilku koncepcji które ostatecznie nie znalazły swojego miejsca w filmie. + Jak powstawał Potwór Kolejny dodatek bez żadnego komentarza. Każde ujęcie z potworem zostało rozbite na czynniki pierwsze. Najpierw kręcenie sceny bez potwora, potem dodatnie potwora, potem wypełnienie tekturami, potem cienie, i na sam koniec dodanie efektów specjalnych. + Usunięte sceny Kilkusekundowe.. Nic ciekawego. + Zwiastuny + Oryginalne plakaty + Teledysk
Podczas lądowania promu kosmicznego dochodzi do katastrofy w wyniku której wahadłowiec rozsypuje się na tysiące części. Ekipa ratownicza wraz z naukowcami na miejscu zdarzenia odkrywa nieznaną dotąd formę życia. Dwoją się i troją nad tym czym jest mikro organizm, gdy ten zaatakował już kilkaset ludzkich organizmów. Z początku zainfekowani po prostu wydają się być dziwni w swoim zachowaniu, ale nie na tyle aby wzbudzać niepokój. Jednak w krótkim czasie zaczyna ich przybywać i okazuje się, że coś, co atakuje ludzi podczas snu, zmienia ich w bezdusznych replikantów. Po przebudzeniu nie czują wobec siebie wrogości ani miłości, nie śmieją się, nie dają ponieść się emocjom. Z jednym, nic mówiącym wyrazem twarzy spokojnie ale sukcesywnie zarażają kolejnych zdrowych i spanikowanych ludzi tworząc tym samym nową cywilizacje pozbawioną konfliktów, przemocy i wojen. Carol Bennell (Nicole Kidman) wraz ze swoim współpracownikiem Benem Driscollem (Daniel Craig) walczą do samego końca ale szanse na przeżycie będą mieli tylko wtedy, jeśli nie zasną.
Podszedłem do tego filmu z dużym dystansem, a mimo wszystko cholernie mnie rozczarował. Nie pomogła ani sympatyczna Nicole Kidman, ani brzydal Daniel Craig w rolach głównych. Rozgoryczenie jest tym większe, że pomysł na film był naprawdę dobry, a jego pierwsze minuty zwiastowały obiecujący finał. Niestety, "Inwazja" wiele swoim początkiem obiecuje ale słowa już nie dotrzymuje.. Przez pierwszą połowę filmu obserwujemy postęp infekcji w skali światowej. Ludzie zmieniają się w „nieobecnych”, drudzy stają się podejrzliwi i przerażeni, ale gdy już wiadomo, że sytuacja jest śmiertelnie niebezpieczna cały film wraz ze wszystkimi bohaterami (tymi dobrymi i tymi zarażonymi) koncentruje się na Carol i jej synu. Zaczyna się typowa amerykańska papka w której przez kilkanaście/kilkadziesiąt minut cały świat goni za matką z synem (tak, znowu przerabiamy motyw kochającej matki, która dla dziecka zrobi wszystko). Scenariusz zaczyna przypominać szwajcarski ser z dziurami który wiadomo jak smakuje, akcja pomimo tego, że na ekranie sporo się dzieje zupełnie siada i film zaczyna się nieznośnie dłużyć przez co nie tylko bohaterowie próbują nie zasnąć. Czarę goryczy przelewa fatalne zakończenie w którym reżyser traktując widza jak debila wyłuszcza na pierwszy plan sens filmu (tak, aby każdy zrozumiał o czym film prawi). A żeby było ciekawiej, ostatnia sentencja filmu o wojnach i przemocy bez których człowiek nie jest człowiekiem należy do mało przyjemnego ambasadora rosyjskiego.
Inwazja jest kolejnym przykładem zmarnowanego pomysłu. Druga część filmu w której dzieje się najwięcej w ogóle nie koresponduje z częścią pierwszą. Pryska klimat, napięcie, dramatyzm, a ciekawy wątek Obcych oferujących świat bez agresji, przemocy, wojen zostaje ograniczony do absolutnego minimum. Zaś ostatnie minuty happy endu są zwyczajnie irytujące i człowiek zaczyna żałować, że nie zasnął podczas seansu.
::::::::::::::::: MOJA OCENA: 4+/10 :::::::::::::::::
Kilka słów o wydaniu dvd CENA: od 34,99 Format obrazu: 16:9 dźwięk: 5.1 (DD) lektor + napisy Wszystkie dodatki z polskimi napisami. Byliśmy już porwani: Inwazja w mediach Lekko nudnawy dodatek o poprzednich filmach wykorzystujących motyw Obcych. Wynika z niego jedno – Inwazja jest o jeden film za dużo :) 3 reportaże: Nowa historia, Na planie, Schwytani Równie nudny dodatek o produkcji filmu. Wszyscy zachwycają się reżyserem i filmem który nakręcili. Kilka migawek z planu, dwa słowa o efektach specjalnych i ot wszystko.
Wiedziałem, że to będzie odgrzewany kotlet, ale nie spodziewałem się, że to będzie tak lekkostrawny i dobrze odgrzany kotlet. Wchłonąłem go z przyjemnością i po prawdzie nie mam nic przeciwko dokładce. Trzecia część przygód Sida, Mańka, Diego i Wiewióra, choć niepozbawiona lekkich zgrzytów, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. W przeciwieństwie do napakowanego bajerami i fajerwerkami Shreka 3, Epoka dalej jest „skromną” animacją dla całej rodziny. Zarówno dzieciaki jak rodzicie będą się doskonale bawić, czego dowodem jest publiczność (musicie uwierzyć mi na słowo) z jaką miałem przyjemność oglądać film. Atmosfera była naprawdę genialna, wszyscy wybuchali śmiechem i nie krępowali się chichotać pod nosem. Fakt, może salwy nie były częste, ale przez 95% filmu banan nie schodził mi twarzy, taki człowiek miał szczękościsk.
Gagi Wiewióra zawsze trzymały poziom, jednak tym razem na jego drodze stanęła kobieta Wiewiórka. Przyznam, że trochę obawiałem się tego zabiegu, że Wiewiór i jego cut scenki stracą na atrakcyjności.. Nie straciły, wręcz przeciwnie. Zwłaszcza starsza widownia doceni męsko-damskie przepychanki zakochanych (echh te kobiety). Reszta paczki z drugiej części również poznaje nowych bohaterów. Trochę ich się narobiło, i może nawet odrobinę za dużo, bowiem już w drugiej części było ich całkiem sporo. Da się jednak to łyknąć, nie ma jakiegoś szczególnego natłoku, choć nie da się ukryć, cierpią na tym główni bohaterowie, którzy na ekranie pojawią się rzadziej. Zwłaszcza Sid, którego w filmie jest znacznie mniej niż w częściach poprzednich. Jednak całość nadrabia lekkim i, co ważne, dobrym poczuciem humoru (małe dinozaury są rozbrajające). Trzecia część jest również bardziej dynamiczna i bardziej widowiskowa od poprzednich. Pierwsze, co rzuca się w oczy to cyfrowe 3D, które, co jest dość dziwne, jakoś szczególnie mnie nie powaliło. Po pierwsze, IMAX to to nie jest, po drugie, animacja Potwory kontra Obcy pod względem 3D prezentowała się znacznie lepiej. Epoka jest trójwymiarowa, ale mam wrażenie, że twórcy nie do końca wykorzystali potencjał tej technologii. Żeby jednak nie było, film wygląda kozacko, cieszy oczy, ale pozostawia mały niedosyt (z drugiej strony, jeśli ktoś jeszcze nie wiedział filmu w 3D – będzie zachwycony). Poza tym w trzeciej części przybyło dynamicznej akcji podkręcającej całą przygodę. Końcówka filmu, w której dzieje się najwięcej okazuje się być całkiem przyzwoitym widowiskiem z lekkim przymrużeniem oka. Na koniec szczypta marudzenia. Był moment, w którym film zaczął mi się dłużyć a kolejne sceny wydały się być wciśnięte na siłę, aby było więcej. Była to, co prawda chwila, po której film ruszył z kopyta, ale jednak się zdarzyła. Poza tym, czasami (rzadko, ale jednak) zdarzały się lekko drętwe teksty. Zwłaszcza w wykonaniu Mańka, którego dodatkowo dubbing jest najsłabszy (Wojciech Malajkat). No i to 3D, które jakoś nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak się spodziewałem.
Mimo wszystko Epoka Lodowcowa 3 to animacja przemyślana, odpowiednio wyważona i na pewno lepsza od średniej dwójki. Mi się podobało, z kina wyszedłem w bardzo dobrym humorze i tak jak na wstępie napisałem – nie mam nic przeciwko kolejnej części. Polecam wybrać się do kina póki jeszcze wyświetlają w 3D (im w większym gronie tym lepiej) bo potem pozostanie już tylko płaskie DVD.
::::::::::::::::: MOJA OCENA: 7 z małym +/10 :::::::::::::::::
Pixar: Short Films to kolekcja krótkometrażówek najlepszego obecnie studia animacji Pixar. Każda kolejna produkcja owego studia bije rekordy popularności na całym świecie i tylko nieliczni malkontenci mogą filmom Pixara cokolwiek zarzucić (np. ja przy okazji Wally'ego :P). Przyznam, że byłem ciekawy, co też nowego odkryje przede mną 50 kilku minutowe wydanie dvd (choć musiało minąć trochę czasu nim zdecydowałem się na jego zakup).
Mamy tutaj sporo mini produkcji, które trwają niespełna 4 minuty i potencjalnego widza mogą nie specjalnie zachwycić. Są to bowiem animacje pierwsze w historii Pixara, (np. animacja The Adventures of Andre & Wally B z 1984r trwająca 1:30), które były wyprodukowane z myślą o wypromowaniu firmy na rynku komputerowym, a nie filmowym. Z drugiej strony w końcu obejrzałem legendarną animacje pt. Luxo Jr.(1986), który wstrząsnął raczkującym światem animacji i stał się po dziś dzień wizytówką Pixar Animation Studio. W tym krótkim filmiku po przez doskonałą animacje ruchu oraz światło/cienie (można powiedzieć, że pod względem technicznym animacja była pionierska), a także idealny podkład dźwiękowy Pixarowi udało się ożywić legendarną lampę, nadać jej wyraziste i proste do odczytania emocje (czegoś takiego jeszcze nie było) i opowiedzieć krótką historię z prostą puentą. Dzięki temu biurkowa lampa dostała stały angaż w roli modela prezentującego logo PIXAR, a studio zyskało sławę i uznanie w informatycznym kole adoracji wzajemnej :). Inną ciekawostką jest Tin Toy (1988), kolejna rewolucja polegająca na animacji człowieka, a konkretnie małego dziecka znęcającego się nad swoimi zabawkami. Może dziecko nie wygląda najładniej (jest obleśne), a animacja nie jest tak płynna jak obecnie, ale to właśnie ten filmik był pierwszą cegiełką w mega produkcji Toy Story. Knick Knack (1989) z kolei zachwyca od A do Z. Filmik o sympatycznym bałwanku z lekko szalonym wyrazem twarzy, który za wszelką cenę próbuje wydostać się z akwarium i dołączyć do przyjaciół "na zewnątrz" jest jednym z najzabawniejszych ze wszystkich (bałwanek pomysłowością przechodzi sam siebie i prawie mu się udaje.. To "prawie" czyli końcówka filmu miażdży, nieźle się uśmiałem :) Na płycie znajdziemy jeszcze kilka innych arcy ciekawych i przezabawnych krótkometrażówek m.in. nagrodzone Oscarem Geri's Game (1997) i For The Birds (2000), a także filmiki z bohaterami filmów Potwory i spółka, Auta, Iniemamocni (najlepszy z tych trzech). Bardzo podobał mi się nominowany do Oscara filmik Lifted. Absolutnie powalający pomysł - młody kosmita zdaje egzamin z porwania człowieka. Ubaw gwarantowany, odzwierciedlenie filmiku w rzeczywistości porażające. Rewelacja.
Wydanych pieniędzy nie żałuje choć niedosyt po obejrzeniu wszystkich filmików pozostaje. Nie chodzi o to, że filmiki są złe (wręcz przeciwnie), ale jest ich zdecydowanie za mało. Rozczarowanie potęguje fakt dostępności masy krótkometrażówek Pixara (tych z Short Films i innych) na YouTube (większość w HD), więc dlaczego nie wpakowano ich więcej na DVD? I tak wszystkie nie zmieściłyby się więc spokojnie starczyłoby na jeszcze jedno wydanie, które na pewno się pojawi. Niestety, nie można mieć wszystkiego (a jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze...). Short Films daje całkiem spory pogląd na ewolucje animacji jak i samego Pixara z czego Ci starsi widzowi winni być zadowoleni (każdy filmik z jest opcjonalnym komentarzem twórców). Młodsi natomiast będą w wniebowzięci zabawnymi historiami i ciekawymi bohaterami. To co z tego, że ów DVD to takie mało subtelne przechwalanie się... Skoro jest czym, a jest czym, to czemu nie? Dlatego poza animacjami na płycie nie zabraknie dodatkowego filmu fabularnego o historii studia Pixar.
Spis krótkometrażówek na DVD: - The Adventures of Andre & Wally B (1984) - Luxo Jr.(1986) - Red's Dream (1987) - Tin Toy (1988) - Kinck Knack (1989) - Geri's game (1998) - For The Birds (2001) - Mike's new car (2002) - Boundin (2004) - Jack-Jack Attack (2005) - One Man Band (2006) - Mater and the Gost Light (2006) - Lifted (2007)
::::::::::::::::: MOJA OCENA: 8-/10 :::::::::::::::::