30 października 2009

ZWIASTUN: Avatar

8 [dodaj komentarz]


Jest już recenzja z pokazu przedpremierowego - kliknij tutaj, aby przeczytać

Ja jestem zachwycony! Czekam z niecierpliwością.
Polecam oczywiście wersję HD (dostępna tutaj) na jak największym monitorze/telewizorze - robi podwójne wrażenie.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

26 października 2009

Odlot (2009 - kino)

12 [dodaj komentarz]

     Przejrzałem listę dotychczasowych filmów od Pixara i wychodzi na to, że ich najnowsza animacja pt. „Odlot” jest dziesiątą z kolei. Widziałem prawie wszystkie (poza Ratatuj, do którego cały czas nie mogę się przekonać) i podobnie jak większość widzów uważam, że jest to najlepsza obecnie wytwórnia filmów animowanych. Każda z owych produkcji zdobyła uznanie wśród krytyków filmowych oraz zwykłych widzów, nie raz można było usłyszeć takie określenia jak: nowatorski, przełomowy czy nawet arcydzieło. Ostatnia produkcja, Wall.E zrobiła jak na razie największe zamieszanie pod względem ochów i achów, choć ja do tego niezwykle licznego grona nie zaliczam się. Bo Wall.E był kolejnym krokiem, kolejną jeszcze wyżej postawioną poprzeczką dla konkurencji, ale do przełomu trochę jednak zabrakło. Na „Odlot” wybrałem się bez specjalnego entuzjazmu, choć z przekonaniem, że idę na fajną, rozluźniającą animacje made by favourite Pixar… I nie rozczarowałem się, wręcz przeciwnie, z kina wyszedłem totalnie oczarowany.



     Początek filmu, te kilka minut, w których poznajemy historię głównego bohatera, Carla Fredricksena, jest absolutnym arcydziełem zasługującym na wszelkiego rodzaju nagrody i wyróżnienia. Czarodzieje z Pixara bez problemu zmanipulowali mój umysł, siedziałem zafascynowany wylewającą się z ekranu emocjonalną magią, a ta dźwięcząca cisza (przy pełnej sali rodziców i dzieciaków), kiedy główny bohater pojawił się na ekranie bez żony utwierdziła mnie w przekonaniu, że żal i smutek nie tylko mi ścisnął gardło. I już w tych pierwszych minutach objawiło się coś, czego w animacjach i chyba ogólnie filmach dla dzieci jeszcze nie było, bowiem „Odlot” jest filmem zabawnym, ale przede wszystkim smutnym, bardziej „na poważnie”. No, może nie tyle smutnym, bo do dramatu jednak daleko (choć są momenty bardzo przygnębiające), ale został przepełniony ogromną dawką sentymentalizmu i melancholii. Do tej pory animacje były wypisz, wymaluj rasowymi komediami z luźnymi, pouczającymi morałami odnoszącymi się do przyjaźni, miłości, a także przyrody i ogólnie całego świata. „Odlot” (powtórzę się) jest zabawny, ale jeżeli popatrzeć przez pryzmat dotychczasowych produkcji, jest jednak zupełnie inny. Dla mnie stanowi to gigantyczny plus, a jeśli dodać do tego ilość wątków poruszających poważniejsze tematy (śmierć bliskiej osoby, tęsknota, niespełnione marzenia, samotność, utracone dzieciństwo i wiele więcej) to w rezultacie „Odlot” okazuje się najbardziej dojrzałą animacją dla dzieci. Bo, co bardzo ważne, to dalej jest film dla dzieci! Pixar w tej materii dokonał czegoś przełomowego, bowiem w niezwykle lekki, przystępny sposób dla młodszej widowni poruszył tematy ważkie, bliższe widzom starszym aniżeli młodszym. Rewelacja, czegoś takiego się nie spodziewałem.
     „Odlot” to nie tylko treść, to także rozrywka. Przyznam, że zupełnie nie widziałem, czego mam się spodziewać po historii staruszka wędrującego z przyczepionym do pleców dwukondygnacyjnym domem jednorodzinnym unoszącym się nad ziemią dzięki kolorowym balonikom… :) Jednak wyobraźnia i pomysłowość scenarzystów z Pixara nie zna chyba granic, potrafią i zaskakiwać i czynią to bez większego wysiłku dzięki czemu film wciąga do reszty, a dialogi, zawarty w nich humor, a także znakomicie rozpisane postacie stoją na najwyższym poziomie. W filmie nie zabrakło oczywiście spektakularnej i wesołej akcji, co czyni przygodę jeszcze bardziej atrakcyjną. Warto jeszcze wspomnieć o dubbingu, który niejednokrotnie potrafił zepsuć nawet najlepszy film. Na szczęście ten w „Odlocie” jest taki, jaki być powinien.. Jest jeszcze jedna rzecz, która rzuciła mi się w oczy, a której w innych animacjach chyba nie było. W „Odlocie” najważniejsze napisy (np. okładka książki, podpis pod zdjęciem) były w języku polskim, a nie angielskim!
     Czy „Odlot” posiada jakieś zgrzyty? Na pewno, jednym z nich może być wszystko to, co mi się podobało (czego dowodzą recenzje na innych blogach). Mankamentem może być również zwiastun filmu, który wg mnie ukazuje za dużo humorzastych scen (tzn. tych najlepszych). Poza tym gdzieś tak w połowie filmu jest moment, w którym deczko akcja siada, ale to już jest czepianie się na siłę. Krótko mówiąc podobało mi się. Każdy wie, że Pixar lubi eksperymentować, przecierać szlaki dotąd nieznane animacjom, ale tym razem otrzymaliśmy coś nieprawdopodobnie doskonałego i wyjątkowego. „Odlot” jest najlepszą animacją i jednym z najlepszych filmów, jakie do tej pory widziałem. Wątpię, aby następne animacje (Auta 2, Toy Story 3) były na tak wysokim poziomie (choć bardzo bym chciał). Długo zastanawiałem się nad oceną tego filmu, dla wielu czytelników będzie kontrowersyjna, ale... jakoś nie wydaje mi się, aby była specjalnie zawyżona… :)



     Reasumując, z całego serca polecam wybrać się do kina. Z dzieciakami, z rodzicami, z dziadkami, idźcie, bo dawno nie było w kinach filmu tak uniwersalnego i znakomicie zrealizowanego.

::::::::::::::::: 10-/10 :::::::::::::::::


P.S. W wielu recenzjach pojawiają się porównania do ostatniego hitu pt. Wall.E. Nie ma co porównywać, Odlot miażdży blaszaka :)


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

22 października 2009

Dystrykt 9 (2009 - kino)

6 [dodaj komentarz]

     Przedstawiciele pozaziemskiej cywilizacji przybyli 28 lat temu na Ziemię. Bez precyzyjnego planu jak zorganizować życie uchodźców, ludzie odizolowali ich w dystrykcie 9 - zamkniętej dzielnicy Johannesburga. Powołana do jej nadzoru specjalna firma Multi-National United nie dba jednak o godziwe warunki dla przybyszy. Prawdziwym celem korporacji są badania nad odebraną im niezwykłą bronią. Do jej obsługi potrzebne jest jednak DNA obcych. Konflikt między gospodarzami a emigrantami wybucha, kiedy pracownik MNU Wikus van der Merwe (Shar-lto Copley) przypadkowo zarażony nieznanym wirusem zmienia swój kod genetyczny. Rozpoczyna się polowanie na nową istotę, której DNA pozwoliłoby ludzkości odkryć tajemnice supernowoczesnych, kosmicznych technologii. Napiętnowany i odrzucony mutant podzieli dwa światy. Kto w dystrykcie 9.okaże się jego sprzymierzeńcem, a kto wrogiem?



     Większość recenzji Dystryktu 9 rozpoczyna się tak samo, przez co już chyba każdy wie, że daaawno, daaawno temu, czytaj: 4 lata temu, nikomu nieznany Neill Blomkamp nakręcił krótkometrażowy film pt. „Alive In Joburg”. Mini produkcja, którą można zobaczyć tutaj, okazała się na tyle dobra, że sam Peter Jackson (widzieliście jak schudł?!) wykombinował dla Neilla 30mln zielonych na pełnometrażowy film. Neill szanse wykorzystał i pod czujnym okiem Jacksona nakręcił rozszerzoną wersję pt. Dystrykt 9. Film na pewno udany, ale czy rzeczywiście przełomowy?
     Na początku filmu jedna z reporterek oznajmiła: „to zaskakujące, ale kosmici nie wylądowali w Nowym Jorku, Chicago, ani gdziekolwiek w Ameryce”. Rzeczywiście, to chyba pierwszy tego typu film, w którym Ameryka nie przemawiała i nie decydowała w imieniu całego świata (prosty zabieg, a jak cieszy..). Akcja została osadzona w największym mieście RPA w Johannesburgu, a forma filmu w dużej mierze do złudzenia przypominała film dokumentalny rodem z Discovery Sci-Fi. Przyznam, że ten paradokumentalny aspekt filmu wypadł naprawdę wiarygodnie i zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Fragmenty wiadomości telewizyjnych, nagrania ze ‘sklepowych’ kamer, amatorskie filmiki ‘ala YouTube’, a do tego wywiady, komentarze zwykłych ludzi i ważnych osobistości – cały ten materiał składał się na realistyczną tezę całego filmu, bowiem Blomkamp na tle obcej cywilizacji ubrał ludzką naturę w agresje, zakłamanie i rządze nieograniczonej władzy. Brutalnie zdemaskował hasła typu „wyższe cele”, „dla naszego dobra” ukazując kulisy ich realizacji i w rezultacie nie pozostawił złudzeń – daleko nam do humanitarnej i pokojowo nastawionej rasy, za jaką się uważamy. Druga część filmu, w której irytujący Wikus van der Merwe staje po drugiej stronie barykady, jest już tylko taką „kropką nad i” – najpierw obserwujemy go, jako jednego z głównych działaczy MNU, potem, jako zbiega, który na własnej skórze przekonuje się, kim był, kogo reprezentował i jakie niebezpieczeństwo jest tego konsekwencją („cel uświęca środki”).
     Jak na film SF trzeba przyznać, że Blomkampowi udało się przemycić sporo interesujących wątków odnoszących się do współczesności. Ale Dystrykt 9 poza warstwą fabularną spełnia się, jako doskonałe kino rozrywkowe. Wspomniana druga część została zrealizowana, jako tradycyjne kino akcji kręcone z ręki. Czy to dobrze? Mam mieszane uczucia, myślałem, że cały filmu będzie utrzymany w realistycznej konwencji kina dokumentalnego. Z drugiej strony chyba jeszcze nikt nie nakręcił filmu tak sprawnie łączącego wybuchowe kino akcji z fikcyjnym dokumentem. A warto zaznaczyć, że część akcji wypada naprawdę kozacko. Wiszący statek kosmiczny zachwyca, pościgi i inne strzelaniny dopracowane w najmniejszym szczególe - krótko mówiąc skromne 30mln zielonych, a efekt wysokobudżetowej mega produkcji. Blomkamp napakował trochę fajerwerków, ale na szczęście nie zapomniał o przemianie głównego bohatera. Przez cały czas dramat Wikusa, a tym samym obraz ludzkiej nienawiści był na pierwszym planie.
     Genialny montaż, rewelacyjne wstawki z wywiadami no i późniejsze wkroczenie do Dystryktu 9 – ten film naprawdę wciąga i nie ma ani jednej minuty nudy. Jednak najbardziej zaskoczyła mnie rewelacyjna muzyka. Soundtrack trwa zaledwie 30-40minut, ale jest to podkład tak ‘bogaty w obraz’, że bez filmu słucha się go nieziemsko. Chyba najlepszy w tym roku.



     Czy Blomkamp popełnił filmidło przełomowe? Raczej nie, choć nie ulega wątpliwości, że Dystrykt 9 jest jednym z oryginalniejszych/nowatorskich filmów ostatnich lat. Pomijam kilka wpadek, pomijam fakt, że im dłużej rozmyślam nad pewnymi sekwencjami tym więcej nielogiczności wychodzi na wierzch. Ważne, że Blomkampowi udało mu się tchnąć ‘nowe życie’ w wizjonerskie i realistyczne kino SF, pokazując przy okazji, że w dobie komputerowych fajerwerków liczy się przede wszystkim pomysł i przemyślana realizacja. A jeżeli mowa o sukcesie - nie małe znaczenie miała genialna kampania reklamowa, np, na przystankach autobusowych w Ameryce pojawiały się plakaty z rysunkiem obcego, a także wielkim napisem „BUS STOP – FOR HUMANS ONLY”. Niżej podany był adres strony internetowej jakiejś fikcyjnej instytucji rządowej lub numer infolinii. Szkoda, że u nas marketing był tak słaby, z drugiej jednak strony cieszmy się, że w ogóle film wszedł do kin (do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy Dystrykt 9 będzie w Polsce wyświetlany). Polecam, warto zobaczyć.

::::::::::::::::: 8-/10 :::::::::::::::::




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

11 października 2009

Surogaci (2009 - kino)

9 [dodaj komentarz]

     Świat przyszłości. Ludzie żyją w całkowitej izolacji, a jedyny kontakt między nimi następuje za pomocą robotów, które są lepszymi wersjami ich samych. Agent FBI (Bruce Willis), a właściwie jego elektroniczny zastępca, pracuje w wydziale zabójstw. Pewnego dnia zostaje zmuszony jednak do dość ryzykownego wyjścia z domu. Nie ma jednak innej możliwości, bo tylko on sam jest w stanie zapobiec niebezpiecznemu spiskowi i serii tajemniczych morderstw.



     Średni to film. W gruncie rzeczy rozczarował mnie. Największym chyba atutem są jego pierwsze minuty w których poznajemy historię i ideę powstania Surogatów. Przyznam, że ta kolorowa, pełna robotów, wizja społeczeństwa pozbawionego m.in. nienawiści, rasizmu i skrępowania zrobiła na mnie całkiem spore wrażenie. Gdyby w obecnych czasach naukowcy rzeczywiście wyprodukowali robota w pełni spełniającego zachcianki człowieka to jestem pewien, że jego sprzedaż zdetronizowałaby świeże bułeczki, a pytania takie jak: co z człowieczeństwem, czy to etyczne, moralne, na zawsze pozostałyby bez odpowiedzi rodząc kolejne konflikty. Tak właśnie (mniej więcej) przedstawia się krótka historia powstania Surogatów. Szkoda tylko, że film Jonathana Mostowa przez kolejną godzinę obrazował to co tak wyraźnie wyklarowało mi się w głowie. Wszystko bowiem kręciło się wokół człowieczeństwa, jego istoty, ale ów mądrości były zaledwie powierzchowne no i czytelne od pierwszej minuty filmu. Jednak Mostow, nie zwracając nawet uwagi na dziury w scenariuszu, konsekwentnie przez cały seans ślizgał się po temacie odbierając kolejne cegiełki z przyjemności oglądania. Tak naprawdę „przeżywanie” filmu sprowadzało się do oczekiwania na to, co setki razy widzieliśmy w innych produkcjach – jakaś ckliwa scena podkreślająca wydźwięk filmu (było), społeczne zobrazowanie problemu (było) oraz symboliczny i kiepski finał głównej intrygi (było). Nie spodziewałem się żadnych zwrotów akcji (i dobrze bo bym się nie doczekał), wszystko było na swoim, z góry ustalonym miejscu, zaś o wspomnianej głównej intrydze można powiedzieć tylko tyle, że została poprowadzona wg utartych już schematów i nie trzeba być wielkim myślicielem, aby szybko domyśleć się co, kto i dlaczego.
     Pod kątem kina akcji Surogaci też nie specjalnie zachwycają. Co prawda akcja jest, nawet można pokusić się o stwierdzenie, że jest jej całkiem sporo, ale szału jako tako nie ma. Efekty specjalne stoją na przyzwoitym poziomie, choć ‘gołym okiem’ widać co jest dziełem komputera (pierwsza scena kraksy jest wręcz beznadziejna), a co ekipy od efektów. Za to muzyka Pana Richarda Marvina przyjemnie brzdąka w tle i ładnie uzupełnia futurystyczny świat Surogatów.



     Ogólnie rzecz ujmując Surogaci to film, który odniósłby spory sukces, ale jakieś kilka, a może nawet kilkanaście lat wstecz. A tak mamy kolejne zwyczajne filmidło, które idealnie sprawdza się do zabicia czasu – obejrzeć i zapomnieć. Nie jest to film zły, a i Bruce Willis w swojej kolejnej geriatrycznej roli daje radę, ale jakoś trudno mi go komukolwiek z czystym sumieniem polecić.. Chyba lepiej darować sobie kino i poczekać, aż jakiś szmatławiec dorzuci płytkę dvd za free.

::::::::::::::::: 5/10 :::::::::::::::::




#45 Kto pierwszy, ten lepszy - z jakiego filmu pochodzi poniższy utwór (co o nim sądzicie?):







Rozwiązanie poprzedniej zagadki:
Wojciech Kilar - Theme From The Ninth Gate. Utwór pochodzi z filmu "Dziewiąte wrota" w reżyserii Romana Polańskiego. Na zagadkę prawidłowo odpowiedział milczący_krytyk.
Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

4 października 2009

Szklana Pułapka 4.0 (2007 - kino, dvd)

10 [dodaj komentarz]

     Seria „Szklanej pułapki” powstała pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych, czyli w tzw. „złotym okresie” kina akcji. Powstała wtedy masa filmów naćkanych mordobiciem, strzelaninami, pościgami, z motywem ‘jeden na wszystkich, wszyscy na jednego’, które obecnie uchodzą za klasyki gatunku. „Zabójcza Broń”, „Szklana pułapka”, „Terminator”, „Rambo” to zaledwie kropla w morzu kultowych filmów, które były początkiem kariery wielu obecnych mega-stars. Oczywiście, można spokojnie rzec, że były to produkcje banalne, schematyczne, naiwne, ale taki ich właśnie urok - czysta rozrywka. W tej chwili jedno jest pewne i nie ulega to wątpliwości – takich filmów już się nie kręci. Hollywood lubi jednak powracać do sprawdzonych w boju bohaterów i co rusz odgrzewa kolejne kotlety. Z jakim skutkiem? Najlepszym chyba przykładem (jednym z wielu) będzie czwarta część Indiany Jonesa, który wrócił na nasze kina po 19 latach. Ten sam reżyser (Steven Spielberg), ten sam scenarzysta (George Lucas), ten sam Indiana (Harrison Ford), wielkie starania aby film duchem dorównał poprzednim częściom i…? Otrzymaliśmy solidnego przeciętniaka, który w obliczu dotychczasowych przygód sympatycznego archeologa był sporym rozczarowaniem. I m.in. dlatego widzownie nie reagują tak optymistycznie, gdy Internet obiega informacja o kolejnym odgrzewanym kotlecie (w tej chwili mamy modę na horrory). Tak więc nie powinno nikogo dziwić, że fani Szklanej Pułapki (do których również się zaliczam) podchodzili do czwartej odsłony z dużą rezerwą.. Ale, chcąc nie chcąc, po 12 lat John McClane (Bruce Willis) powrócił. Tym razem nowojorski detektyw musi stawić czoła nowemu wymiarowi terroryzmu – zorganizowanej przestępczości internetowej, która paraliżuje cały kraj w Dzień Niepodległości. Kiedy najbardziej nowoczesne metody nie pomagają i gdy stawką jest życie córki, z charakterystyczną dla siebie gracją i specyficznym poczuciem humoru McClane wkracza do akcji.



     Bruce Willis ma już 55 lat, nie jest już taki gładki i żwawy jak kiedyś, a w Szklanej Pułapce 4 wygląda prawie jak Jack Mosler z filmu „16 przecznic” (tylko bez wąsów i włosów). Wymejkapowali i podsolaryzowali go (albo mam źle ustawione kolory w tv), ale co tam, najważniejsze, że John McClane naprawdę powrócił. Ten John, ten sprzed 12 lat, a nie jakiś nowy twór. Obawiałem się, że w dobie PG-13 zrobią z McClane’a taką grzeczną, „politycznie poprawną” dziewczynkę.. I choć jest odrobinę łagodniejszy (np. mniej klnie), to i tak zostało w nim to co najlepsze - zadziorny uśmieszek, cięty język i specyficzne poczucie humoru. Takiego go pamiętamy, takiego go uwielbiamy i taki jest właśnie John w najnowszej odsłonie Die Hard! Żeby tego było mało nasz twardziel z poprzedniego pokolenia, zwolennik „najpierw strzelaj, potem pytaj” został rzucony na pożarcie wirtualnemu przeciwnikowi – komputerom. Z McClane’a taki informatyk jak z koziej dupy trąbka (genialna scena z zasłanianiem kamery internetowej) więc sami możecie się domyśleć, jak irytująca dla niego i zabawna dla widza jest czwarta misja.
     Kto oglądał poprzednie części ten wie, że detektyw McClane swoje śledztwa prowadzi w mało subtelny sposób. W 4.0 pomimo wirtualnego przeciwnika na ekranie nie zabraknie konkretnego widowiska. Akcja jak zwykle rozgrywa się na przełomie kilkunastu godzin, więc pędzi do przodu jak poparzona, a rozpierducha miejscami zapiera dech w piersiach. Efekty specjalne stoją na najwyższym poziomie, a widocznych efektów komputerowych jest naprawdę niewiele (najbardziej widoczne są w lekko przekombinowanej, acz widowiskowej końcówce). Ogólnie rzecz ujmując, akcja w 4.0 niczym nie ustępuje częściom poprzednim. Jest widowiskowa, nowoczesna, ale utrzymana w klimacie poprzednich części.
     Jednak nie wszystko jest tak piękne jak się wydaje, bowiem Szklana Pułapka 4.0 to niestety solidnie naciągane kino. Od hakerów, którzy w jednej chwili potrafią zapanować nad kilkoma systemami, przez różnego rodzaju ściśle tajne bazy chronione przez zaledwie dwóch, no trzech strażników, po efektowne i naciągane sceny akcji (wspomniana końcówka filmu). Bezsensu jest sporo, jest zauważalny, ale... da się to przeżyć (choć do granicy dobrego smaku niewiele zostało). Ogólnie nie można powiedzieć, że fabuła nie jest ciekawa, ale w porównaniu z poprzednimi częściami jest to mały krok do tyłu. Z drugiej strony, jak już wcześniej wspomniałem, takich filmów jak w latach 80,90 już się nie kręci - teraz rządzi rozrywka mede by Michale Bay i to się sprawdza.



     McClane powrócił i jest to powrót niewątpliwie udany (choć mógł być bardziej). Podstarzały Bruce Willis w otoczce przypominającej bezsensowne produkcje Michalea Baya daje rade i to dzięki niemu w dużej mierze 4.0 ogląda się tak dobrze. Jeżeli ktoś chce zobaczyć, jak mistrz ciętej riposty Bruce Willis z kultowym tekstem "yupikayey motherfucker” w starym dobrym stylu tłucze niedobrych panów to serdecznie polecam. Jeden z lepiej odgrzanych kotletów ostatnich lat. Mam jednak nadzieję, że 5 część nie powstanie.

::::::::::::::::: 7+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu dvd
CENA: 39.90
Format obrazu: 2.40:1
dźwięk: DD 5.1, lektor DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
Usunięte i rozszerzone sceny
W porównaniu do innych tego typu dodatków są to sceny naprawdę ciekawe. Zarówno te usunięte jak i rozszerzone.
Gagi z planu
Ha, genialny dodatek. Kilkanaście minut wpadek, a także dowcipów jakie ekipa wzajemnie sobie robiła bądź specjalnie przed kamerą inscenizowała (np. w jednej ze scen Bruce Willis i Justin Long robią sobie jaja i nawiązują do Tajemnicy Brokeback Mountain).
Teledysk Die Hard by Guyz Nite
Trochę porypany i długi teledysk przedstawiający wszystkie 4 części szklanej.
Behind the Scenes with Guyz Nite
Kompletnie niepotrzebny i durny dodatek o kulisach powstania powyższego teledysku. A gdzie kulisy powstawania filmu?
Commentary with Bruce Willis, Director Len Wiseman and Editor Nicolas De Toth
Jakoś nie mogę przekonać się do tego typu dodatków (komentarze podczas seansu). Muszę w końcu się przemóc i obejrzeć.


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+