27 listopada 2009

Gnijąca Panna Młoda (2005 - dvd)

6 [dodaj komentarz]

     Akcja filmu rozgrywa się w małym, wiktoriańskim miasteczku. Po nieudanej generalnej próbie ślubu, przyszły Pan Młody (Victor) zostaje zmuszony wybrać się do pobliskiego lasu by poćwiczyć słowa przysięgi małżeńskiej tak, aby płynnie je wypowiedzieć. Idzie mu to coraz lepiej i kiedy w pewnym momencie nakłada obrączkę na wystający z ziemi konar okazuje się, iż właśnie oświadczył się Gnijącej Pannie Młodej, która powstając z ziemi z podarowaną przez niego obrączką, przyjmuje jego oświadczyny.



     Gnijąca Panna Młoda – film przedziwny, mroczny, trochę dramatyczny, ale urokliwy i strAAAsSZzznie przesympatyczny. Czyli cały Burton... Fabuła może nie jest zbyt oryginalna, choć warto zaznaczyć, że scenariusz został oparty, a raczej zainspirowany XIX wieczną, rosyjską legendą. W tamtych czasach szerzył się antysemityzm, a żydowskie dziewczęta często były zwabiane w zasadzkę i mordowane w drodze na swój ślub. Zgodnie z żydowską tradycją były one chowane w ubraniach, które miały na sobie w chwili śmierci, a zatem w splamionych krwią sukniach ślubnych (fajne tradycje). Burton jednak tylko nawiązał do ów legendy, natomiast całą akcje filmu skupił wokół życia i życia po życiu. Co mu z tego wyszło? Cóż, życie normalne, to "na górze" okazuje się być mało interesującą, bezbarwną (w sensie dosłownym i przenośni) egzystencją, natomiast życie na dole... to dopiero jest życie!
     Burton po raz kolejny zaskoczył mnie swoją nieprzeciętną wyobraźnią, bowiem przedstawiony przez niego jazzowy świat umarlaków, jakkolwiek głupio to zabrzmi, jest zachwycający. Obfituje w masę przedziwnych, pomysłowych i zabawnych bohaterów (np. robal zamieszkujący Panne Młodą :), doprawionych specyficznym czarnym humorem oraz całkiem sporą ilością piosenek. No właśnie Gnijąca Panna Młoda jest trochę takim animowanym musicalem! Całość ogląda się naprawdę świetnie, od ekranu nie można oderwać wzroku, a rozterki głównego bohatera z każdą kolejną minutą wydają się być uzasadnione. Co lepsze, zostać na dole i "żyć" u boku ciepłej, szalonej, ale pełnej wdzięku, kościstej i sypiącej sie Panny, czy wracać na górę, do szarego świata, w którym czeka na niego ukochana? "Po co pchać się na górę, gdy ludzie oddają życie, żeby trafić tutaj?" rzekł jeden z mieszkańców podziemia (chyba kościotrup). Morał z tego taki, to miłość jest źródłem barw szczęścia (zdanie sponsorowane przez TVP :P) Ale, co warto zaznaczyć, Burton naśmiewa się również z podziałów klasowych i pomimo kolorowego, zabawnego wydźwięku filmu dość mocno odczuwalny jest smutek głównych bohaterów. Bo konsekwencje podejmowanych decyzji nie raz ciągną się przez całe życie, a czasami dłużej.
     Gnijąca Panna Młoda została nakręcona archaiczną metodą poklatkową. Można powiedzieć, że Burton złożył tym samym hołd ginącej sztuce, na której wychowało się nie jedno pokolenie. Cały film składa się z ok 109 000000 kolejnych zdjęć/kadrów, 12 calowych 82 lalek, oraz niezliczonej ilości prawdziwej scenografii (żadne blue screeny). Efektów komputerowych filmie nie ma prawie w ogóle (są dokładnie w 2 scenach) i szczerze mówiąc trudno w to wszystko uwierzyć. Film wygląda jak normalna komputerowa animacja, i tylko w charakterystycznych ruchach bohaterów można dostrzec "kukiełkowatość". Ale taki jest właśnie urok metody poklatkowej, właśnie to „niedopracowanie” daje ten niesamowity efekt... Pozostaje tylko podziwiać za wytrwałość - metoda poklatkowa jest chyba najżmudniejszą ze wszystkich.



     Tim Burton uważany jest przez wielu za wybitnego rzemieślnika w swoim filmowym fachu. Jeżeli chodzi o mnie, że nie jestem jego zagorzałym wielbicielem, ale cenie sobie go za to, że każdy jego film (no, prawie..) jest inny i niepowtarzalny. I taka jest właśnie Gnijąca Panna Młoda - zarówno cały film jak i tytułowa bohaterka :). Wizualnie zdumiewający, fabularnie intrygujący, a wszystko to okraszone świetną muzyką i jeszcze lepszymi dialogami. Może trochę szkoda, że film trwa zaledwie 80min, ale i tak warto go zobaczyć. Polecam

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 44,90
Format obrazu: 2.40:1
dźwięk: DD 5.1, lektor DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
+ Dwa Światy
Krótki film opowiadający o całej idei świata żywych i martwych.
+ Danny Elfman przybliża tajemnice dwóch światów
Kolejny krótki, ale bardzo ciekawy materiał. Kompozytor Danny Elfman opowiada o tym jak powstawał motyw przewodni, jakie są jego źródła, a także pokazuje jak wygląda tworzenie okreslonych motywów. Ujęcia ze studia nagrań robią wrażenie.
+ Animatorzy: Tchnienie życia
Film przedstawiający niewiarygodny proces kręcenia filmu. Animatorzy opowiadają o tym jak powstawały lalki, oraz pokazują jak żmudna i czasochłonna jest metoda poklatkowa. Takiego planu filmowego jeszcze nigdy nie widziałem.
+ Tim Burton: Światło i Mrok
Dodatek z cyklu "wychwalamy reżysera". Cała ekipa zachwyca się wyobraźnią i zawziętością Burtona. Wszyscy jednogłośnie stwierdzają, że to ich ulubiony reżyser :)
+ Głosy z zaświatów
Dodatek poświęcony obsadzie. Każdy ma swoje 5 min na pozachwycanie się własną rolą.
+ Ożywianie lalek
Kolejny kapitalny dodatek, tym razem poświecony produkcji lalek. Artyści opowiadają o nowatorskich systemach ruchu wpudowanych w każdą lalkę i pokazuj przy okazji jak wygląda praca takiego rzemieślnika.
+ Głosy za głosami
Genialny w swojej prostocie dodatek. Trwa ok 15 min, obraz jest podzielony na dwie części. W jednej normalnie leci film a w drugiej widać aktorów, którzy podkładają głosy. Niektórzy naprawdę wczuwają się w swoje role :)
+ Gnijąca Panna Młoda - galeria szkiców produkcyjnych
Obszerny materiał szkiców każdej postaci.
+ Ścieżka dźwiękowa
Ciekawa opcja pozwalająca obejrzeć cały film tylko i wyłącznie z podkładem muzycznym. Przyznam, że całkiem ciekawe doświadczenie.


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

23 listopada 2009

#2 SHORT FILMS: A Short Love Story in Stop Motion

6 [dodaj komentarz]
Na jesienno-zimowy wieczór...
Bardzo ciepła i optymistyczna krótkometrażówka :)



+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

19 listopada 2009

2012 (2009 - kino)

13 [dodaj komentarz]

     Plotki, ploteczki o największej rozwałce w dziejach kina, potem oficjalne zapowiedzi potwierdzające wcześniejsze doniesienia, a na deser wymiatające zwiastuny pt. ”świat, który znacie wkrótce przestanie istnieć”. W końcu przychodzi ten dzień, czas premiery, i lecę do tego kina z wywieszonym jęzorem nie przypuszczając, że połowa Polski już tam jest… :) W kolejce do kasy stoję bite pół godziny, nie kupuje coli, nie kupuje popcornu (bo kolejka kilometrowa), w końcu w zatłoczonej sali (4 dni po premierze!) zajmuje kiepską miejscówkę, byle tylko zobaczyć i zaspokoić ciekawość. Mija kolejne pół godziny, a na ekranie ciągle reklamy mleka, czekoladek, preparatu na wszy i gnidy (boska reklama), papieru toaletowego i jakiś kinowych gniotów.. Żeby jeszcze puścili zwiastun Avatara, ale nie, po co. Po wielominutowych męczarniach w końcu rozpoczął się film. Bez dźwięku... Kiedyś na wp.pl czytałem artykuł o tym, jak to rodzice wymyślają dla dzieci zamienniki popularnych przekleństw. Nie wiem dlaczego, ale ów artykuł przypomniałem sobie w kinie i chyba jako jeden z nielicznych zamiast pod nosem powiedzieć „do ku*wy nędzy, co to ma być?!” powiedziałem „do aniołka fiołka, co tu się dzieje?” i od razu zrobiło mi się lepiej :P Ba, chwilę później film ruszył od nowa, tym razem z dźwiekiem.



     Roland Emmerich nie jest jakoś specjalnie płodnym reżyserem. Jego filmowe konto, zarówno pod względem ilości jak i jakości, jest raczej skromne i.. nieszczególnie jest się czym zachwycać. A jednak udało mu się wyrobić własną markę pt. „specjalista od demolki” i, co ciekawe, widzowie nie oczekują od niego niczego więcej. Wszystko uchodzi mu na sucho pod warunkiem, że jest konkretna, widowiskowa rozpierducha. Całe szczęście, w tej materii Emmerich sprawdza się jak żaden inny reżyser, a „2012” to już prawdziwa, apokaliptyczna kumulacja. Tak widowiskowej i wgniatającej w fotel demolki nie spodziewał się chyba nikt. I prawdę mówiąc niewiele więcej o tej produkcji można powiedzieć... Słów bowiem brakuje, aby opisać efekty specjalne, natomiast o całej reszcie filmu zwyczajnie szkoda gadać. Emmerich konsekwentnie trzyma się wyeksploatowanych do granic możliwości schematów i nawet nie stara się tego ukrywać. Bohaterowie, wątki, dialogi – wszystko już było z milion razy, w efekcie czego nie ma ani jednego zaskakującego zwrotu akcji. Co więcej, w porównaniu do poprzednich produkcji Emmericha, patos w tym filmie występuje w niespotykanych dotąd ilościach. Widzowie, którzy mają serdecznie dość „god bless America” powinni dwa razy (albo i trzy) zastanowić się przed pójściem do kina.. W sumie trochę szkoda, że Emmerich stoi w miejscu i nie potrafi nakręcić niczego mniej głupiego od tego, co już nakręcił. Na plus trzeba jednak zaliczyć nieźle dobraną obsadę, a także okazjonalny humor, który idealnie rozładowuje napięcie po kolejnych scenach akcji. Co ciekawe, nie odniosłem dyskomfortu w postaci „świat się wali, ludzie giną, a mi jest wesoło”. Wszystko było w granicach dobrego smaku, a scena z Bentley’em (engiiiiinneeeeee.... stAAArt) zupełnie mnie rozwaliła :)



     Reasumując, 2012 to 100% Emmericha. Z jednej strony jest to sporym atutem, z drugiej strony wiadomo… Bądźmy jednak szczerzy, nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewał się po tym filmie „nie wiadomo czego”, w końcu to Emmerich. Tak więc polecam wybrać się do kina - film ogląda się całkiem przyjemnie, a takich efektów specjalnych jeszcze nie było i długo nie będzie (i nawet Bay może się schować).

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::




Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

9 listopada 2009

Star Trek (2009 - dvd)

19 [dodaj komentarz]

     Nie podobało mi się... J.J. Abrams, twórca udanego "Projekt: Monster", a także bijącego rekordy popularności serialu "Lost" dał przysłowiowego ciała (żeby nie powiedzieć dupy). Jest to o tyle dziwne, że zaliczam się do wielbicieli prostej, zakręconej intrygi, mordobicia, pościgów, wybuchów, gonitw, a także roznegliżowanych i obowiązkowo cycatych lasek... Krótko mówiąc bezmyślne, komercyjne kino akcji to jeden z moich żywiołów (co zresztą nie raz już podkreślałem), a Abrams miał być jego nową ikoną. Był na dobrej drodze, ale swoim szczeniackim Star Trekiem, co do którego miałem spore oczekiwania, zabił we mnie całą sympatię, którą go darzyłem i nadzieję na to, że w przyszłości będzie liderem kina rozrywkowego. No, chyba, że emo-widzowie są jego targetem...



     Abrams (a także wielu innych członków ekipy) w jednym z wywiadów powiedział, że nigdy nie był fanem Star Treka. Znał oczywiście serie, widział kilka odcinków, ale mimo wszystko przyznał, że był szczerze zaskoczony faktem reżyserowania nowych przygód załogi Enterprise. W kolejnych wywiadach udowadniał, że oryginalnemu Star Trekowi brakowało rozmachu, zarzucał sterylność i brak napięcia, choć to właśnie ta sterylność i brak szybkiej akcji było podstawą klimatu serii. I chyba to go właśnie zgubiło. Pozwolił sobie bowiem na wizje nowego Star Treka zapominając, albo w ogóle nie biorąc pod uwagę, czym jest cała seria gwiezdnych przygód. Że to coś więcej aniżeli charakterystyczny statek kosmiczny USS Enterprise. Otrzymaliśmy zatem wybuchowe widowisko z odmłodzonymi niemalże do granic możliwości bohaterami, z fabułą spłyconą do ulicznej kałuży, z dialogami na poziomie niemieckiego pornosa i z akcją zapierniczającą do przodu jak głupia. Scenariusz to jeden wielki, bezsensowny banał godny BRAVO Girl, w którym nie ma krzty klimatu i magii. Aktorzy, którzy wizerunkowo (o dziwo) zostali dobrani całkiem trafnie są wg mnie za młodzi (choć Zoe Saldana w roli Nyota Uhura to strasznie fajna czekoladka! :P), a pomiędzy odgrywanymi przez nich postaciami w ogóle 'nie iskrzy'. Rozumiem, że to kolejny film z cyklu "from beginning", ale bez przesady! Banda wymuskanych szczyli rodem z serialu 90210 i ja miałem uwierzyć w to, że są niesamowicie wyedukowani i gotowi do przejęcia sterów USS Enterprise w jego dziewiczym locie? Ktoś powie „stary, przecież to blockbuster, czego się spodziewałeś?” i pewnie ma racje, ale nie wolno zapominać, że seria Star Trek liczy 726 pojedynczych epizodów podzielonych na 30 serii oraz 11 filmów pełnometrażowych. Ok, ja też nigdy nie byłem fanatykiem ST, ale jeśli sięgnę pamięcią, obejrzałem masę odcinków (głównie z tej serii, w której kapitanem był łysy jegomość – nie pamiętam jak się nazywa) i do dzisiaj pamiętam klimat kosmicznych przygód. I oczywiście, wiele staremu ST można zarzucić, i zrozumiałe jest to, że nowy ST miał zerwać z wyeksploatowaną już formą, ale czy to znaczy, że jedyną możliwością było zaprzepaszczenie całkiem poważnego materiału na rzecz głupiutkiego filmidła dla nastolatków? Wypadałoby jednak, aby Star Trek był bardziej dojrzałym filmem.
     Moją irytację poniekąd łagodzi wizualna strona filmu. Wszystko zostało dopracowane w najmniejszych detalach, widocznych efektów wygenerowanych przez komputer w ogóle nie było widać, a niektóre ujęcia budziły u mnie szczery zachwyt. Kolory były soczyste, a różnego rodzaju refleksy dały bardzo fajny, kosmiczny efekt. W ogóle kosmos Abramsa wygląda naprawdę kosmicznie, szczególnie ten wyrenderowany na… napisach końcowych :P Szkoda tylko, że wszystko w tym filmie jest takie schematyczne... Enterprise jest wymuskany, błyszczący o owalnych kształtach. W środku przeważa dużo ciepłego światła + biel z domieszką jasnego błękitu (choć jak na mój gust wnętrze było trochę mało cyfrowe), z młodą, ładnie ubraną załogą. Statek złej strony jest brzydki, o ostrych krawędziach, w kolorze rdzy z wnętrzem wyglądającym jak jakaś brudna jaskinia (a przecież technologicznie był bardziej zaawansowany niż Enterprise). Załoga z wyglądu to wypisz wymaluj oprychy w ciemnych płaszczach (skóry), glanach i już za same niewyparzone gęby powinni dostać 5 lat odsiadki. Wyszła z tego taka nachalna, gruba krecha dzieląca tych dobrych od złych… Czy obecna publiczność naprawdę jest tak mało wymagająca?
     Jeszcze słów kilka odnośnie muzyki. Ta w Star Treku jest FATALNA! Masa ryczących, nadętych motywów, które w żaden sposób nie budują klimatu filmu i nawet nie „wpadają w ucho”. Możecie być pewni, że żaden utwór z tego mega-niewypału nie pojawi się w muzycznej zagadce, bo jest to jedna z najgorszych ścieżek dźwiękowych, jakie do tej pory słyszałem. Totalna beznadzieja.



     Reasumując, lipa. Być może ocena byłaby wyższa, gdyby to nie był Star Trek, a jakiś nowy, przygodowy film SF. Bo załoga Enterprise jednak zobowiązuje, a to co nakręcił Abrams to jakieś gigantycznie nieporozumienie... Nie ukrywam, że powyższy tekst został napisany jednym tchem zaraz po obejrzeniu filmu. Może to błąd, może powinienem odczekać, ochłonąć, przetworzyć sobie cały film i wtedy zasiąść do pisania na spokojnie… Z drugiej strony wydałem na ten cholerny film prawie 70zł… :-D. Ocena Star Treka jest niższa od tej, jaką dałem Transformers2, choć nie powiem, że jest to film gorszy. Bardziej chodzi o to, że Transformers to dzieło od początku do końca Michalea Bya, to on nakreślił cały styl, formę itp. itd. i można było przewidzieć co z tego wyjdzie. Natomiast Abrams w ogóle nie skorzystał z kilkudziesięcioletniego dorobku Star Treka. Zarąbistymi zwiastunami naobiecywał się rewolucji, a wyszło z tego to co wyszło. Gniot dla nastolatków.

::::::::::::::::: 4+/10 :::::::::::::::::



AND THE WINNER IS...
Nominacje w kategoriach:
- najgorszy soundtrack 2009
- największe rozczarowania 2009


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 69.90 za wydanie 2 płytowe, kolekcjonerskie w metalowym opakowaniu
Format obrazu: 2.40:1
dźwięk: DD 5.1, lektor DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
+ Komentarze – J.J. Abrams, Bryan burk, Alex Kurtzman, Damon Lindelof, Roberto Orci
Musiałbym obejrzeć film jeszcze raz, aby wysłuchać, co mają do powiedzenia ww. panowie. Kiedy indziej.
+ Nowa wizja
Całkiem obszerny, ale strasznie denerwujący dodatek. Wszyscy wzajemnie wychwalają się od najlepszych, każdy jest jedyny w swoim rodzaju a najlepszy z najlepszych jest J.J. Abrams. Poza tym ekipa tłumaczy co było fee w starym Star Treku a co jest zajebiste w nowym. Z dodatku wynika, że mamy do czynienia z fucking amazing movie!
+ Gagi z planu
W zasadzie wygląda tak jakby wszystkie śmieszne wpadki zostały wyreżyserowane (choć kilka daje w czapę). Ogólnie takie sobie…
+ Usunięte sceny
Całkiem pokaźny zbiór scen usuniętych. Niektóre dość istotne, jeżeli chodzi o marną fabułę. Jest nawet jedna jajcarska – nie wiem dlaczego nie umieszczono jej w filmie.
+ Podążając śmiało
20 minutowy, bardzo ciekawy dodatek ukazujący kulisy kręcenia filmu od początku do końca. Dużo ciekawych komentarzy, kulisy powstawania konkretnych scen itp. Nie obyło się oczywiście od różnego rodzaju przechwałek, ale… da się to jakoś oglądać.
+ Obsada
30 minutowy dodatek.Masa przechwałek typu „ten jest idealny, tamten rewelacyjny, a następny niezastąpiony”, ale i tak jest to ciekawy materiał odnośnie castingów i samych aktorów.
+ Obcy
W filmie obcych nie jest dużo, ale jak już się pojawiają to zwracają na siebie uwagę (np. gość w barze, albo obcy z jednej z usuniętych scen). Dodatek opowiada o projektach i trudnościach związanych z tak trudną charakteryzacją.
+ Muzyka w Star Trek
Kompozytor opowiada o tym jak genialną muzykę udało mu się napisać. Minuta ciszy..


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

6 listopada 2009

Renaissance (2006 - dvd)

8 [dodaj komentarz]

     W 2054 roku Paryż jest labiryntem, gdzie każdy ruch jest monitorowany i nagrywany przez ogromną korporację Avalon. Znany z kontrowersyjnych zachowań oficer policji Barthelemy Karas otrzymuje zadanie odnalezienia zaginionej w niejasnych okolicznościach pięknej i inteligentnej pani naukowiec Ilony Tasuiev. Karas szybko orientuje się, że nie tylko jemu zależy na odszukaniu kobiety i że jego bezlitośni konkurenci zrobią wszystko, aby go ubiec. Okazuje się, że Ilona jest kluczem do odnalezienia Protokołu Renaissance – odkrycia, które na zawsze może zmienić dzieje ludzkości.



     Fabularnie Renaissance niczym nie zaskakuje. Obraz społeczeństwa stłamszonego rządami totalitarnymi przewijał się przez kino niezliczoną ilość razy. W Renaissance mamy więc wielką metropolię, wielką korporację z hasłami "jesteśmy dla Ciebie" z podtekstem "jesteś potencjalnym wrogiem publicznym nr. 1". Metropolia, co nie powinno nikogo zaskoczyć, podzielona jest na dwa obozy: elita, oraz slumsy będące jednocześnie fundamentem egzystencji tych pierwszych (wzorem "Metropolis" Fritza Langa). Żądza pieniądza, władza, wykorzystywanie i żerowanie na słabszych, czyli kolejna optymistyczna wizja przyszłości, w tym przypadku Paryż, rok 2054. Główna intryga filmu kręci się wokół wartości w obliczu wydłużonego życia, a nawet nieśmiertelności. Motyw całkiem ciekawy, jednak scenarzyści Renaissance wyraźnie nie mieli pomysłu na głębszą intrygę, wrzucili masę bohaterów, jeszcze więcej wątków i wymiksowali to bez ładu i składu. Efekt jest taki, że film był lekko chaotyczny, nużący, pozbawiony dobrych, błyskotliwych dialogów z ciężkim do łyknięcia zakończeniem. Cały ten bałagan fabularny zaszkodził niestety apokaliptycznemu "dizajnowi" Renaissance, bowiem te wszystkie nawiązania do "Metropolis" czy "Łowcy Androidów" nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Pierwszy plan zawiódł na całej lini, nie ratuje go nawet oryginalna oprawa audio-wizualna.
     Apropo.. Na tle komiksowych filmów, m.in. Sin City, 300, Renaissance wypadło naprawdę dobrze. Obraz czarno-biały (i to dosłownie) ze śladowymi ilościami odcieni szarości (są tylko dwie sceny w których pojawia się kolor) + niezła animacja robi bardzo pozytywne wrażenie. Do czasu. Z jednej strony dwukolorowe ujęcia dały efekt filmu do złudzenia przypominającego komiks (wrażenie o wiele silniejsze w porównaniu do filmów wymienionych powyżej), z drugiej jednak strony obraz zmęczył mi oczy niemiłosiernie. Kontrasty były duże, waliły po oczach, a oglądanie filmu z oryginalną ścieżką dźwiękową czyli z napisami było naprawdę męczące (lektor jest taki sobie). Jednak i tak oprawę audio-wizualną zaliczam na spory plus, jest na co popatrzeć, tylko szkoda, że nie nie poszło to w parze z marną, pogmatwaną warstwą fabularną.



     Zwykle po obejrzeniu filmu przychodzi chwila zadumy, człowiek coś tam sobie poanalizuje, podywaguje, powspomina, uśmiechnie się z przekonaniem "widziałem niezłą komedię, czas na jakąś jumprezę" albo ze strachem stwierdzi "widziałem straszny horror, czas zmienić pampersa". Są gnioty po których klniemy jak szewc, są arcydzieła których nie potrafimy opisać, i są filmy o których zapominamy już na napisach końcowych. I taki właśnie jest Renaissance, film któremu nie można odmówić pomysłu, innowycjności, czyli ogólnie rzecz ujmując potencjału. Niewykorzystanego rzecz jasna. Nie wiem, być może to nie są moje klimaty.. Zobaczcie i sami oceńcie, ot tak dla ciekawości.

::::::::::::::::: 6-/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 29.90
Format obrazu: 2.40:1
dźwięk: DD 5.1, lektor DD 5.1 + napisy PL
Poza kilkoma zwiastunami filmów o których nigdy nikt nie słyszał nie ma żadnych dodatków. Jest, jak to zostało napisane na opakowaniu: "Dodatkowo na płycie: menu główne". Szaleństwo :)


Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

2 listopada 2009

ZNALEZIONE W SIECI: 10 megahitów, które nigdy nie powstaną!

7 [dodaj komentarz]
10 megahitów filmowych, które nigdy nie powstaną. Szkoda, niektóre z nich naprawdę mogłyby namieszać... :)


(klik w obrazek, aby powiększyć)












+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+