25 stycznia 2010

Sherlock Holmes (2009 - kino)

13 [dodaj komentarz]

     Ciekawy pomysł na przygody o najsłynniejszym detektywie świata, solidna obsada, obiecujący reżyser oraz efektowne zwiastuny – to musiało wypalić hitem. Po premierze Sherlocka Holmesa posypało się mnóstwo pozytywnych recenzji, po których byłem przekonany, że będzie to film, do którego będę wracać niejednokrotnie. Jak się jednak okazało, jedna wizyta w kinie w zupełności wystarczy…



     Obecnie większość ambitniejszych pomysłów przegrywa z 12-letnim targetem narzucanym przez wytwórnie filmowe. Na szczęście Sherlock Holmes by Guy Ritchie nie dał się temu irytującemu już trendowi. Twórcy zadbali bowiem o to, aby złotousty Sherlock na każdym kroku wykorzystywał swoją wrodzoną znajomość psychologii, chemii, geologii, balistyki i matematyki. Okazji ku temu daje całkiem sprytnie przemyślana (czytaj: zakręcona) fabuła, której, co dość istotne, finał nie jest znów taki oczywisty (co ciekawe, mordercę poznajemy na samym początku filmu..). Chwała za to scenarzystom (choć ich nazwiska nie napawały optymistycznie), bo oglądanie Sherlocka nie sprowadza się do oczekiwania na przekombinowane rozwiązania głupawych zagadek (niestety nie zrobiły na mnie większego wrażenia). Sam Sherlock, którego autoironia, sarkazm, a także fajka nie opuszczają nawet na chwilę, oraz jego wspólnik, doktor Watson z kapelusikiem na głowie tworzą całkiem zgrabny, momentami nawet wesoły duet, choć w pewnym momencie miałem wrażenie, że w przeszłości ów panowie dzielili nie tylko wspólne mieszkanie.. Tak czy inaczej duet udany i to w dużej mierze dzięki aktorom. Co ciekawe, Jude Law jako doktor Watson moim zdaniem sprawdza się znacznie lepiej od Roberta Downey Jr., który w roli Sherlocka wypada nieźle, ale niestety trudno wyzbyć się wrażenia, że to Tony Stark (z Iron Mana) tylko bez swojego głupawego uśmieszku. Na uwagę jak zwykle zasługuje doskonały Mark Strong (w roli Lorda Blackwood).
     Zdjęcia zatłoczonego XIX wiecznego Londynu zrobiły na mnie pozytywne wrażenie, chociaż trochę szkoda, że Sherlock ma tak mroczną aurę. Większość filmu rozgrywa się głównie wieczorem lub nocą, a ja oczywiście spodziewałem się filmu ciut pogodniejszego (kwestia gustu). Efekty specjalne cieszą oko, a akcji towarzyszy muzyka Hansa Zimmera, która jest dokładnie w takim samym stylu jak ta z „Aniołów i demonów”. Szybka, rycząca, patetyczna, czyli kolejna już aranżacja utwierdzająca mnie w przekonaniu, że Zimmer przechodzi syndrom „wszystko na jedno kopyto”. Oczywiście da się tego słuchać, główny motyw jest łatwo przyswajalny, ale ogólnie szkoda, że soundtrack nie reprezentuje niczego nowego.
     To jednak zaledwie mikro ułamek moich zastrzeżeń. Akcja filmu rozkręca się wyjątkowo długo i nie osiąga zbyt wysokich obrotów, a akcji w dosłownym tego słowa znaczeniu jest raczej niewiele (a jak jest, to lekko naciągana, np. wodowanie łodzi). Nie pomaga tutaj ani rycząca muzyka Zimmera, ani liczne mini retrospekcje, zwolnienia czy migawki obrazujące myślotok detektywa (nawiasem mówiąc nie wiem, po co do filmu wrzucono scenę bijatyki „na gołe klaty”…). Główni bohaterowie mają mnóstwo przegadanych scen, ale tych zabawniejszych momentów jest jak na lekarstwo. Jakieś 80% gagów można zobaczyć w niezdrowo napompowanym akcją i humorem zwiastunie, a i tak trzeba wziąć poprawkę na to, że większość z tych gagów jest wyjęta z kontekstu i w pełnym filmie nie są już tak zabawne. Cała przemyślana intryga jakoś mnie nie wciągnęła i ani Holmesowi, ani Watsonowi w ich przygodzie/śledztwie specjalnie nie kibicowałem. Brakowało mi napięcia, brakowało mi ciętego humoru, brakowało mi zaskakującego zakończenia, brakowało mi czegokolwiek, co chociaż trochę wbiłoby mnie w fotel. Niestety, podczas 2 godzinnego seansu zaliczyłem dwukrotny ziew (jeden zakończony łzami w oczach :) ) i jedno wymowne spojrzenie na zegarek..



     Cóż, albo spodziewałem się czegoś innego, albo czegoś więcej. Czy warto wybrać się do kina? Na pewno nie zaszkodzi :). Mnie Sherlock nie powalił, nie wciągnął i raczej nie wybiorę się na kontynuację (która na pewno powstanie). Guy Ritchie trochę mnie rozczarował, ale wybaczam mu (hehe) bo to chyba jego pierwsza taka typowo komercyjna produkcja. Niech mu się w tej materii wiedzie jak najlepiej, ja jednak zdecydowanie wole go w przerysowanym kinie gangsterskim („Porachunki”, „Przekręt”, „Rock’N’rola”) i mam nadzieję, że w niedługim czasie właśnie takiego filmu od Pana Ritchiego się doczekam.

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

19 stycznia 2010

Z HISTORIĄ KINA ZA PAN BRAT: Lot nad kukułczym gniazdem (1975)

6 [dodaj komentarz]

     Jeden z zaledwie kilku filmów tamtych lat, który widziałem już kilkukrotnie (mówiąc "tamtych" mam na myśli lata, w których nie było mnie nawet w planach). "Lot nad kukułczym gniazdem" arcydziełem nie jest, choć ma ku temu całkiem spore predyspozycje - ponadczasowy, wielowarstwowy, genialnie zagrany, cieszący się ogromnym uznaniem widzów i krytyków (5 Oscarów w najważniejszych kategoriach!).
     Akcja filmu ma miejsce w zakładzie psychiatrycznym, do którego trafia McMurphy (Jack Nicholson). Złodziejaszek, szuler, kobieciarz, przede wszystkim cwaniak. Za seks z nieletnią sąd najchętniej wysłałby go do kamieniołomów, ale McMurphy roluje wszystkich udając wariata, dzięki czemu miast do więzienia trafia na „oddział zamknięty”. Spodziewając się pozytywnie zakręconych „świrów” wkracza w świat zimnej sucz, jaką jest siostra Ratched. Harda baba z zasadami, królowa lodu, której sadystyczne metody terapeutyczne kłócą się z „rockandrollowym” charakterkiem McMurphy’ego. Bunt wisi w powietrzu.
     Wachlarz występujących charakterów oraz kilka zaskakujących zwrotów akcji daje mnóstwo możliwości interpretacji. „Lot…” jest bowiem obrazem ludzi ubezwłasnowolnionych, stłamszonych przez tyranię, w tym przypadku szpitalny personel, której nie są w stanie się przeciwstawić. Z drugiej strony jest to obraz ludzi samotnych –w końcu wielu z pacjentów przebywa w zakładzie dobrowolnie. Są chorzy, wyalienowani i przesiąknięci strachem przed światem zewnętrznym, którego w ogóle nie chcą znać. Z tego właśnie świata przybywa diabeł tasmański, czyli pełen energii McMurphy. Gość, który nie może zrozumieć braku chęci do życia ze strony „świrów”, a także podręcznikowo farmaceutycznego podejścia personelu szpitalnego. Z ideą „trzeba próbować żyć” rozpoczyna wojnę.. jednostki z systemem, wolności z tyranią, rozsądkowi z nauką, normalności z obłąkaniem, ‘carpe diem’ z rutyną, dobra ze złem. Do wyboru do, koloru.
     Inteligentny, maksymalnie przegadany scenariusz to jedno, rozgadany Nicolson to drugie. Nie ma się co czarować, ten film nie byłby tym czym jest, gdyby nie demoniczny Nicolson. To w dużej mierze dzięki niemu „Lot…” trzyma za gardło przez bite 2 godziny. Oscar za tą rolę w pełni zasłużony, choć, co może zabrzmieć nieco głupio, prestiż tej nagrody, w mojej ocenie, blednie w obliczu Nicolsona. Rola absolutnie genialna, kładzie na łopatki większość gwiazd obecnego kina. Swoją drogą aż trudno uwierzyć, że reżyser, Milos Forman, tak bardzo chciał obsadzić w roli McMurphego Burta Reynoldsa.. Jakoś nie mogę sobie tego wyobrazić (swoją drogą Tilda Swinton jako siostra Ratched? hm?). Co ciekawe, do niewielkiego grona widzów mało zachwyconych należał autor literackiego oryginału (na podstawie którego powstał film), Ken Kesey. Był tak bardzo niezadowolony z obsady i ze sposobu narracji, że nawet wytoczył proces producentom filmowym. Jaki był finał procesu nie wiem, ale warto wiedzieć, że Kesey pisząc "Lot..." opierał się na własnych doświadczeniach - pracował w szpitalu dla weteranów wojennych, zażywał LSD, a nawet dobrowolnie poddał się... elektrowstrząsom. Wszystko po to, aby wiedzieć jak to jest, zostać „wariatem” i realistycznie opisać myślotok Wodza, czyli jednego z pacjentów zakładu dla psychicznie chorych, będącego jednocześnie narratorem powieści. Cała historia została opowiedziana właśnie z jego perspektywy, natomiast w filmie, chociaż sam Wodzu oczywiście jest, zupełnie ten aspekt pominięto. Jednak moim zdaniem, wielu pisarzy może tylko pozazdrościć tak dobrej adaptacji – Forman, pomimo tradycyjnej (filmowej) narracji zachował wszystkie najważniejsze atuty powieści dzięki czemu zarówno film i raczej krótka książka to pozycje kultowe i wręcz obowiązkowe. Polecam.

::::::::::::::::: 9/10 :::::::::::::::::


14 stycznia 2010

Z HISTORIĄ KINA ZA PAN BRAT: Siódma Pieczęć (1957)

6 [dodaj komentarz]

     Do Ingmara Bergmana i "Siódmej Pieczęci" podchodziłem z duszą na ramieniu. Obawiałem się ciężkiej psychologizacji, metaforycznych łamigłówek egzystencjalnych i masy filozoficznych odniesień do literatury, mitologii, sztuki i sam nie wiem, czego jeszcze. Film okazał się prawie dokładnie tym, czego się obawiałem. Prawie, bo geniusz tego filmu objawia się m.in. w jego prostocie i skomplikowaniu. Z jednej strony jest to obraz pełen symboliki, biblijnych odniesień szczegółowo zgłębiających sens życia i wiary, a z drugiej strony stawia proste pytania poddające pod wątpliwość istnienie Boga (co ponoć w twórczości Bergmana przewija się niejednokrotnie). Poruszane tematy może nie robią teraz takiego wrażenia, ale nie sądzę, aby w dzisiejszych czasach ktokolwiek z branży filmowej z taką szczerą bezpośredniością prawił o Bogu, „upadku” wiary i to w kontekście biblii, a także średniowiecza ukazującego obłęd tego, na czym ów wiara została zbudowana. Poza tym nie ma się co oszukiwać, to tylko wierzchołek ‘góry lodowej’, jaką jest „Siódma Pieczęć” a różnorodność interpretacji, z jakimi spotkałem się o tym filmie jest porażająca, a niekiedy wręcz niewiarygodna (ale bynajmniej nie głupia).
     Na ogólny zachwyt składa się również szereg innych aspektów. Oryginalna fabuła - rycerz Antonius Block wraca z 10 letniej krucjaty i spotyka na swojej drodze śmierć. Nim kostucha zakończy życie rycerza ten wyzywa ją na pojedynek szachowy, którego stawką jest oczywiście jego życie. Śmierć przyjmuje wyzwanie. W trakcie pojedynku rycerz próbuje uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania, które, jak ma nadzieje, przywrócą mu utraconą wiarę w Boga. Scenariusz - doskonały, serwujący na przemian humor, groteskę z mocnym dramatem. Tak, ten film momentami (i to kilkoma) jest naprawdę zabawny, przy czym dalej pozostaje filmem poważnym. Świetne dialogi, zwłaszcza w wykonaniu giermka Jönsa (Gunnar Björnstrand) i rycerza Antoniusa Blocka (Max von Sydow). No i masa ujęć, momentów, scen, które zwyczajnie trzeba zobaczyć (spowiedź Antoniusa, wejście męczenników, zabawna rozmowa Jonasa z kowalem czy też kowala z aktorem, ścinanie drzewa przez Śmierć, i jeszcze kilka innych). Polecam, bo film nie pozostawia widza obojętnym i zmusza go do przemyśleń/refleksji.

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::


11 stycznia 2010

ZNALEZIONE W SIECI: Que Sera Sera

4 [dodaj komentarz]
Chyba najbardziej pozytywna reklama jaką widziałem :). Tekst jest po angielsku, ale nietrudny, każdy powinien zaskoczyć co i jak.
Que sera, sera - (czytaj: ke sera, sera) co będzie, to będzie; co ma być, to będzie: Que sera, sera to wyraz pogodnej zgody na rzeczywistość, nieprotestowania przeciw temu, co się ma wydarzyć.
UWAGA: motyw przewodni uzależnia..



kee seeraaa, seraaaa.. lalalalala laaa laaa


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

8 stycznia 2010

Pokuta (2007 - dvd)

8 [dodaj komentarz]

     Film jest adaptacją powieści Iana McEwana. Akcja rozpoczyna się w 1935 roku w Anglii. 13 letnia Briony Tallis (Saoirse Ronan) poza pisaniem swojej pierwszej sztuki, zabawia się w szpiegowanie syna służącej, Robbie'go Turnera (James McAvoy), w którym swego czasu (mając 11 lat) podkochiwała się. Pewnego kolorowego dnia Briony doświadcza istnej kumulacji dwuznacznych scen z udziałem Robbie'go i jej starszej siostry Cecili Tallis (Keira Knightley). Młodzi kochankowie oddając się miłosnej chemii oraz zbliżeniom doustnym (i nie tylko) nieświadomie dają pożywkę dla wybujałej wyobraźni Briony, która nie do końca kuma „co i jak w tych sprawach”. Żeby tego było mało pod koniec dnia, późnym wieczorem Briony jest świadkiem gwałtu swojej kuzynki Loli. Nie jest pewna, kim był mężczyzna, ale nie przeszkadza jej to, aby z godną podziwu pewnością wskazać Robbie'go, jako sprawcę. Ten zostaje zamknięty w więzieniu, a kilka lat później wysłany na wojnę do Francji. Miłość Robbie'go i Cecili staje się wspomnieniem i marzeniem jednocześnie, a dojrzalsza Briony, świadoma już swojego toku myślenia, w końcu zdaje sobie sprawę z tego, co zrobiła. Po latach postanawia wszystko wyjaśnić, ale czy to cokolwiek zmieni?



     Niespełna 3 lata temu wśród widzów i krytyków zawrzało. Sukces „Pokuty” w reżyserii Joe Wright’a zaowocował licznymi nagrodami, w tym Złotym Globem, nagrodą BAFTA dla najlepszego filmu oraz Oscarem w kategorii ‘najlepsza muzyka’ (film był nominowany w 6 w innych kategoriach, w tym za najlepszy film). Kilka dni temu udało mi się zdobyć „Pokutę” na dvd, jednak już za samo oglądanie wziąłem się bez specjalnego entuzjazmu – nie znoszę Keiry Knightley, nie lubię Jamesa McAvoy, a romanse (nawet te ambitniejsze) to zdecydowanie nie moja bajka. Jeśli dodać do tego dvd, które zostało wydane w serii VIVA „Wielkie namiętności”, a na okładce jest napisane „Zrealizowana z rozmachem, urzekająca opowieść o miłości jedynej, największej, niespełnionej” to chyba sami rozumiecie, że takiemu wyjadaczowi popcornu jak ja, automatycznie odechciewa się oglądania :). Poza tym miłość w kontekście wojny widzieliśmy nie raz i nie dwa.
     Na szczęście „Pokuta” nie jest typowym ‘romansidłem’, jakiego się obawiałem. Wątek miłosny jest raczej skromny i próżno doszukiwać się w nim jakiejś specjalnej magii czy ckliwego wyciskacza łez (albo ja jestem taki 'gruboskórny'). Ani Robbie Turner, ani Cecilia Tallis nie są do końca postaciami pierwszoplanowymi. Ich związek dominuje tylko na początku filmu, później pałeczkę ‘wodzireja’ przejmuje Briony – to jej postać jest obrazem ludzkiego sumienia, czyli konsekwencji głupich błędów życiowych i niemożliwości ich późniejszego odkupienia. Wina, kara i przebaczenie? Nie zawsze jest to taki proste, nawet po latach. Poza tym spora część filmu dzieje się podczas II Wojny Światowej we Francji i trzeba przyznać, że jako wojenny dramat „Pokuta” również daje radę. Oczywiście w filmie nie ma tak monumentalnych i sugestywnych scen ala „Szeregowiec Ryan” (choć warto wspomnieć o trwającym ponad 5 minut JEDNYM UJĘCIU plaży wypełnionej setkami tysięcy żołnierzy, które robi naprawdę duże wrażenie), za to jest obraz wojennego chaosu, który daje niewielkie wyobrażenie na to, ilu żołnierzy mogło zginąć (i zginęło) nie w bohaterskiej walce, a w nieludzkich warunkach z wycieńczenia lub w ciężkiej chorobie. Żadna to oczywiście nowość, ale filmów ukazujących wojnę od tej drugiej, mniej widowiskowej strony nie powstało wiele.
     „Pokuta” została podzielona na 3 rozdziały i obejmuje okres kilkudziesięciu lat. Pierwszy, przedwojenny rozdział to przede wszystkim pokaz aktorskich możliwości utalentowanej Saoirse Ronan, która zagrała 13 letnią Briony (nominowana za tą rolę do Oscara). Wg mnie to druga po Dakocie Fanning („Sam”, „Człowiek w ogniu”, „Wojna Światów”) małolata, która swoją naturalnością biję na głowę nie jedną, doświadczoną aktorkę (nawiasem mówiąc zobaczycie, że Dakota wkrótce podbije Hollywood). Drugi, wojenny rozdział należy do Jamesa McAvoy, którego dalej nie lubię, choć chylę czoła przed jego aktorskimi dokonaniami – stworzył postać wyrazistą, charyzmatyczną, przy czym niedominującą nad innymi. Natomiast Keira Knightley wypadła totalnie bezbarwnie..
     Pod względem technicznym trudno do czegokolwiek się przyczepić. Pierwsze minuty to bajeczne, senne krajobrazy nasycone lekką poświatą i żywymi kolorami. Zdjęcia są naprawdę ładne, plenery zachwycają swoim zielonym bogactwem, a posiadłość rodziny Tallis miażdży wielkością i arystokratycznym przepychem. Natomiast wojna została ukazana realistycznie, a miejscami nawet realistycznie i do tego widowiskowo (moment wejścia na plażę). Całości przygrywa bardzo klimatyczna, z niepokojącym motywem głównym (do posłuchania w zwiastunie) muzyka Dario Marianelli, która została nagrodzona Oscarem.



     „Pokutę” ogląda się bardzo przyjemnie. Jest to film estetycznie dopracowany, fabularnie więcej niż przeciętny, ale szału, jako takiego nie ma. Dopiero ostatni, najkrótszy (powojenny) rozdział nadaje wydźwięk i charakter całemu obrazowi, bowiem zakończenie tej, w gruncie rzeczy prostej opowieści jest równie zaskakujące, co i wzruszające. Zwłaszcza dla widza, który nie zna oryginału literackiego! Przyznam, że serce podeszło do gardła, wstrzymałem oddech, po prostu ‘zamurowało’ mnie. Po filmie mam bardzo pozytywne odczucia. Polecam.

::::::::::::::::: 8-/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: od 19,99
Format obrazu: 16:9
Dźwięk: DD 5.1 lektor DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisam
+ Komentarz reżysera Joe Wrighta
+ Jak powstawał film
Tradycyjny dodatek, w którym każdy z ekipy ma swoje 5 minut na kilka słów o filmie i 10 minut na zachwyty panem reżyserem. Natomiast sam reżyser to strasznie samokrytyczny jegomość.
+ Sceny usnięte
+ Zwiastun: Elizabeth – Złoty Wiek

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

3 stycznia 2010

Podsumowanie roku 2009

11 [dodaj komentarz]


Wszyscy mają podsumowania, mam i ja :) Wymyśliłem sobie kilka, mało oryginalnych kategorii, a w każdej z nich wymieniłem filmy nominowane do miejsca pierwszego.
Kategorie przedstawiają się następująco:

- najgorszy soundtrack (3 nominacje)
- najlepszy soundtrack (3 nominacje)

- najgorsze efekty specjalne (3 nominacje)
- najlepsze efekty specjalne (3 nominacje)

- największe rozczarowanie (5 nominacji)
- najgorszy film (3 nominacje)

- największe zaskoczenie (5 nominacji)
- najlepszy film (3 nominacje)

Jak na pierwsze podsumowanie myślę, że w zupełności wystarczy, a w przyszłości być może pokuszę się o więcej kategorii. Dlaczego ni mniej, ni więcej nominacji? Nie wiem :) Ilość wydaje mi się optymalna, nie chciałem upychać tutaj wszystkich filmów jakie pojawiły się na blogu (ponad 50), a wybrać tych kilka naj. Wybór nie zawsze był prosty, jury w składzie "ja" spędziło wiele godzin obradując co jest "yeah", a co "fe" :)

Podsumowanie jest oczywiście czysto subiektywne i raczej niewielkie, rzekłbym nawet skromne. Pod uwagę wziąłem filmy:
- obejrzane w 2009
- opisane na blogu

Tak więc premiera danego filmu nie ma najmniejszego znaczenia. Poza tym, kto zagląda na kino-dvd wie, że zestawienie będzie zawierać głównie filmy rozrywkowe (dla niektórych rozumiane jako: popcornowe, multipleksowe, bla bla bla :) ).

Aha, kolejność nominowanych przeze mnie tytułów nie ma najmniejszego znaczenia.





Star Trek (2009) muzyka: Michael Giacchino
Rycząca, monotonna, z trudno przyswajalnym motywem przewodnim. Zabrakło mi prostoty, dynamiki, ogólnie "kosmicznego klimatu" nakręcającego cały film. Osobno bez filmu odsłuchałem raz i wystarczy. Więcej o filmie tutaj.



Zapowiedź (2009) muzyka: Marco Beltrami
Chyba najbardziej irytujący element całego filmu. Niezdrowo rycząca, zupełnie nie współgrająca z filmem. A bez filmu totalny chaos. Beznadzieja. Więcej o filmie tutaj.



Transformers - Zemsta Upadłych (2009) muzyka: Steve Jablonsky
Jablonsky podobnie jak M. Bay przelał czarę goryczy. Mało nowości w porównaniu do 'jedynki', a przeróbki głównych motywów strasznie nadęte. Wiem, że tak miało być, ale ciut przedobrzył z patosem. Więcej o filmie tutaj.








Slumdog. Milioner z ulicy (2008) muzyka: A.R. Rahman
Muzyka zupełnie inna od tej, jaką do tej pory słyszeliśmy w filmach. Trochę egzotyczna, ale dynamiczna, świetnie podkreślająca klimat filmu i emocje głównych bohaterów. Bez filmu brzmi bardzo dobrze. Więcej o filmie tutaj.



Źródło (2006) muzyka: Clint Mansell
Każdy soundtrack Clinta Mansella jest niepowtarzalny. Nie inaczej jest w tym przypadku - muzyka jest mroczna, hipnotyzująca, przesycona smutnymi emocjami, piękna. Więcej o filmie tutaj.



Avatar (2009) muzyka: James Horner
Wiem, że nominacja kontrowersyjna, ale męczę ten soundtrack od dnia w którym zobaczyłem film. Prosta, rytmiczna, trochę patetyczna muzyka, która pozwala w niewielkim stopniu wrócić na Pandorę. Więcej o filmie tutaj.










Surogaci (2009) reż. Jonathan Mostow
Wizualnie Surogaci nie zachwycają. Doskonale widać, które efekty są dziełem komputera, a które np. kaskaderów. Realizm w tym filmie mocno kuleje. Więcej o filmie tutaj.




G.I. Joe: Czas Kobry (2009) reż. Stephen Sommers
Bardzo nierówny wizualnie film. Z jednej strony są sceny zapierające dech w piersiach (pościg po ulicach Paryża), a z drugiej strony widać strasznie nierealistyczną, plastikową animacje (ludzie, pojazdy, samoloty) niczym z gier komputerowych. Więcej o filmie tutaj.





Dragonball: Ewolucja (2009) reż. James Wong
Efekty w Dragonballu przypominały mi te z Power Rangers. No dobra, może aż tak kiepskie nie były, ale szpanerskie, przekombinowane i kiepskie na pewno. Więcej o filmie tutaj.











Watchmen Strażnicy (2009) reż. Zack Snyder
Ten film to jeden wielki, ale wyważony efekt specjalny. Wszystko jest przemyślane i dopieszczone w najmniejszym detalu. Rewelacja. Więcej o filmie tutaj.






2012 (2009) reż. Roland Emmerich
Fajnie popatrzeć, jak najbardziej znane miasta realistycznie zamieniają się w kupę gruzu, a potem są zalewane przez gigantyczną fale. Więcej filmie tutaj.





Avatar (2009) reż. James Cameron
No i pozamiatane... :P Nie spodziewałem się, że z kina wyjdę pod tak wielkim wrażeniem. Czerpiąc garściami z dobrodziejstw techniki Cameron nakręcił taki film, jaki chciał i wyszło mu to kapitalnie. Więcej o filmie tutaj.










Dzień, w którym zatrzymała się ziemia (2008) reż. Scott Derrickson
Kosmiczna porażka. 2 godziny fatalnego scenariusza, drętwego aktorstwa, i przede wszystkim monotonni pozbawionej klimatu i emocji. Kasowa nuda, jeden z najbardziej przereklamowanych filmów. Więcej o filmie tutaj.




Madagaskar 2 (2008) reż. Eric Darnell, Tom McGrath
Pierwsza część - szalony odjazd. Druga część - ckliwa, moralizatorska, mało śmieszna opowiastka dla dzieciaków. Animację ratują tylko i wyłącznie postacie drugoplanowe (mógłby powstać oddzielny film), które trzymają poziom pierwszej części. Więcej o filmie tutaj.




Star Trek (2009) reż. J.J. Abrams
Kolejna kosmiczna wtopa. Bardzo dobre widowisko, które jedną z największych legend kina SF sprowadziło do poziomu ulicznej kałuży. Star Treka da się spokojnie oglądać, choć dla mnie, patrząc przez pryzmat setek odcinków o Gwiezdnej Flocie, była to prawdziwa męczarnia. Więcej o filmie tutaj.



Transformers - Zemsta Upadłych (2009) reż. Michael Bay
Nie mając pomysłu na kontynuację (fabuła zawstydziłaby nawet Turbo Dymomena) Michael Bay przelał czarę goryczy i postawił przede wszystkim na męczące, prawie 2,5 godzinne efekciarstwo. Co ciekawe, za lipne cuś przypominające scenariusz odpowiadają ludzie od wspomnianego wyżej Star Treka. Więcej o filmie tutaj.




Zmierzch (2008) reż. Catherine Hardwicke
Emo-filmidło dla niewyżytych nastolatek podniecających się drętwym Robertem Pattinsonem. Cały film opiera się na magii miłości, czyli krzywych spojrzeniach bohaterów i sprawnym montażu (ładne 'magiczne' ujęcia). Niezły soundtrack niewiele daje. Więcej o filmie tutaj.









Jumper (2008) reż. Doug Liman
Pomysł ciekawy, realizacja fatalna. Film nudzi tragicznym scenariuszem, razi fatalnym aktorstwem i nie zachwyca niczym innym (no może sporadycznymi, przyjemnymi dla oka widokami). Najgorsze jest to, że ma być kontynuacja. Więcej o filmie tutaj.




Dragonball: Ewolucja (2009) reż. James Wong
Niezła beka. Chłoptaś z elvisem na głowie ratuje świat przed PICOLO, jegomościem o latexowej głowie. Akcja pędzi do przodu jak poparzona, a i tak wiadomo, że chodzi o zdobicie najfajniejszej laski w szkole. Niedzielne Gumisie w TVP są 10x lepsze:) Więcej o filmie tutaj.




Tylko strzelaj (2007) reż. Michael Davis
Półtorej godziny bezsensownej strzelaniny. Nie rozumiem, jak Owen mógł przyjąć role w tym filmie. Belluci rozumiem, w końcu nie jest specjalnie cenioną aktorką, a jeśli już to głównie za cycki i ogólnie wyzywającą urodę (stąd większość ról to panie lekkich obyczajów). Więcej o filmie tutaj.








Watchmen Strażnicy (2009) reż. Zack Snyder
Choć jest to film przegadany i lekko skomplikowany, to jednak fabuła wciągneła mnie potwornie. Do tego wyważone, świetne efekty specjalne, soundtrack zupełnie inny od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni, no i genialny klimat. Chyba najlepsza ekranizacja komiksu jaka do tej pory się pojawiła. Więcej o filmie tutaj.




Dystrykt 9 (2009) reż. Neill Blomkamp
Dystrykt zaskoczył mnie wieloma elementami. Od para dokumentalnej formuły, po przez inteligentny scenariusz demaskujący ludzkie oblicze, po całkiem konkretne widowisko, którego zupełnie się nie spodziwałem (budżet 30mln zielonych). Więcej o filmie tutaj.




The Host: Potwór (2006) reż. Bong Joon-ho
Jeden z najdziwniejszych filmów jakie do tej pory widziałem. Spodziewałem się charakterytycznego, gumowego monster movie, a tymczasem The Host okazał się mrocznym, wymykającym się wszelkim schematom, komediowym dramatem. A tytułowy Potwór bynajmniej nie był gumowy.. :) Więcej o filmie tutaj.




Avatar (2009) reż. James Cameron
Nie spodziewałem się, że z kina wyjdę pod tak wielkim wrażeniem. Czerpiąc garściami z dobrodziejstw techniki Cameron nakręcił taki film, jaki chciał i wyszło mu to kapitalnie. Film nie pozbawiony wad, ale swoją przygodą i magicznym światem dostarczył mi niesamowitej rozrywki. Więcej o filmie tutaj.



REC (2007) reż. Jaume Balaguero, Paco Plaza
REC, podobnie jak Dystryk 9, zaskoczył mnie formą i przede wszystkim doskonałym klimatem grozy. Co ważne, pomimo formy filmu (kręcenie "na żywo"), która w znacznym stopniu ogranicza rozwinięcia fabularne, REC naprawdę o czymś opowiadał. Czekam z niecierpliwością na DVD drugiej części. Więcej o filmie tutaj.








Odlot (2009) reż. Pete Docter
Pixar w końcu wyprodukował animację będącą czymś więcej aniżeli tylko komedią z morałem dla najmłodszych. I chociaż poprzednie filmy trzymały poziom, to jednak tylko Odlot spełnił moje oczekiwania. Najlepsza, najdojrzalsza, i najbardziej uniwersalna animacja jaka do tej pory powstała. Więcej o filmie tutaj.




Bękarty Wojny (2009) reż. Quentin Tarantino
Tarantino zrobił to co do niego należało. Znowu nakręcił piekielnie rewelacyjny film tylko o niebo lepszy od poprzedniego. Inteligentny scenariusz, błyskotliwe dialogi, doskonałe aktorstwo + zabawa formą oraz liczne nawiązania do kina klasycznego = 100% Quentina Tarantino. Więcej o filmie tutaj.




Avatar (2009) reż. James Cameron
Nie spodziewałem się, że z kina wyjdę pod tak wielkim wrażeniem. Czerpiąc garściami z dobrodziejstw techniki Cameron nakręcił taki film, jaki chciał i wyszło mu to kapitalnie. Film nie pozbawiony wad, ale swoją przygodą i magicznym światem dostarczył mi niesamowitej rozrywki. Więcej o filmie tutaj.






W kategorii "NAJGORSZY SOUNDTRACK 2009" wygrywa:
ZAPOWIEDŹ (2009) reż. ALEX PROUAS muz. MARCO BELTRAMI

W kategorii "NAJLEPSZY SOUNDTRACK 2009" wygrywa:
ŹRÓDŁO (2007) reż. DARREN ARONOFSKY muz. CLINT MANSELL

W kategorii "NAJGORSZE EFEKTY SPECJALNE 2009" wygrywa:
DRAGONBALL: EWOLUCJA (2009) reż. JAMES WONG

W kategorii "NAJLEPSZE EFEKTY SPECJALNE 2009" wygrywa:
AVATAR (2009) reż. JAMES CAMERON

W kategorii "NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE 2009" wygrywa:
STAR TREK (2009) reż. J.J. ABRAMS

W kategorii "NAJGORSZY FILM 2009" wygrywa:
DRAGONBALL: EWOLUCJA (2009) reż. JAMES WONG

W kategorii "NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE 2009" wygrywa:
WATCHMEN STRAŻNICY (2009) reż. ZACK SNYDER

W kategorii "NAJLEPSZY FILM 2009" wygrywa:
BĘKARTY WOJNY (2009) reż. QUENTIN TARANTINO

Zwycięzcom gratuluje :)



+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+