30 marca 2010

300 (2006 - kino, dvd)

13 [dodaj komentarz]

     „300” jest filmową adaptacją komiksu Franka Millera o tym samym tytule i opowiada o bitwie pod Termopilami, która miała miejsce w 480 r. p.n.e. podczas wojny grecko-perskiej. Król Sparty Leonidas oraz 300 Spartan vs. 100 tysięczna armia pod wodzą Króla persów Kserksesa.



     Snyder stworzył imponujące widowisko. To pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy po obejrzeniu filmu. Nawet teraz, po takich filmach jak „Transformersy”, „2012”, czy „Avatar”, „300” dalej robi ogromne wrażenie. Stylizacja na komiks (ostry, ale ziarnisty obraz w kolorach złocisto-czerwonych), genialny montaż oraz rewelacyjna muzyka zrobiły swoje - film wygląda i brzmi obłędnie. Muzyka Tylera Batesa (fragment do odsłuchania w archiwum muzycznych zagadek - pozycja #8) może nie jest najlepszym soundtrackiem, jaki słyszałem, ale jedną z najlepiej dobranych kompozycji na pewno (te gitary!). Technicznie film po prostu zachwyca – jest klimat, jest dynamika, jest widowisko, i jest niewyobrażalna dawka patosu.
     Muszę przyznać, że takiej ilości podniosłych scen w jednym filmie chyba jeszcze nie widziałem. Wszystkie dialogi odgrywane są z lekką teatralnością tak, aby między wierszami przewijały się hasła typu: honor, ojczyzna, tradycja. Każde ujęcie, szczególnie w bitwach, pokazuje wielkość, ba, potęgę i perfekcję żołnierzy Sparty. Jest wiele, spokojnie można powiedzieć, epickich momentów zapadających w pamięć. Choćby np. ten, w którym Król Leonidas w strugach deszczu stoi majestatycznie na wzgórzu i groźnym wzrokiem wojownika patrzy, jak perskie statki toną w gigantycznym sztormie (w tle ostra, gitarowa muzyka!). Natomiast scena „tańca śmierci” Leonidasa (w zwolnionym tempie) po prostu wgniata w fotel (nawiasem mówiąc Gerard Butler już zawsze będzie Leonidasem, on po prostu urodził się do tej roli!). Muzyka na każdym kroku podkręca adrenalinę i całym swoim brzmieniem wykrzykuje kultowe już „This is Sparta!”. Jest taka scena, w której 300 rusza w bój – majestatycznie, spokojnie, prężąc muskuły, zaciskając dłonie na rękojeściach, zabijając już samym wzrokiem – wszystko oczywiście w zwolnionym tempie wraz z ryczącą, rytmiczną muzyką gitarową. W takim momencie, po obejrzeniu już kilkudziesięciu minut krwistej walki, człowiek ma w głowie tylko jedną myśl: „ależ spuszczą im łomot (żeby nie powiedzieć, że wpie*ol :) )”. Snyder jest mistrzem w uwydatnianiu przesadnych podniosłych scen! Pokażcie mi drugiego takiego, który toną patosu potrafi szczerze zachwycić i jeszcze do tego podnieść adrenalinę.
     Scenariusz jest prosty, nie obfituje w żadne nagłe zwroty akcji, ale to nie znaczy, że „300” nie trzyma w napięciu. Przede wszystkim przedstawia esencje Spartan, a nie realizm. To film o prostych wartościach takich jak honor, poświęcenie, zdrada, to w końcu luźna wizja kultury oddanej wojennej sztuce. W pierwszym planie jest postawienie się tyranii, czyli walka. Nie ma tu miejsca na głębie psychologiczną (szczególnie w filmie, którego lwią część wypełnia bryzgająca krew i odcięte kończyny :) ). W gruncie rzeczy żołnierze Sparty, z Leonidasem na czele, to mocno prostolinijne charaktery. Ale tak miało być, to dzięki temu film jest spójny. Pierwsze minuty będące krótkim streszczeniem budowy ducha walki Spartan ustawiają widza na widowiskową rozrywkę, a nie na realistyczny dokumentalno-historyczny bełkot. Chociaż warto zaznaczyć, że „300” czerpie z historii garściami – kultura Spartan, spora część dialogów, niektóre style walki, imiona itp. mają odzwierciedlenie w wydarzeniach, pod którymi podpisałby się niejeden historyk.



     Film robi wrażenie i to niemałe. Jest na co popatrzeć, jest czego posłuchać i prawdę powiedziawszy kto nie wiedział "300" w kinach ten ma czego żałować. Dla mnie absolutna rewelacja. Warto zaznaczyć, że "300" spotkało się z podobną falą krytyki, co zeszłoroczny "Avatar" Camerona. Ileż ja się naczytałem, że jest to widowiskowe nic, historyczna bzdura, multiplexowy badziew itp. itd. Pseudeo inteligenci wyżywają się na tego typu produkcjach tak jak dzieciarnia na wszelakich, poważnych dramatach zarzucając im brak akcji, gołych dup i bryzgających flaków. Jedni warci drugich. Szanuje zdanie innych, rozumiem, że komuś film może się nie podobać, ale jeżeli taki delikwent w swojej wielokrotnie przemyślanej opinii udowadnia, że zachwyceni widzowie to banda ograniczonych debili to automatycznie nóż w kieszeni się otwiera ('obyście żyli wiecznie' :)). Jeżeli więc nie lubisz rozrywkowego i efekciarskiego kina to go po prostu nie oglądaj (proste). Dla reszty widzów „300” jest filmem obowiązkowym! :)

::::::::::::::::: 8+/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 39.90 za dwupłytową edycje specjalną
Format obrazu: 2,40:1
Dźwięk: DD 5.1 lektor, DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
+ The 300 – Fact or Fiction?
25 minutowy materiał dla każdego, kto z taką pewnością siebie powtarza, że „300” jest filmem niezgodnym z historią. Jak się okazuje, w dużej mierze jest zgodny, chociaż nie jest to produkcja historyczna (w końcu Frank Miller, którego nigdy nie oskarżono o realizm, przemielił fakty przez swoją bujną wyobraźnie).
+ Who were The Spartans?: The Warriors of 300
5 minutowy materiał poświęcony prawdziwej kulturze Spartan. Kim byli Spartanie i jak ich postrzegano.
+ Frank Miller tapes
15 minutowy materiał wychwalający pod niebiosa Franka Millera. Wydawcy komiksów, przyjaciele, reżyser filmu podkreślają, że Miller nie pisze dla czytelników, nie pisze dla kasy (w ogóle to nie wiadomo po co te komiksy trafiają do sprzedaży :)). Pod sam koniec wywiadu Miller pyta Snydera „jak zamierzasz nakręcić Strażników”? Snyder dość długo zastanawiał się nad odpowiedzią, już myślałem, że powie „nie wiem”, ale odpowiedział „bardzo ostrożnie” – odpowiedź godna nakręconego już filmu.
+ Making of 300
Tylko 6 minutowy, ale naprawdę ciekawy materiał o kulisach realizacji filmu. Sporo migawek z planu, czyli z malutkiego studia, w którym powstało 99% filmu :)
+ Making 300 in images
6 minutowy teledysk z planu, który ma tak szybki montaż, że nie idzie się niczemu przyjrzeć. Tragedia.
+ Deleted scenes with introduction by director Zack Snyder
Snyder omawia 3 sceny, które nie pojawiły się w finalnej wersji.
1. Ephialtes próbuje popełnić samobójstwo i rzuca się ze skały.
2. Bogowie jednak go oszczędzili, więc wścieka się na wszystkich i na wszystko.
3. Scena z ogromnym przeciwnikiem na grzbiecie, którego siedział łucznik (krwiste odcięcie nogi).
+ Webisodes
To jest to co maniacy DVD lubią najbardziej. Obszerny materiał zdradzający najistotniejsze szczegóły realizacji filmu. Jest wszystko, czego ciekawska dusza zapragnie (dużo materiału z planu). Dokument został podzielony na kilkanaście 4 minutowych filmów:
- Production design – wywiad z gościem odpowiedzialnym za scenografię
- Wardrobe - wywiad z gościem odpowiedzialnym za kostiumy
- Stunt work – wywiad z gościem odpowiedzialnym za choreografię walk
- Lena Headey - wywiad z filmową królową Gorgo
- Adapting the graphic novel – o tym jak komiks był scenariuszem komiksu filmowego
- Gerard Butler - wywiad z filmowym Królem Leonidasem
- Rodrigo Santoro - wywiad z filmowym Królem Kserksesem
- Trainnig the actors - program treningowy, który z każdego lalusia zrobi prawdziwego Spartanina :)
- Culture of the Sparta city/state – historycy i ekipa filmowa o kulturze Sparty
- A glimpse from the set: making 300 the movie - wywiad ze Snyderem, który opowiada o tym, jaką miał koncepcję na filmowych 300
- Scene studies from 300 - krótki materiał o zdjęciach
- Fantastic charakcters of 300 - wywiad z artystami, którzy byli odpowiedzialny za charakteryzacje potworków

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

24 marca 2010

Alicja w Krainie Czarów (2010 - kino)

8 [dodaj komentarz]

     Alicja po 13 latach wraca do Krainy Czarów. Nic nie pamięta, poznaje Krainę na nowo, a już po krótkiej chwili dowiaduje się, że przeznaczenie przygotowało dla niej niespodziankę, z którą będzie musiała stoczyć pojedynek na śmierć i życie. Z początku główna bohaterka do znudzenia powtarza, że to tylko sen i nie jest tą Alicją, za jaką wszyscy ją uważają, ale w końcu zaczyna podejmować pierwsze własne decyzje, odnajduje wiarę w samą siebie i zaczyna być świadomym kowalem własnego losu. I o tym właśnie jest najnowszy film Tima Burtona.



     Było? Było. Banały? Owszem. Czy to źle? Nie, bo Burton w swoim dorobku ma już podobne filmy, więc ma wprawę w ubieraniu przeciętności w nieprzeciętność. Gdyby ktoś mnie zapytał: „Tim Burton – pierwsze skojarzenie” od razu odpowiedziałbym: wyobraźnia, czarny humor, Depp. Do tej pory to się sprawdzało, ale w jego najnowszym filmie już niekoniecznie. Dlaczego? Bo ja to wszystko już gdzieś widziałem…
     Każdy, kto choć trochę zna Burtona nie powinien być zdziwiony Krainą Czarów, która sprawia wrażenie podrasowanej krainy żywych trupów. Wiadomo, „ten typ tak ma”. Problem w tym, że w tej kanciastej i upiornej wizji nie ma nic ciekawego. Wyludniony świat gadających zwierząt jest bezbarwny, trochę taki sterylny, mroczny, raczej nudny i mdły, a większość zamieszkujących go istot jest albo bardzo nieprzyjemna, albo nieprzyjemna (nieważne, czy delikwent jest po stronie zła czy dobra). Przyznam, że z oryginału pamiętam tyle, co nic, być może taka właśnie powinna być Alicja w Krainie Czarów, ale nawet, jeśli, to mnie ten świat zwyczajnie nie podoba się. Najbardziej brakowało mi klimatu, czegoś, co pozwoliłoby mi zapomnieć na chwile o tym, że jestem w kinie. Tu objawia się kolejny mankament – tempo filmu jest jednostajne, omalże monotonne, więc ani to kino przygodowe, ani familijne. Losy Alicji są średnio przejmujące, a finał totalnie bezbarwny. Od początku wiadomo, jak film się skończy i nie oczekujcie żadnych zaskakujących zwrotów akcji. Film po prostu się kończy, tak zwyczajnie. Nawet pod względem fajerwerków jest mało porywająco. Szkoda, przyzwyczaiłem się do Burtonowskich "dziwnych" rozwiązań i specyficznego klimatu. Nawiasem mówiąc myślę, że warto też wspomnieć o dzieciakach - na pewno nie umknie im moment, w którym mała myszka, wydłubuje oko ogromnemu stworowi, lub moment, w którym Alicja przekracza fosę skacząc po ściętych ludzkich głowach (a wszystko pod szyldem Walt Disney Presents)
     Może od razu słów kilka o audio-wizualnej stronie filmu. Alicję obejrzałem w 3D, ale ów efekt nie zrobił na mnie większego wrażenia. W gruncie rzeczy o 3D można powiedzieć tylko tyle, że jest. Warto zaznaczyć, że film został nakręcony normalnie (2D), a dopiero potem przekonwertowany do trój wymiaru (nie ma tak realistycznej głębi jak w Avatarze). Efekty specjalne są bardzo dobre, ale szału nie ma, zwłaszcza, że komputer momentami jest widoczny. Za to muzyka Pana Elfmana jest świetna. Trochę epicka, trochę bajkowa, naprawdę miło się jej słuchało. Film oglądałem z napisami i szczerze mówiąc nie polecam tej opcji. Dubbing uznaje tylko i wyłącznie w animacjach, ale w Alicji bohaterowie mówią dużo, szybko i do tego używając słów, które nie występują w żadnym słowniku. Niestety nie zawsze udawało mi się nadążyć za napisami.
     W Alicji oczywiście nie zabrakło wspomnianego Burtonowskiego humoru, choć mogło być go trochę więcej. Najbardziej rozbrajająca postacią jest Czerwona Królowa (doskonała Helena Bonham Carter), która ma najbardziej cięty język ze wszystkich bohaterów. Poza tym jest to najlepiej dopracowana postać z całego filmu - jak tylko pojawia się na ekranie, od razu zaczyna się coś dziać (w przeciwieństwie do mdłej Mii Wasikowskiej, filmowej Alicji) . A tekstem „podłóżcie mi świnie!” zupełnie mnie rozwaliła :) Poza tym, co jakiś czas pojawiają się małe rodzynki np. „Oo, sztuciec!” albo motyw ze słonymi paluszkami, tak więc jest kilka momentów (niewiele, ale jednak), które zapadają w pamięć.



     Wczoraj stanąłem przed wyborem: „Nostalgia Anioła” Petera Jacksona czy „Alicja w krainie czarów” Tima Burtona? Jacksona lubię bardziej, ale zaprzyjaźnione blogi dość chłodno potraktowały jego najnowszy film, więc wybrałem Burtona. Teraz wiem, że trzeba było siedzieć w domu i oglądać Benjamina Buttona na dvd :). Niestety, jak na Burtona „Alicja w krainie czarów” jest zaledwie filmem przeciętnym, bo trochę mało Burtona w Burtonie. Jest charakterystyczna wyobraźnia reżysera (aczkolwiek już mało ciekawa), jest czarny humor (aczkolwiek nie za dużo), jest doskonały Depp (aczkolwiek znowu w takiej samej roli), a ogólnie wszystko już gdzieś było. Reasumując, spore rozczarowanie.

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

20 marca 2010

Z HISTORIĄ KINA ZA PAN BRAT: Mechaniczna pomarańcza (1971)

8 [dodaj komentarz]

     Stanley Kubrick na swoim koncie ma zaledwie 13 filmów (+ 3 dokumenty), jeszcze mniej znaczących nagród, a i tak uważany jest za jednego z najwybitniejszych twórców filmowych w historii. Prawie wszystkie jego filmy są kontrowersyjne, prowokujące, ale i kultowe, ponadczasowe, a kilka z nich uchodzi za absolutne arcydzieła. Chyba jedyny słuszny wniosek jest taki, że każdy, kto choć w niewielkim stopniu interesuje się kinem, winien znać lub jak najszybciej zapoznać się z filmografią tak docenianego reżysera. Widziałem "The Shining" oraz "Full Metal Jacket" (oba tytuły dość często maglowane w tv), ale dla większości widzów Kubrick to "2001: Odyseja kosmiczna" oraz "Mechaniczna pomarańcza". Pierwszy tytuł zostawiam sobie na kiedy indziej (wstyd przyznać, ale jeszcze tego filmu nie widziałem), o drugim tytule kilka słów poniżej.
     Bohaterem i jednocześnie narratorem "Mechanicznej pomarańczy" jest Alex DeLarge (demoniczny Malcolm McDowell), który wraz ze swoim gangiem wyrusza wieczorami w miasto, aby kraść, bić, gwałcić i demolować. Podczas kolejnej nocnej eskapady Alex idzie o krok za daleko, popełnia morderstwo, za co dostaje wyrok 14 lat pozbawienia wolności. Po 2 latach odsiadki dostaje możliwość wyjścia z więzienia pod warunkiem wzięcia udziału w eksperymentalnej terapii . Jej celem jest wpojenie mu obrzydzenia do przemocy każdego rodzaju. Alex przystaje na warunki i poddaje się 2-tygodniowemu praniu mózgu. Po terapii Alex rzeczywiście nie jest w stanie zrobić niczego, co złe. Każda próba wszczęcia bójki wywołuje u niego obrzydzenie i silne odruchy wymiotne, co teoretycznie jest równoznaczne z tym, że nie stanowi już żadnego zagrożenia dla społeczeństwa. Wydawać by się mogło, że terapia została zakończona pełnym sukcesem, Alex został zresocjalizowany, ale czy na pewno?
     Kubrick stawia liczne pytania o istotę człowieczeństwa (czy człowiek pozbawiony zdolności czynienia zła jest automatycznie dobry? Czy człowiek pozbawiony wyboru pomiędzy dobrem a złem, dalej jest człowiekiem?), ale także zwraca uwagę na okrutną rzeczywistość, w jakiej musimy funkcjonować. W końcu cały czas (głównie nieświadomie) jesteśmy poddawani manipulacjom - czy to naukowym, czy politycznym – a przecież każdy z nas doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że złoty środek nie istnieje i każdy wspaniałomyślny plan ma swoje efekty uboczne. Tak jak obrzydzenie Alexa do muzyki Beethovena, którego nabawił się podczas terapii. Oczywiście lekarze nic nie mogli na to poradzić, bo z jednej strony obrzydzenie do muzyki było elementem kary, a z drugiej strony to dla jego dobra, więc czy tego chciał czy nie, Alex ‘zasłużył sobie’.
     Kolejne minuty filmu to szereg różnych motywów odnoszących się do hipokryzji czy słuszności zemsty pod szyldem „oko za oko”. Tak naprawdę w „Mechanicznej pomarańczy” nie ma przypadkowych scen, każda posiada drugie dno, które na pierwszy rzut oka nie zawsze jest jasne i klarowne. W gruncie rzeczy jest to film ciężki, wymagający skupienia, a na pewno należy zaliczyć go do obrazów mocnych. Jego brutalność wywołała w swoich czasach spory skandal i muszę przyznać, że film rzeczywiście jest brutalny. I tu nie chodzi o krew (której jest niewiele), czy o flaki (których nie ma w ogóle), ale o sugestywne przedstawienie zła i czerpania z niego szczerej przyjemności. Chodzi tu głównie o postać Alexa (moment gwałtu i podśpiewywania Singin in the rain = byłem przerażony). Warto wspomnieć o Malcolmie McDowellu – demoniczny, teatralny, straszny, poruszający, po prostu genialny (co ciekawe, nigdy go nie lubiłem i film Kubricka tego nie zmienił). Całość uzupełnia lekko pojechana muzyka (nie licząc utworów Beethovena) oraz równie pojechana (ekstrawagancka) scenografia, w której na każdym kroku przewijają się erotyczne motywy. W ogóle w filmie jest sporo nagości i prawdę powiedziawszy mam małe wątpliwości, co do tego, czy była potrzebna w takich ilościach. Największą jednak zaletą jest tutaj atmosfera - ciężka, pesymistyczna, trochę psychodeliczna („chaotyczny montaż”) ale ironiczna, wibrująca od przemyślanego czarnego humoru. Rewelacja.
     „Mechaniczną pomarańczę” obejrzałem raz i jestem pewien, że za drugim razem film odkryłby przede mną zupełnie nowe oblicze. Może kiedyś zrobię sobie powtórkę z rozrywki, natomiast dzisiaj, po tym pierwszym razie, mogę powiedzieć, że film bardzo mi się podobał, a do Kubricka zapewne wrócę jeszcze nie raz. Zachęcam do obejrzenia - wyjątkowy film wyjątkowego reżysera.

::::::::::::::::: 9/10 :::::::::::::::::


16 marca 2010

ZNALEZIONE W SIECI: Alluda Majaka

4 [dodaj komentarz]
Skoro jesteśmy już w klimatach kina akcji...

Probably the Best Action Scene in the World

13 marca 2010

Pozdrowienia z Paryża (2010 - kino)

6 [dodaj komentarz]

     Głównymi bohaterami są James Reece (Jonathan Rhys Meyers ) i Charlie Wax (John Travolta). Ten pierwszy to lekko lalusiowaty agent marzący o prawdziwej akcji w terenie, a ten drugi jest już niemalże starą wygą tajnych służb. Jak nietrudno się domyśleć, pewnego kolorowego dnia ów panowie zostają partnerami. Fabuła? Ci dobrzy killują tych złych.



     Do tej pory Pierre Morel na swoim reżyserskim koncie miał zaledwie dwie produkcje. Jedna przeszła bez większego echa („13 dzielnica”), natomiast druga („Uprowadzona”) odniosła niespodziewany sukces, dzięki czemu Morel stał się nową nadzieją podupadającego kina akcji. Oczywiście jeden dobry film wiosny nie czyni, ale po obejrzeniu jego najnowszego filmu „Pozdrowienia z Paryża” nie mam wątpliwości - Morel doskonale wie, co jest esencją kina akcji.
     „Pozdrowienia z Paryża” to powrót do korzeni, prawdziwy old school w nowoczesnym wydaniu. Wg mnie Morel, czy tego chciał czy nie, złożył swego rodzaju hołd dla filmów z przełomu lat 80/90 czyli epoki VHS. Akcja w „Pozdrowieniach” pędzi do przodu niczym wystrzelony korek od szampana, trup w starciach ‘jeden na wszystkich, wszyscy na jednego” ściele się gęsto, a słowo „mutherfuckers” występuje tak często, że powinno się znaleźć w podtytule filmu. Ilości głupot, jakie pojawiają się podczas kolejnych minut nie sposób zliczyć, a wszystkie rozwiązania fabularne oraz humor żółtodziób vs. stara wyga są do bólu schematyczne. Czy to źle? Nie, bo „Pozdrowienia z Paryża” ogląda się jednym tchem. Spodziewałem się kina akcji, dostałem to, czego chciałem, a że wszystko już było… No było, i co z tego. Przypomniały mi się czasy Szklanych Pułapek, Zabójczej Broni i ogólnie filmów z Eastwoodem w roli głównej. Super sprawa.
     Film akcji to oczywiście efekty specjalne, muzyka, montaż. W tej materii też jest dobrze – masa strzelanin, kupa ketchupu, wybuchające samochody i dynamiczna muzyka. Montaż nie jest za szybki, więc wszystko wygląda tak jak wyglądać powinno. Rozczarował mnie trochę pościg z pięknym Audi S8 w roli głównej (uwielbiam autka tej marki) - mogło być bardziej zaskakująco i wybuchowo. Poza tym, trochę męczące jest już oglądanie ograniczonego budżetu. W większości filmów w pościgu bierze udział jakaś fajna, nowoczesna fura i jakiś kompletny złom sprzed 15 lat. Wiadomo, że pierwsza fura to czysty marketing – „włos z głowy spaść jej nie może”, bo koszta za duże, a jeśli już dochodzi do kasacji to kierowca obowiązkowo musi wyjść z tego cało (żeby było, że samochód bezpieczny). Natomiast stara fura z reguły ulega widowiskowemu rozczłonkowaniu :) Zakończenie „Pozdrowień” też kiepskie, bo granica głupoty została nieznacznie przekroczona.
     W „Pozdrowieniach…” główne skrzypce gra oczywiście pulpetowaty John Travolta. Lubię go, ale pomysł na obsadzenie go w głównej roli uważam za lekko chybiony. Dramatu nie ma, w końcu się do niego przyzwyczaiłem, ale nie zmienia to faktu, że jakoś w tych swoich „mutherfuckers” wypadł piskliwie i średnio wiarygodnie. A i w scenach akcji widać, że montażyści musieli się przy nim trochę napocić. Jonathan Rhys Meyers też jest średni, ale z czasem, podobnie jak do Travolty, idzie się do niego przyzwyczaić. Poza tym w filmie zobaczymy polski, niewątpliwie bardzo ładny akcent, czyli Kasie Smutniak. I to nie w roli kierowcy, barmanki czy scenografii, a w obszernej roli drugoplanowej. Bardzo miło mi się na nią patrzyło, oby jej się za wielką wodą poszczęściło.



     Przy takich filmach popcorn i cola smakują najlepiej, a mózgownica odpoczywa w najlepsze. Przyznam, że dawno nie bawiłem się tak dobrze na czymś tak bezmyślnym. Morel ma dryg do kina akcji, udowodnił, że ”Uprowadzona” nie była dziełem przypadku i pozostaje teraz czekać na kolejną rozpierduchę, która, mam nadzieję powstanie (nie miałbym nic przeciwko kontynuacji). Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o tłumaczeniu filmu. Wiadomo, że nasi „są w tym dobrzy” i zwykłe „fuck” w najlepszym wypadku tłumaczą na „kurczę”. Natomiast tłumacz „Pozdrowień” nie żałował sobie i wulgaryzmy wcisnął nawet tam gdzie w oryginale ich nie ma („love is a shit” – „miłość zawsze nas robi w chuja” :)).

::::::::::::::::: 7+/10 :::::::::::::::::


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

10 marca 2010

Solista (2009 - dvd)

5 [dodaj komentarz]

     Dziennikarz Steve Lopez (Robert Downey Jr.) zupełnie przypadkowo odkrywa chorego na schizofrenie Nathaniela Anthony’ego Ayersa (Jamie Foxx), w przeszłości cudowne dziecko muzyki klasycznej, obecnie bezdomnego zarabiającego na życie grą na ulicach Los Angeles. Gdy Lopez spróbuje wskazać muzykowi drogę powrotu na łono społeczeństwa, zawiąże się pomiędzy nimi przyjaźń, która zupełnie odmieni ich przyszłe losy.



     Jamie Foxx. Jeżeli skonfrontuje sobie rolę „Ray’a” (Oscar za najlepszą rolę pierwszoplanową) , „Zakładnika”, znienawidzone przez większość „Miami Vice” (wkrótce w TV!) oraz „Jarhead” to nie ma innej wypadkowej jak aktor wszechstronny. „Solista” jest tego kolejnym dowodem, bowiem postać Nathaniela Ayersa wg. Foxxa jest dopracowana, poruszająca i w pełni wiarygodna. Jak zwykle zresztą. A przecież oddać gamę emocji człowieka z pasją i miłością do muzyki, przy czym chorego na schizofrenie bynajmniej chlebem powszednim dla aktora nie jest. Foxx dał jednak radę i po raz kolejny pokazał kawał dobrego aktorstwa. Duży plus. Zaraz za nim Robert Downey Jr. Trudno gościa nie lubić, ale wypracowany przez niego styl „jestem takim trochę świrem” zaczyna być lekko nudnawy. Wystarczy popatrzeć na jego ostatnie filmy. W każdym z nich gra zawadiackiego jegomościa sypiącego ciętymi odzywkami ala Dr. House (swoją drogą nadawałby się na doktorka jak nikt inny). W „Soliście” rzecz ma się zupełnie inaczej, bowiem grana przez niego postać nie jest wesołym fircykiem, a prawdziwym charakterem wystawionym na próbę dojrzewania w obliczu dramatu ciężko chorego człowieka. W końcu miałem okazję zobaczyć go „w czymś nowym” i przyznam szczerze, że taki Downey Jr. ukazujący wewnętrzną metamorfozę Steva Lopeza podobał mi się znacznie bardziej od „jestem takim trochę świrem”.
     Jamie Fox i Robert Downey Jr. – duet niewątpliwie udany, stanowiący największy atut całej produkcji. Co z resztą? Wielu widzów zabiera się za „Solistę” z przeświadczeniem, że obejrzy film o schizofrenii. Błąd. Postać Ayersa, genialnego i chorego muzyka, nie odkrywa przed nami żadnych nowych kart. Od początku wiemy, że jest chory (bez żadnych medycznych zagrywek), że w jego duszy zdrowo gra, a muzyka to jego sposób na wolność i wewnętrzną harmonię. Postacią kluczową jest tutaj dziennikarz Steve Lopez, który do momentu poznania Ayersa nie zdawał sobie sprawy z tego, że patrzy na świat przez lekko różowe okulary (a przecież życie dało mu już w kość). To właśnie o tym jest film. O wewnętrznym dojrzewaniu pomimo bagażu doświadczeń na karku (bo na naukę nigdy nie jest za późno), o szukaniu samego siebie, o tym, że nie zawsze bliźniemu można pomóc, ale i o sile przyjaźni, potrzebie bliskości drugiego człowieka i oczywiście o muzyce. Na ten ostatni aspekt został położony dość duży nacisk, dzięki czemu „Solista” daje namiastkę tego, jak niektórzy odnajdują w nutach swoją małą, rajską enklawę. Historia tej nietypowej, a zarazem pouczającej przyjaźni nie jest specjalnie dołująca czy przejaskrawiona. Dramatu w dramacie niewiele, film raczej lekki (biorąc pod uwagę całą otoczkę), ale za to refleksyjny i nawet przejmujący. Można powiedzieć, że „Solista” jest bardziej ku pokrzepieniu serc, chociaż happy end jest umiarkowanie optymistyczny (zapewne ma to związek z tym, że film został oparty na faktach, a główni bohaterowie żyją do dzisiaj).
     Szkoda tylko, że w filmie pojawiają się tak bardzo kontrastowe motywy społeczne. Bezdomni, warunki, w jakich przebywają, obiecanki polityczne – ok., można zwrócić na to uwagę, ale robienie z tego drugiego wątku było wg mnie chybione i nie pasowało do reszty. Niestety konsekwencją tego jest kolejny zgrzyt, czyli nierówne tempo filmu. Ogólnie akcja leniwie brnie do przodu, ale czasami zbyt leniwie, albo w ogóle staje w miejscu. Na szczęście rekompensują to bardzo dobre zdjęcia (dość mocno nasycone kolorami), a także rewelacyjna muzyka. Muszę przyznać, że wszystkie sceny, w których Ayers słyszy w głowie całą orkiestrę brzmią rewelacyjnie. Mam tu też na myśli jakość dźwięku na DVD – doskonała. Moment, w którym Ayers odbiera muzykę kolorami zahipnotyzował mnie.



     Fani Joe Wright’a („Duma i uprzedzenie”, „Pokuta”) są niepocieszeni, ja natomiast uważam, że „Solista” nie rzuca na kolana, ale jest filmem dobrym, dającym sporo do myślenia. Poza tym warto zobaczyć go ze względu na doskonałe aktorstwo i świetną muzykę. Czekam na kolejny film Wright’a.

::::::::::::::::: 7/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 39.90
Format obrazu: 2,40:1
Dźwięk: DD 5.1 lektor (bardzo dobry) DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
+ Komentarz do filmu Joe wrighta
+ Usunięte sceny

5 usuniętych scen. 2 rzeczywiście idiotyczne (rozszerzona scena wizyty u lekarza po upadku z roweru oraz scena z dzieciństwa Ayersa w której jego starsi koledzy naśmiewają się z niego i Beethovena) i 3 naprawdę ciekawe wstawki (np. wspomnienia Ayersa podczas nauki w mieszkaniu Lopeza)
+ Niezwykła przyjaźń: Jak powstawał Solista
Mało porywający dodatek. Tradycyjnie cała ekipa na początku narzeka na milion problemów jakie musieli pokonać podczas produkcji, a potem wszyscy stwierdzają, że są dzielni bo dali rade. Najjaśniejszym puntem tego dokumentu jest krótki wywiad z prawdziwym Stevem Lopezem, oraz krótka migawka z prawdziwym Nathanielem Ayersem.
+ Dokument: Juilliard
Krótki dokument o nowojorskiej, renomowanej szkole muzycznej Juilliard do której uczęszczał Ayers.

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+