29 kwietnia 2010

ZNALEZIONE W SIECI: Heineken

3 [dodaj komentarz]

Heineken zawsze miał zajebiste reklamy,
ale ta akcja marketingowa to absolutne mistrzostwo świata!



28 kwietnia 2010

Starcie Tytanów (2010 - kino)

8 [dodaj komentarz]

     Jeden fatalny film nie czyni z reżysera najgorszego w swoim fachu, ale Louis Leterrier, gość bądź, co bądź od znośnych dwóch "Transporterów" i dobrego "Człowiek Pies" naprawdę się postarał. Gdyby „Starcie tytanów” było odrobinę mniej widowiskowe (ale tylko odrobinę) to mielibyśmy do czynienia z wypisz wymaluj Bollowską „mega produkcją”. Tak jest, Leterrier dokonał niemożliwego, bowiem porwał się z motyką na słońce i rzucił rękawice samemu Uwe Bollowi. Trzeba przyznać, że takiego starcia "tytanów" chyba nikt się nie spodziewał, a już na pewno Boll, który o mało co, a przegrałby konfrontacje ze swoim hollywoodzkim odpowiednikiem i nie byłby już najgorszym z najgorszych.



     Oczywiste jest to, że filmy tego typu maja przede wszystkim huczeć i buczeć, a cała reszta ma drugorzędne znaczenie. „Starcie tytanów” pod tym i każdym innym względem wypada marnie, chociaż całkiem dobrze się zaczyna. Niezła muzyka, klimatyczny kobiecy głos narratora, fajna, ledwie 2 minutowa animacja i… to niestety tyle, jeżeli chodzi pozytywne aspekty filmu.
     „Dzieło” Leterriera obejrzałem w 3D i to nie dlatego, że chciałem tylko zwyczajnie nie miałem wyboru. Przy zakupie biletu (Cinema City Mokotów) poinformowano mnie, że film został nakręcony tylko i wyłącznie w technologii 3D i nie ma płaskiej wersji. Oczywiście jest to wierutną bzdurą, i to nawet nie ze względu na płaskie seanse w innych kinach, ale ze względu na sam film. Gołym okiem widać, że „Starcie tytanów” nie powstało pod 3D. Po pierwsze, w okularach „wykonanych z niezwykłą precyzją, jak na taki sprzęt” film jest za ciemny. Sceny, nazwijmy je „słoneczne” tylko irytują, bo jeszcze jakoś ujdzie je oglądać, ale te „nocne” wkurrr…zają i to konkretnie. Ile razy na chwilę zdejmowałem okulary, aby „rozjaśnić sobie sytuacje” to tylko ja wiem i inne łosie, które dały się naciąć na seans 3D. Po drugie, 3D tak naprawdę nie ma, albo jest w ilościach znikomych. Prawdę powiedziawszy, cały film obejrzałbym bez okularów, ponieważ po ich zdjęciu obraz… był wyraźny! Jedyne co było rozjechane, a co za tym idzie upierdliwe to… napisy. Po prostu kosmos, człowiek płaci drożej za bilet na seans w 3D, w którym najbardziej 3D są żółte napisy...
     Efekty specjalne nie robią większego wrażenia. Raz, że film jest za ciemny i niewiele widać, a dwa, efekty komputerowe widoczną są w większości scen (swoja drogą większość tego ‘co najlepsze’ zostało pokazane w tragicznym trailerze filmu). Poza tym cała akcja, jej 'choreografia', opracowanie - wszystko jest bez wyrazu, bez jakiejś takiej finezji pozwalającej wczuć się w klimat. Tu i ówdzie twórcy silą się na epicki rozmach (sceny w zwolnionym tempie, krótka rozpierducha Krakena), ale ogólnie cały film sprowadza się do okrzyków bojowych typu „aaadziaaaa” i bezmyślnego wymachiwanie mieczem. Nuda proszę Państwa, nuda. Za to ciut lepiej jest z muzyką, która momentami jest naprawdę niezła.
     „Starcie tytanów” męczy oczy, a tragiczny scenariusz kładzie film definitywnie. Doszukiwać się tu jakiejkolwiek logiki to jak szukanie igły w stogu siana, choć prawdę powiedziawszy zdziwiłbym się gdyby było inaczej. Najgorsze jest to, że „Starcie tytanów” jest filmem totalnie nijakim – ani to obraz luźny, ani rozrywkowy, podczas seansu trudno się odprężyć, a moment w którym skończył mi się prowiant, przez co nie mając nic innego do roboty musiałem skupić się na ekranie, uznaje za krytyczny :) Dialogi wręcz powalają swoim drętwym minimalizmem, a cała intryga udowadnia tylko, że można zrobić scenariusz głupszy od drugiej części Transformersów. Filmu nie ratuje nawet obsada, która jak na takiego gniota jest omalże imponująca i wprost proporcjonalnie beznadziejna. Co w takim filmie robi Liam Neeson, Ralph Fiennes (na szczęście mało rozpoznawalny) czy Sam Worthington nie mam pojęcia. Oczywiście najgorzej wypada drętwy Worthington, który do filmu pasuje jak Chuck Norris do "Mody na sukces". Już Kevin Sorbo (taki drugi David David Hasselhoff) z serialu "Herkules" (wyprodukowanego 10 lat temu..) wzbudzał więcej emocji (większość śmiechowych, ale jednak) niż cały film Leterriera.



     Nie spodziewałem się po tym filmie "bóg wie czego", ale takiej miernoty w ogóle nie brałem pod uwagę. Zażenowanie, rozczarowanie, dotkliwe poczucie wyrzuconej kasy w błoto - długo mógłbym wymienić cały wachlarz emocji jakie niewątpliwie wzbudził u mnie film Leterriera. Uwe Boll powinien być szczęśliwy - to starcie wygrał, dalej jest najgorszym z najgorszych, ale świadomość tego, że w końcu pojawił się człowiek, który może być gorszy od niego powinna dodać mu skrzydeł.

::::::::::::::::: 2+/10 :::::::::::::::::

17 kwietnia 2010

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (2008 - dvd)

9 [dodaj komentarz]

     Po wielu kontrowersyjnych decyzjach Akademii przyjęło się, że Oscarowe typy dzieli się na dwie kategorie: "Oscara dostanie:" i "Oscara powinien dostać:". W zeszłorocznych wyścigach o złotego golasa głównymi faworytami do nagrody w kategorii najlepszy film był "Slumdog. Milioner z ulicy" Dannego Boyle'a oraz "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona" Davida Finchera. "Slumdog" zrobił wielkie halo, przy czym na każdym kroku wytykano mu banalność, przerost formy nad treścią, więc logiczne jest, że ów tytuł lokowany był w kategorii "Oscara dostanie" (i dostał). Natomiast Button nie zrobił jakiegoś szczególnego halo, ale chwalono go za głębię, oraz genialną formę i nie mniej genialną treść. Siłą rzeczy produkcja Finchera lądowała w kategorii "Oscara powinien dostać" (no i nie dostał). Nie brałem udziału w tej małej wojnie, ale teraz, gdy w końcu obejrzałem „Buttona” mogę dodać swoje spóźnione dwa grosze: oba filmy nie specjalnie zasługują na Oscara, ale gdybym musiał nagrodzić jeden z nich, to wybrałbym... "Slumdoga".



     „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” powala i to konkretne, ale tylko pod względem technicznym. Muzyka (Alexandre Desplat), charakteryzacja, kostiumy, scenografia, zdjęcia (w tonacji.. hmm.. takiego starego, brązowego papieru w blasku świecy), efekty komputerowe – wszystko można wrzucić do jednego wora pt. „rewelacja”. Chyba największe wrażenie zrobiły na mnie kompletnie niewidoczne efekty komputerowe. W całym filmie nie ma ani jednego momentu, który mógłby sugerować jakąkolwiek ingerencje komputera, a przecież występuje on w praktycznie każdej scenie! Żadna to oczywiście nowość, ale do tej pory, nawet w najbardziej realistycznych produkcjach człowiek wiedział, że jest to doskonała robota grafików i animatorów. W „Buttonie…” rzecz ma się inaczej, bowiem naprawdę trudno dostrzec granicę pomiędzy scenografią, charakteryzacją, a komputerem. To chyba pierwszy film, w którym efekty specjalne w ogóle nie zwracają na siebie żadnej uwagi (tak, jakby ich w ogóle nie było).
     Jednak sama technika dobrego filmu nie czyni. Pozostaje więc tytułowy ciekawy przypadek Benjamina Buttona. Ów historia, w gruncie rzeczy dość prosta, opowiada o człowieku, który urodził się jako 80cio kilkuletni staruszek. Żeby jednak tych dziwności nie było za mało, Benjamin z każdym kolejnym dniem zamiast się starzeć, młodnieje. I tak, przez kolejne kilkadziesiąt minut (czyli przez prawie 3 godziny) mamy do czynienia z wielką retrospekcją przedstawiającą życie Buttona (m.in. dzieciństwo w domu starców itp.). Szkoda tylko, że dziwna przypadłość Buttona nie ma większego znaczenia. Równie dobrze mógłby się urodzić jako normalne dziecko, zestarzeć się, umrzeć i wyszłoby na to samo. Niestety, pod płaszczem tej całej ambitnej otoczki kryje się… przeciętny dramat jakich wiele, traktujący o przemijaniu i śmierci. Końcu, którego prędzej czy później, niezależnie od wyjątkowości, boskości i bóg wie, czego jeszcze, każdy z nas doczeka. Grunt, aby maksymalnie wykorzystać dany nam czas, chwytać chwile i po prostu żyć tak, jakby każdy dzień był tym ostatnim. Pojawiają się motywy odrzucenia, niezrozumienia, ale trudno doszukiwać się w nich czegoś szczególnego. W „Buttonie” nie ma absolutnie niczego wyjątkowego (pomijając wspaniałe efekty itp.), niczego odkrywczego, ot zwykła historia, zwykłego człowieka.
     Jedyne, co mogło podbić ocenę Buttona, wyróżnić go na tle innych filmów jest sposób, w jaki ów historia mogła zostać opowiedziana. Są bowiem filmy banalne, oklepane, ale tak opowiedziane, że bez problemu można je oglądać po kilka razy. W „Buttonie” zdjęcia i muzyka robią swoje, a wolne, bardzo spokojne, sentymentalne tempo filmu może się podobać. Niestety, w pierwszej godzinie seansu mało brakowało, a kimnąłbym się w najlepsze. Jakoś nie mogłem się wczuć w akcje, losy Buttona były mi zupełnie obojętne. Później jest już odrobinę lepiej, przez ekran przewija się Tilda Swinton (chyba pierwsza rola, w której nie jest zimną, wyrachowaną babą), a potem wątek miłosny czyli zjawiskowa Cate Blanchett. Ale i tu wg mnie jest mały zgrzyt. Nie mam większych zastrzeżeń do Brada Pita (czasami jego akcent przypominał mi ten z Bękartów), zaś Cate Blanchett była bezbłędna, ale pomiędzy gwiazdami niestety nie iskrzy. Albo on jest chybiony, albo ona, nie wiem. Po prostu nie pasują do siebie.



     To chyba najsłabszy film w karierze Finchera. Ani wzruszający, ani przejmujący, takie kolejne, dobre filmidło „do poduchy”. Gdybym ów film obejrzał w kinie, na pewno nie zdecydowałbym się na wydanie dvd. Raz w zupełności wystarczy. Natomiast ”Slumdoga” widziałem w kinie, a potem 2 razy na dvd i jestem pewien, że na pewno do tego filmu wrócę. Też banał, ale za to jak się go ogląda.. Trudno zatem z czystym sumieniem polecać Buttona… No chyba, że ze względu na genialne wydanie DVD (pierwszy raz dodatki obejrzałem dwa razy)

::::::::::::::::: 6/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 49.90 (za wydanie 2-płytowe w metalowym opakowaniu)
Format obrazu: 2,40:1
Dźwięk: DD 5.1 lektor, DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.

+ Wstęp
David Fincher w niecałe 5 minut opowiada o scenariuszu w kontekście śmierci ojca. Przyznam, że opowieść zrobiła na mnie wrażenie, a cały wywiad utwierdził w przekonaniu, że ten facet wie, czego chce i wie jak to pokazać, (choć tym razem jego film do mnie nie trafił)

+ Rozwój i pre-produkcja
30 minutowy materiał o trudnych początkach ekranizacji opowiadania Fitzgeralda. Zaskakującą informacją był dla mnie fakt, że do nakręcenia Buttona przymierzano się już w roku 1987 (wtedy Universal wykupił prawa), czyli ponad 20 lat temu! Reżyserem filmu miał być m.in. Ron Haward, a nawet Steven Spielberg (w roli Buttona Tom Cruise). Inna ciekawa informacja - wstępny scenariusz dzisiejszego Buttona został skrócony o ponad 200 stron (pierwsza wersja wyglądała jak książka telefoniczna). Poza tym Fincher opowiada o pierwszych próbnych scenach, które miały przekonać wytwórnie do tego, że nakręcenie filmu jest w ogóle możliwe (oczywiście w ów sceny dostajemy pełen wgląd)

+ Poszukiwania lokalizacji
13 minutowy, dość zaskakujący materiał. Spodziewałem się opowieści o tym, jak trudno było znaleźć odpowiednie miejsca do filmowania, a tymczasem jest to zapis pracy ekipy w terenie. Lokalizacje są znalezione, a reżyser wraz ze współpracownikami ustalają, co, jak, gdzie, kiedy, po co i dlaczego. Nie ma żadnego lektora, ot amatorski zapis. Zdumiewające jest to, że wybrane przez nich lokalizacje są niepozorne, często brudne, pozbawione jakiegokolwiek klimatu…

+ Produkcja – część pierwsza
30 minutowy materiał – połowa stanowi zapis z planu (tak jak w dodatku powyżej), połowa to wywiady z reżyserem, „efekciarzami”, obsadą. Ciekawe, że nakręcenie Buttona zajęło 145 dni, czyli dokładnie 32 dni więcej od „Zodiaca” i tylko 8 dni więcej niż „Podziemny Krąg”. Ciekawostką było dla mnie pokazanie kamer, jakie zostały użyte podczas produkcji. Ekipa miała do wyboru kamery typu Viper i Red. Button został nakręcony przy wykorzystaniu kamer Viper co ekipa bardzo sobie chwaliła narzekając jednocześnie na Reda. Natomiast kamerach Reda dowiedziałem się w dodatkach do filmu „Gamer”, w których ekipa zachwalała cyfrową rewolucją i wyższość nad resztą filmowego sprzętu… :) Poza tym ciekawostka odnośnie statystów, którzy grają ciałem i często za bardzo wczuwają się w swoje role. Jaka na to rada? Zamęczyć, czyli przegonić ich po planie ze 20 razy powtarzając to samo ujęcie, poczekać aż mi się znudzi i dopiero wtedy zaczynają grać tak jak powinni :P

+ Produkcja – część druga
To już bardziej szczegółowy materiał z planu (30minut). Pierwsze migawki z genialnej charakteryzacji Pitta i Blanchett oraz pokazanie sposobów na pokonywanie kolejnych problemów. Np. kręcenie w Paryżu było za drogie ze względu na kurs Euro. Co zrobiła ekipa? Zamknęła sporą część Montrealu, przerobili całą dzielnice na Paryż sprzed kilkudziesięciu lat i jakoś poszło… Tak samą z lodowatą Rosją, która również została nakręcona w Montrealu. Co z tego, że było 20C ciepła, a ekipa potrzebowała zlodowaciałej ulicy. Brało się wodę, lało, zamrażało, i po kilku minutach (po stopnieniu) operacje się powtarzało. To było chyba najdroższe lanie wody… :)

+ Projektowanie kostiumów
10 minutowy wywiad z Jacqueline West, z którego wynika, że wszystkie stroje były podporządkowane guzikom. Masa zdjęć głównych postaci w najróżniejszych kreacjach z różnych epok.

+ Technika Performance Capture
Pierwszy 10 minutowy dodatek poświęcony Oscarowym efektom. Jak z 3 aktorów zrobić jednego Brada Pita? Z pomocą przychodzi technologia, która robi nieziemskie wrażenie.

+ Efekty specjalne – Benjamin Button
+ Efekty specjalne – młodnienie
W sumie 25 minut. Tego się nie da opowiedzieć, to trzeba zobaczyć. Niewiarygodne, ile złożonych procesów, ile pracy dziesiątek ludzi składa się na jedno małe ujęcie, w którym ów pracy w ogólnie widać… To się nazywa realizm.

+ Efekty specjalne – Chelsea
10 minut prawdziwego Hollywoodu. Ekipa zbudowała 64 tonowy statek, osadziła go na pneumatycznie kontrolowanej platformie i w ten sposób nakręciła wszystkie sceny z holownikiem w studiu Sony… Cenka opada.

+ Efekty specjalne – symulowany świat
Genialny, 15 minutowy materiał, w którym pokazano ujęcia prosto z filmu, a potem te same ujęcia pozbawione efektów komputerowych.

+ Praca nad dźwiękiem
15 minut. To chyba pierwszy dodatek poświęcony dźwiękowi, który w tak dobitny sposób pokazuje prace dźwiękowca. Zaskoczyło mnie to, że większość dialogów było zdubingowanych, nawet głos małej Daisy to głos Cate Banchett po przeróbce!


+ Muzyka Desplata
15 minutowy wywiad z Desplatem. Ten gość jest hipnotyzujący, bowiem opowiada o muzyce w taki sposób, że zaraz po obejrzeniu dodatku wyszukałem jego muzykę w innych filmach (przyznam, że do tej pory jego nazwisko było mi mało znane). Poza tym sporo ujęć ze studia nagraniowego.

+ Premiera
Podsumowanie całej produkcji. Każdy dział ekipy w dwóch słowach opowiada o emocjach podczas filmowania. Całość wieńczy skromna premiera w Nowym Orleanie.

+ Galeria kadrów
+ Galeria scenografii
+ Galeria kostiumów
+ Galeria produkcji
+ Galeria zwiastunów

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

13 kwietnia 2010

#6 SHORT FILMS: The Sandpit

4 [dodaj komentarz]

POMYSŁ
+
Nikon D3
+
Dwa obiektywy: Tamron 17-50mm f/2.8 oraz Sigma 50-150mm f/2.8
+
5 dni i 2 wieczory
=
Krótki, poklatkowy filmik (tzw. time lapse) z ponad 35,000 zdjęć
wykonanych w technice tilt-shift (efekt miniaturek)


Oglądajcie KONIECZNIE W HD, KONIECZNIE NA PEŁNYM EKRANIE i przynajmniej głośno :) Rewelacja!



POPRZEDNIE KRÓTKOMETRAŻÓWKI

12 kwietnia 2010

#5 SHORT FILMS: Pixels

1 [dodaj komentarz]




POPRZEDNIE KRÓTKOMETRAŻÓWKI

8 kwietnia 2010

Wyspa tajemnic (2010 - kino)

5 [dodaj komentarz]

     Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, powiadam: nie oglądajcie zwiastunów, a przede wszystkim nie czytajcie recenzji/opinii przed obejrzeniem „Wyspy tajemnic”. Większość bowiem zawiera mniejsze bądź większe spoilery, a każdy (każdy!) szczegół ma niewyobrażalne znaczenie w A) rozszyfrowaniu zagadki B) delektowaniu się inteligentną manipulacją. Można powiedzieć, że o „Wyspie tajemnic” się nie pisze, tylko się dyskutuje :) Zostaliście ostrzeżeni.
     Rok 1954, Zatoka Bostońska, wyspa Shutter Island. Z pilnie strzeżonego szpitala dla obłąkanych przestępców ucieka jedna z pacjentek, Rachel Solando (skazana za morderstwo własnych dzieci). Agenci Teddy Daniels (Leonardo DiCaprio) i jego partner Chuck Aule (Mark Buffalo) przybywają na wyspę, aby przeprowadzić śledztwo i wyjaśnić okoliczności tajemniczego zniknięcia.



     Pierwsza część filmu to rasowy, bardzo klimatyczny thriller. Akcja rozkręca się niemal podręcznikowo – dwóch detektywów, odcięty od świata (przez szalejący huragan) ponury szpital dla psychicznie chorych, oraz śledztwo, które przynosi więcej pytań niż odpowiedzi. Jak skazana uciekła z pomieszczenia zamkniętego od zewnątrz? Dokąd uciekła, skoro szpital jest na wyspie? Co oznacza pozostawiony przez nią tajemniczy liścik? Pytania pojawiają się jedno za drugim, atmosfera robi się coraz bardziej mroczna i w gruncie rzeczy trochę szkoda, że film nie trzyma się tej konwencji do końca. Bynajmniej nie jest to wadą, ale pierwsza połowa jest tak doskonała, że z chęcią obejrzałbym „Wyspę tajemnic”, jako trzymający w napięciu thriller kryminalny (przypomniał mi się doskonały „Siedem” Davida Finchera, choć oba filmy nie mają ze sobą nic wspólnego)
     Scorsese z każdą kolejną minutą zbacza z głównego wątku, jakim jest śledztwo i koncentruje się na agencie Teddym Danielsie (Leo). Ów bohater od momentu przybycia na wyspę miewa ostre napady migreny, a nasilające się wspomnienia o wojnie i zmarłej żonie nie dają mu spokoju. Jawa przeplata się ze snem, sny przeplatają się ze wspomnieniami, wspomnienia z jawą i tak z mrocznego kryminału robi się jeszcze bardziej mroczna psychologiczna łamigłówka. Pytania nasuwają się same: O co tu w ogóle chodzi? Kim jest Daniels? Wielu widzów, uważa, że odpowiedzi na te pytania są zbyt oczywiste i nie potrzeba wiele czasu, aby domyśleć się finału. Rzeczywiście, w miarę szybko można połapać się ‘co i jak’, szczególnie, że podobnych filmów trochę już było. Jednak Scorsese do ostatniej minuty manipuluje widzem w najlepsze. I to w „Wyspie tajemnic” podobało mi się najbardziej! Pomimo tego, że teoretycznie wiemy jak ta historia się skończy, Scorsese cały czas rzuca widzowi kłody pod nogi i wprawia w stan niepewności. Do samego końca nie byłem pewien, czy aby na pewno poukładałem sobie to tak jak powinienem (wszystko wskazywało na to, że tak), i dopiero ostatnia scena, dosłownie ostatnie sekundy są tą upragnioną kropką nad i. Jednak spora część widzów nie może przeboleć tego, że film kończy się tak, a nie inaczej (bo nie zaskakuje, nie wciska w fotel). Mnie natomiast cała (trzymająca w napięciu) „zabawa w kotka i myszkę” oraz sam finał, który okazał się taki, jakim go sobie ‘wykalkulowałem”, bardzo się podobał. I nie czuje żadnego niedosytu, wręcz przeciwnie. Uważam, że to najbardziej przemyślany, wciągający i angażujący widza film, jaki w tym roku zagościł w kinach.
     Muszę również wspomnieć o DiCaprio. Nie ulega wątpliwości, że to bardzo uzdolniony aktor, ale jakoś nigdy nie mogłem się do niego przekonać. Być może był to syndrom Titanica, być może po prostu go nie lubiłem, sam nie wiem. Jednak po „Wsypie tajemnic” bije się w pierś, bowiem chłop zagrał tak rewelacyjnie, że aż zapomniałem, że za Teddym Danielsem kryje się Leo :) Dopiero po seansie zdałem sobie sprawę z tego, jak przejmująco i wiarygodnie, a zarazem beż żadnego przesadnego „brylowania” Leo zagrał Danielsa. Bezbłędna rola. Mam również szczerą nadzieję, że tak jak Ridley Scott z Russellem Crowe, jak Tim Burton z Johnnym Deppem, tak Martin Scorsese z Leo jeszcze nie raz nas zaskoczą (to już 4 wspólny film).



     Reasumując, „Wyspy tajemnic” po prostu nie można przegapić. Procent widzów, którym film się nie podobał jest niewielki, a Ci co mają jakieś tam zastrzeżenia i tak później przyznają, że film jest bardzo dobry :) Warto więc pójść do kina, poddać się inteligentnej manipulacji i później samemu sobie opowiedzieć na pytanie: „był czy nie był?” :)

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::


+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+

3 kwietnia 2010

Miami Vice (2006 - kino, dvd)

4 [dodaj komentarz]

     Chyba każdy przynajmniej raz słyszał o kultowym serialu „Miami Vice” („Policjanci z Miami”) z Donem Johnsonem i Philipem Thomasem w rolach głównych. W latach 80 był to prawdziwy hit (również w Polsce), który doczekał się aż 111 odcinków. Swego czasu (a long, long time ago) ów serial oglądałem regularnie, ale pamiętam z niego tylko charakterystyczny theme Jana Hammera (ogólnie świetny soundtrack), białą marynarkę i czarne cabrio Dona Johnsona oraz genialny klimat przesadnie bogatego Miami. Ot tyle, ale wystarczająco dużo by zadrżeć na wieść o współczesnej kinowej wersji. I to nie od byle kogo, bo od producenta i scenarzysty oryginalnych ”Miami Vice” Michaela Manna (gość od „Gorączki”, „Informatora” i „Zakładnika”).



     Mann zrobił coś, czego chyba nikt się nie spodziewał - nakręcił film, który niewiele ma wspólnego z kultowym serialem sprzed lat. Wszystko, co składało się na sukces oryginału zostało puszczone w niepamięć i zastąpione nowymi rozwiązaniami. A tak chciałem zobaczyć nocne Miami w opcji bajkowego american dream. Posłuchać muzyki z motywami Jana Hammera sprzed 20 lat. Poczuć ten specyficzny klimat tropikalnego światka przestępczego. Nic z tego, nawet główni bohaterowie, detektywi James 'Sonny' Crockett (Colin Farrell) i Ricardo Tubbs (Jamie Foxx) to nie to co kiedyś. Tamto „Miami Vice” i obecne to dwa zupełnie różne światy.
     Mann zrezygnował z kolorowego american dream na rzecz mrocznego realizmu. Cały film wygląda jak z taśm policyjnych, a momentami montaż przypomina produkcje youtubowskie (chaotyczne ujęcia z ręki, tak jakby ktoś przez przypadek sfilmował strzelaninę). Efekt ten podkręcają cyfrowe kamery HD , których użyto podczas filmowania (świetna kolorystyka nocnych zdjęć). Atmosfera jest gęsta, mroczna i zimna, tempo akcji lekko ślamazarne, do tego podsycane niespieszną muzyką Moby’ego, Niny Simone oraz Johna Murphy’ego („28 dni/tygodni później”, „W stronę słońca”). Względem oryginału wszystko jest na odwrót, ale za to mamy do czynienia z klimatyczną produkcją podobną do „Gorączki” i „Zakładnika”. Może nie jest to takie „Miami Vice”, jakiego wszyscy się spodziewali, ale na pewno jest to kolejny typowo ‘mannowski’ dramat kryminalny pozbawiony jakiegokolwiek efekciarstwa. Klimat tej produkcji jest niesamowity i stanowi jej najmocniejszą stronę.
     W latach 80 Micheal Mann uchodził za filmowca, u którego fabuła nie miała tak dużego znaczenia jak forma. Można powiedzieć, że był prekursorem stylu polegającego na przeroście formy nad treścią (to dzięki dopracowanej, pastelowej formie "Miami Vice" było hitem). Późniejsze, już pełnometrażowe produkcje pokazały, że Mann idzie z duchem czasu i potrafi zachować odpowiednie proporcje pomiędzy jednym i drugim (wystarczy ponownie wspomnieć tytuły ww. filmów). W „Miami Vice” z tymi proporcjami jest już gorzej, bo o ile do technicznej strony trudno mieć zastrzeżenia, tak do tej fabularnej znajdzie się już niejedno. Intryga niestety przeciętna – jest globalny narkobiznes, są tajniacy, coś poszło nie tak, pif paf i the end. Widać, że Mann starał się przedstawić ekstremalne warunki pracy zawodowych tajniaków oraz pokazać jak szybko zaciera się granica pomiędzy życiem prawdziwym, a tym alternatywnym. Mógł się jednak bardziej postarać, bowiem momentami wiało nudą. Szczególnie podczas dość obszernego wątku romansu pomiędzy Crockettem, a Isabell, który jest chyba najbardziej mało wiarygodnym romansem, jaki do tej pory widziałem (chociaż zakończenie niezłe). W gruncie rzeczy cała historia jest średnio wciągająca, brakuje trochę emocji, napięcia, a poza tym mogło być trochę więcej chemii pomiędzy głównymi bohaterami. Mannowi udało się uchwycić ich długoletnią współpracę, panowie dogadują się niemalże bez słów, ale żeby chociaż raz popatrzyli sobie w oczy, odłożyli na bok profesjonalizm i pokazali, że przynajmniej się lubią i sobie ufają (tylko pod koniec widać nić przyjacielskiego porozumienia). Średnio to wypadło. Jedyną sceną podnoszącą adrenalinę, angażująca widza w to, co dzieje się na ekranie jest akcja odbicia policjantki – zrealizowana po mistrzowsku. Szkoda, że to tylko jeden moment na cały film.



     Reasumując, jako fan serialu jestem rozczarowany nową formułą. Jako fan Manna jestem zachwycony jego stylem, ale lekko rozczarowany niedopracowanym scenariuszem. Ogólnie, spory niedosyt, ale podobało mi się i z chęcią obejrzałbym kontynuację.

::::::::::::::::: 7-/10 :::::::::::::::::


Kilka słów o wydaniu DVD
CENA: 39.90
Format obrazu: 2,40:1
Dźwięk: DD 5.1 lektor, DD 5.1 + napisy PL
Wszystkie dodatki z polskimi napisami.
+ Miami & Beyond: Shooting on location
Materiał poświęcony lokacjom zdjęć. Wszyscy zachwalają i wychwalają konsekwentność Manna w dążeniu do jak największego realizmu. Ani Mann, ani nikt inny z ekipy nie mówi o kultowym serialu – zupełnie jakby nigdy go nie było.
+Miami Vice Undercover
Materiał poświęcony tajniakom – wywiady z prawdziwymi policjantami i eks tajniakami. Aby realizm był jeszcze większy Mann wysłał aktorów na prawdziwe akcje policji, a Colinowi zorganizowano inscenizację pertraktacji z bandytami, w której brał udział. Biedny nie zorientował się, że to „na niby” i trochę bidak się zdenerwował. Ani Mann, ani nikt inny z ekipy nie mówi o kultowym serialu – zupełnie jakby nigdy go nie było.
+Nonpoint "In the air tonight"
Teledysk

+DODAJ KOMENTARZ - ZOBACZ KOMENTARZE+