Czytam opinie na filmweb i prawdę mówiąc, pojęcia nie mam dlaczego ludzie tak bardzo czepiają się… wszystkiego. Zwyczajnie nie kapuje, jak można pójść do kina na normalny action movie made by Hollywood i oczekiwać od niego głębi psychologicznej, wielowątkowości oraz realizmu. Salt idealnie wpisuje się w we współczesną konwencję kina akcji. To wręcz podręcznikowy przykład blocbustera, od którego wstyd wymagać więcej niż efektownej rozpierduchy.
Salt w reżyserii Phillipa Noyce’a to film od początku do końca konsekwentnie naciągany do granic możliwości. Wielu, nie wiedzieć czemu, spodziewało się realistycznego filmu szpiegowskiego zgłębiającego kulisy zimnej wojny. Salt rzecz jasna takim filmem nie jest, choć to właśnie o szpiegostwo główna bohaterka zostaje posądzona, a zimna wojna przewija się gdzieś w 20 planie. I to w gruncie rzeczy tyle jeżeli chodzi o elementy szpiegowskie, reszta to już akcja, akcja i jeszcze raz efekty specjalne. Evelyn Salt, czyli deczko wychudzona Angelina Jolie nie patyczkuje się i już po kilku minutach zaczyna realizować konwencję filmu: „ja jestem szpiegiem? Ja?! No to ja wam pokaże” i przez następne 1,5 godziny wykazuje się pomysłowością zawstydzającą samego McGyvera (np. buduje wyrzutnie rakiet ze stolika) oraz przesadzoną zwinnością i omalże boską siłą (tylu pakerów rozwaliła i się przy tym nie połamała to jakiś cud). Trzeba przyznać, że Jolie napiernicza się z godną podziwu teatralnością i zaangażowaniem, i pomimo tego, że wszystko jest naciągane, nierealistyczne to jednak.. jakoś to wygląda i, co chyba najważniejsze, dobrze się to ogląda. Waleczna Jolie to jedno, jej motywy to drugie. Musze przyznać, że twórcom udało się skonstruować scenariusz wymykający się oczywistemu schematowi udowadniania niewinności. Fakt, przez pierwsze kilkanaście minut trudno oprzeć się wrażeniu innemu niż: to już wszystko było, i to z kilkadziesiąt razy. Oni ją oskarżyli, ona wszystkich pozabija, przy okazji uratuje świat, a na koniec oświeci wszystkich swoją niewinnością. Jednak przychodzi taki moment, w którym wszystko trochę się komplikuje i jedyne co przychodzi do głowy to „hmm… WTF?”. Takich momentów jest ciut więcej co, bardzo przyjemnie urozmaica rozrywkę i zwyczajnie wciąga. Poza tym, co jakiś czas pojawiają się mini retrospekcję z prywatnego życia Salt, dzięki czemu jej wizerunek zimnego babochłopa jest wystarczająco złagodzony i ucywilizowany. Da się ją lubić. Film Noyce’a jest fantastycznie zmontowany i doskonale udźwiękowiony. Montaż jest szybki, dynamiczny, ale w granicach zdrowego rozsądku. Dynamiczna muzyka Jamesa Newtona Howarda (jeden z moich ulubionych kompozytorów), podobnie jak w filmach Nolana, nieustannie grzmi w tle doskonale podkręcając akcję. JNH jak zwykle udowadnia, że można robić muzykę oryginalną za każdym razem. Efektom specjalnym niczego nie można zarzucić, bowiem tych komputerowych nie widać w ogóle, a te realne cieszą oczy widowiskiem. Dla wielu widzów Angelina Jolie jest wystarczającym wabikiem na wypad do kina. Dla widzów z nad Wisły, a przynajmniej dla sporej części, to nie Angelina, a Daniel Olbrychski (jako Vassily Orlov) jest tym magnesem (nawiasem mówiąc być może stąd ta fala krytyki, w końcu Salt niespecjalnie wpisuje się w repertuar Olbrychskiego). Chyba jak każdy obawiałem się zmarginalizowanej roli, a po trailerze w którym wydabingowali naszego aktora nie miałem złudzeń – jedna scena, max dwa zdania i dowidzenia. Nic z tych rzeczy. Olbrychski mówi swoim głosem, dialogi ma rozbudowane i, co też ważne, gra bezpośrednio z Angeliną (wystąpił z nią, a nie w filmie razem z nią). Występ jak najbardziej udany i choćby dla tych kilku minut z polskim akcentem warto Salt zobaczyć (nawiasem mówiąc w roli rosyjskiego prezydenta Matveyeva też wystąpił polak – Olek Krupa).
Przyznaje, stężenie głupot jest tu dosyć spore, ale całkiem ciekawa intryga oraz ciągła, widowiskowa akcja w zupełności to rekompensują. Jeżeli miałbym się wyraźnie czegoś czepiać to zdecydowanie zakończenia, które trąci zupełnym brakiem logiki i jest mocno niejednoznaczne. Ogólnie jednak nie żałuje. Salt nie powala, ale to dobry film do popcornu. Mnóstwo bijatyk, pościgów i Angeliny Jolie :)
Wraz z wędrowną trupą teatralną, m.in. sarkastycznym i cynicznym pomocnikiem Percym (Verne Troyer) oraz wszechstronnym młodym aktorem Antonem (Andrew Garfield), Parnassus oferuje widowni szansę wykroczenia poza rzeczywistość, bowiem jego magiczne lustro stanowi furtkę do świata nieskrępowanej wyobraźni. Jednak czary Parnassusa mają swoją cenę. Przed wiekami zawarł on pakt z diabłem, Panem Nickiem (Tom Waits), który wkrótce przybędzie odebrać swoją nagrodę: Valentinę (Lily Cole), ukochaną córkę Parnassusa. Stanie się to w dzień jej szesnastych urodzin. Aby uratować córkę Parnassus zawiera ostatni pakt z Panem Nickiem.
W Parnassusie świat realny przeplata się ze światem fantazji w proporcjach, mniej więcej, pół na pół. Tym samym można powiedzieć, że wady i zalety filmu Gilliama rozkładają się, ni mniej ni więcej, pół na pół :) Jeżeli mam się zachwycać to zdecydowanie nad częścią realną, z której wynika ciekawa konkluzja – Gilliamowi nie można odmówić wyobraźni. Przede wszystkim powaliła mnie sceneria mrocznego Londynu, bujna pastelowa kolorystyka wędrownego teatru oraz charakteryzacja zupełnie nie z tej epoki. To wszystko ze sobą gra i nie gra, bo z jednej strony gigantyczny (piramidalny) drewniany wóz na ulicach Londynu (genialne ujęcia na sypiących się blokowiskach) pasuje jak pięść do oka, a z drugiej strony taki widok ma w sobie coś.. niezwykłego. Pomysł na taki teatr, czyli jakby nie patrzeć wymarłą formę sztuki i zdjęcia (ach, te kolory!) w realnej części są zachwycające. To jednak nie wszystko, bowiem przedziwni bohaterowie-outsiderzy, czyli cała ekipa teatru, która wydaje się być wyciągnięta z innej bajki z każdą kolejną minutą przedstawia zarys intrygującej opowieści (całkiem zabawnej) o pakcie Parnassusa z diabłem. Warto wspomnieć o tym, że Parnassus nie jest adaptacją ‘cudzego’ scenariusza, nie jest także ekranizacją gry czy książki, choć takie właśnie sprawia wrażenie. Wielu zada sobie pytanie „ciekawe, na podstawie jakiej to książki?”, albo „to już chyba gdzieś było?”, ale to od początku do końca dzieło Gilliama. Zatem pierwsza połowa jest praktycznie pod każdym względem niezwykła/oryginalna i bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Podziwiałem piękny obraz, słuchałem przyzwoitego podkładu muzycznego, poznałem i polubiłem przedziwne, ale sympatyczne postacie oraz zainteresowałem się fabułą wyczekując kolejnych wydarzeń. Jednak druga połowa filmu to już inna bajka. Akcja zostaje przeniesiona na drugą stronę lustra do świata fantazji i…? Cóż, Glliamowi dalej nie można odmówić pomysłowości i wyobraźni, ale niestety odniosłem wrażenie przerostu formy nad treścią. To oczywiście czysto subiektywne wrażenie, w końcu każdy z nas ma swój gust i pewnych rzeczy z założenia nie chwyta/nie czuje/nie rozumie. O ile pierwszą połowę filmu kupuje bez mrugnięcia okiem, o tyle druga połowa czyli kreskówkowe, bardzo kontrastowe widoczki, chodzenie po chmurkach czy gigantycznych drabinach - nie przemawia to do mnie nic, a nic. Ktoś powie „trzeba mieć fantazje dziadku” i kto wie, może ma racje, ale wg mnie Gilliam przekroczył granicę kiczu przysłaniając tym samym swoje artystyczne wizjonerstwo. Być może jest to też kwestia realizacji pomysłu, bowiem o takich efektach specjalnych, których na początku nie ma prawie w ogóle, nie można powiedzieć zbyt wiele dobrego. Druga połowa filmu jest wręcz nafaszerowana komputerem i trzeba przyznać, są momenty po prostu ładne, nie budzące większych zastrzeżeń, ale większość jest nienaturalna, dająca po oczach dość marnym renderingiem. To jednak i tak w tym wszystkim nie jest najgorsze. Bajkowy świat wg. Gilliama męczy, ale w gruncie rzeczy da się go oglądać. Natomiast chaos w fabule, pourywane wątki, brak logiki, marne zakończenie – to już razi. Prawdę mówiąc, w pewnym momencie losy bohaterów stały mi się kompletnie obojętne, a przekombinowanej końcówki nawet nie próbowałem ogarnąć. Wydaje mi się, że śmierć Ledgera jednak sporo namieszała w scenariuszu, że jednak nie wszystkie sceny w realu zostały nakręcone i przez to ten cały bajzel. Nie chce mi się wierzyć, że ta przesadnie skomplikowana intryga była zamierzona. To nie jest w stylu Gilliama. Rozumiem jednak, że film trzeba było ratować i wyszło jak wyszło (chociaż z drugiej strony nie ma się co oszukiwać, mogło być znacznie gorzej). Szkodza tylko, że Gilliam zarzeka się, że to jego najlepszy i najbardziej dojrzały film (rozumiem, że miał taki być, ale..). Pisząc o Parnassusie nie można nie wspomnieć o obsadzie. Z całej ekipy najbardziej podobał mi się genialny Tom Waits w roli Diabła, którego było zdecydowanie, ale to ZDECYDOWANIE za mało. Charakteryzacja, głos, gesty, melonik na głowie i ta rozbrajająca nonszalancja – bezbłędna rola. W kategorii „największe zaskoczenie” wygrywa nienaturalnie ładny brzydal, czyli długoooonoga blada twarz Lily Cole w roli Valentiny :). Dziewczyna poraża naturalnością (jeżeli chodzi o aktorstwo). W rolę nieznajomego Tonego wcieliło się aż 4 aktorów (kolejność nieprzypadkowa): Johnny Depp, Heath Ledger, Colin Farrell i niestety Jude Law (nie przepadam za nim).
Przyznaje, za oglądanie Parnassusa zabrałem się bez specjalnych oczekiwań. Już po pierwszym zwiastunie wiedziałem, że ten film to kompletnie nie moja bajka. Nazwisko reżysera, doborowa obsada, szum wokół śmierci Heatha Ledgera - nic nie było w stanie przekonać mnie na tyle, aby ruszyć się na seans. Pierwsza połowa filmu naprawdę daje radę, a wręcz zaskoczyła mnie i zahipnotyzowała. Tak więc skłamałbym twierdząc, że Parnassus to film zły, ale powiedzieć „dobry” też niespecjalnie mi pasuje… Zatem nie odradzam, bo nie zaszkodzi zobaczyć, ale i nie polecam, bo niewielka to strata nie znać Parnassusa.
::::::::::::::::: 6+/10 :::::::::::::::::
Kilka słów o wydaniu DVD CENA: 69,90zł za wydanie 2-płytowe w kartonowym opakowaniu format obrazu: 16:9 dźwięk: 5.1 (DD) + napisy PL oraz lektor PL w 2.0 Wszystkie dodatki z polskimi napisami + Terry Gilliam: Wprowadzenie Materiał z cyklu „Face to face”. Na czarnym tle Gilliam patrzy centralnie w obiektyw kamery i opowiada… O tym czym miał być Parnassus, czym się stał po śmierci Ledgera i dlaczego na końcu filmu jest „Heath Ledger i przyjaciele”. + Świat Terry’ego Gilliama Obowiązkowy materiał każdego bardziej znanego reżysera. Z początku wszyscy bardzo ciekawe opowiadają o różnych niuansach podczas zdjęć (naprawdę bardzo fajny materiał), by w końcu przejść do meritum i piać z zachwytu nad Gilliamem. + Jak powstawał film Materiał z cyklu „ile trzeba zachodu by nakręcić małą scenę” podzielony na dwa mniejsze: Konstrukcja Klasztoru i Scena z Pijakiem. Wizualizacja i Storyboardy; blue boxy, szkice efektów wizualnych i w końcu efekt końcowy. + Usunięte sceny Tak naprawdę tylko jedna, ale za to olbrzymia (prawie 5 minut). Anton szuka po drugiej stronie lustra chłopca, który przez przypadek dostał się na scenę teatru i wlazł do zwierciadła. W filmie to zaledwie moment, w rozszerzonej wersji poszukiwania to prawdziwa przygoda. + Heath Ledger Materiały w całości poświęcone śp. Ledgerowi. Fragmenty ostatniego wywiadu, którego Ledger udzielił na 3 dni przed rozpoczęciem zdjęć do Parnassusa. Opowiada o filmie „Bracia Grim” oraz o jego definicji sukcesu. Poza tym materiał pt. Heath Ledger i przyjaciele, w którym dublerzy Ledgera opowiadają o wzajemnym szacunku i wyzwaniu jakim było kontynuowanie roli zmarłego. Na koniec migawki z za kulis pokazujące jak Ledger przymierza różne kostiumy. Filmik ciekawy bo momentami pokazuje przemianę Tonego za zwierciadłem (m.in. można zobaczyć jak Ledger miał grać fragment w którym wystąpił Johny Depp). + Z Parnassusem dookoła świata Czyli relacje z premier w różnych krajach (Tokio, Londyn, Rzym itp.) + Prezentacja ekipy i obsady na scenie Premiera w Londynie. Gilliam po kolei prosi na scenę najważniejszych członków ekipy filmowej. + Twórcy filmu na Cammerimage Gilliam, jego córka i producentka zarazem Amy Gilliam oraz autor zdjęć Nicola Pecorini w ogniu pytań polskich dziennikarzy na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych PLUS CAMERIMAGE. Fajny materiał chociaż większość odpowiedzi Gilliama było w materiałach powyżej.
Predator, Rambo, Człowiek demolka, Sędzia dred, Terminator, Zabójcza broń, Szklana pułapka, Uciekinier, Pamięć Absolutna – to zaledwie kilka tytułów, którymi za młodu jarałem się tak jak teraz nastolatki na widok Edwarda :).Do dzisiaj pamiętam jak w domu pojawił się 4-ro głowicowy VHS Panasonica. Rodzicie szybko zorientowali się w swojej wychowawczej wpadce (HA HA, są winni :P), bo nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed nagrywaniem filmów. Łapali się zatem za głowę nie pojmując, jak można oglądać w kółko to samo, aż do zajechania kasety :) (prawdę mówiąc zostało mi to do dzisiaj, z tą różnicą że dvd/blu jest ciut trwalsze..). Nadal mam ogromny sentyment do tego typu produkcji, a na epitety typu: kiczowate, głupie, naciągane itp. jestem zwyczajnie głuchy. Zresztą „z łezką w oku” nie raz odnosiłem się do kina akcji z przełomu lat 80/90 zawsze zaznaczając, że takich filmów już się nie kręci. Tym bardziej byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że Stallone zbiera ekipę sprzed lat, aby nakręcić film w starym, dobrym stylu! Czyżby niemożliwe stało się możliwe? Chyba nikt nie będzie zdziwiony, jak powiem, że „Niezniszczalni” był jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów tego roku.
Kilka dni po premierze wybrałem się do kina i pierwsze, co mnie zaskoczyło to fakt wyświetlania filmu w największej sali. Duga sprawa to ilość widzów, których było naprawdę sporo – nie licząc pierwszych 3,4 rzędów sala była pełna w 95%! Przyznam, że oczekując na „Niezniszczalnych” byłem pewien, że film nie odniesie specjalnego sukcesu. Chyba wyszedłem z założenia, że takich jak ja, co to rozpamiętują się w epoce VHS nie jest aż tak dużo. Poza tym czego taki przeciętny i nieprzeciętny widz może spodziewać się po filmie, którego plakat prezentuje iście ‘doborową’ obsadę oraz… liczby. Stallone do tej pory na ekranie zabił 340 ludzi, Lungren 632 sztuki, Statham jak na razie biednie, bo tylko 140. W sumie obsada „Niezniszczalnych” wykosiła ponad półtora tysiąca czarnych charakterów – całkiem nieźle, nie? Teraz Stallone żegna się z kinem akcji dając sobie (i kumplom) 1,5 godziny killowania armii kubańczyków. Przyznam, że byłem ciekawy, kto to będzie oglądać. Nikt bowiem z mojego otoczenia nie wyraził chęci pójścia do kina. Nawet moja druga połówka pogardziła seansem w kinie, chociaż doskonale wiedziała, że mi na tym filmie zależy (będzie Ci to zapamiętane - ja wszystkie części Zmierzchu obejrzałem bez zająknięcia! :P). Z całą moją tolerancją na kino akcji (te obecne i te sprzed lat) niestety nie zachwyciłem się „Niezniszczalnymi”. Przyznaję, Stallone miał genialny w swojej prostocie pomysł na geriatryczne kino akcji, ale niestety nie miał pomysłu na sam film. Prawdę mówiąc pierwsze 15-20 minut kumuluje wszystkie atuty całego, ponad godzinnego filmu. Stallone serwuje akcję, trochę humoru, ale przede wszystkim od razu przedstawia całą obsadę, co z jednej strony jest ok (bo sporo znanych gęb), ale z drugiej strony nie zostawia nic na później. A przydałoby się, aby gdzieś w połowie filmu nagle zza krzaków wyskoczył dajmy na to Chuck Norris i z półobrotu wykosił tuzin Kubańczyków. Sylwuś wolał jednak od razu wszystkich wyłożyć na tacy, a przez resztę seansu zabawiać widza trzymającym w napięciu kinem akcji. Problem w tym, że reszta filmu jest mało zachwycająca. Zawodzą przede wszystkim postacie i marne dialogi. Nie spodziewałem się błyskotliwości Tarantino, ale kino akcji sprzed lat ma to do siebie, że główne postacie są zazwyczaj lekko szurnięte, wyszczekane, w typie pozytywnie złego maczo, którego nie da się nie lubić. Wystarczy wspomnieć takich twardzieli jak John McClane ze Szklanej Pułapki, John Spartan z Człowieka Demolki, Martin Riggs z Zabójczej Broni czy Harry Tasker z Prawdziwych Kłamstw. Panowie z „Niezniszczalnych” kilka razy nabijają się z wizerunku superhero, ale raczej w mało śmieszny sposób. Niestety trudno ich polubić, trudno ich też nie lubić, w gruncie rzeczy nieważne czy delikwent zarobi kulkę czy nie. Oni po prostu są… A jak nie ma komu kibicować, nie ma się z czego pośmiać to człowiek od razu zaczyna zwracać uwagę na elementy, na które w założeniu powinien przymknąć oko. Wiadomo, fabuła w kinie akcji ma drugorzędne znaczenie, ale w „Niezniszczalnych” nie ma w ogóle. Jest kilku superhero, jest armia kubańczyków i ot tyle, wiadomo kto kogo, choć nie wiadomo dlaczego. Co tu dużo gadać, jest nudno i chyba najgorsze w tym wszystkim jest to, że człowiek nie wyczekuje końcówki. Kiedyś oglądało sie takie filmy dla prostych, ale fajnych historii, dla bohaterów będących przerysowanym wizerunkiem prawdziwego faceta z jajami, ale przede wszystkim dla końcówek. Te bowiem zawsze były bombą. Co prawda bardziej widowiskową niż fabularną, ale z reguły chciało się zobaczyć, jak ten zły dostaje po dupie od tego dobrego, który na koniec rzuca jakimś mocnym lub rozbrajającym tekstem. Wystarczy znowu wspomnieć filmy, które wymieniłem na początku.
W „Niezniszczalnych” jest sporo akcji bez komputerowej obróbki (aczkolwiek mogło być trochę bardziej widowiskowo), a krew i flaki momentami bryzgają jak u Roberta Rodrigueza. Niestety największym mankamentem tej rozpierduchy jest Stallone na stołku reżysera i scenarzysty (to, że wygląda jak napakowana karykatura Michaela Jacksona to już inna sprawa). Wg mnie za produkcję powinien się wziąć człowiek, który w tamtych czasach kręcił podobne filmy. W końcu to dobra reżyseria i scenariusz były fundamentem wizerunków twardzieli jakich pamiętamy do dzisiaj. Stallone z ów wizerunków i skojarzeń skorzystał, ale niestety zawalił całą resztę. Obejrzeć można, a nawet wypada, bo tylu niezniszczalnych w jednym filmie jeszcze nie było i zapewne nie będzie. Ale prawda jest taka, że film przeciętny, a „takich” filmów (łezka w oku :P) już się nie kręci.