29 października 2010

Muzyczna zagadka #60

5 [dodaj komentarz]

Z jakiego filmu pochodzi poniższy utwór? Kto jest jego autorem? Co o nim sądzicie? Kto pierwszy, ten lepszy:

Rozwiązanie poprzedniej zagadki:
Atticus Ross - Panoramic. Utwór pochodzi z filmu "Księga ocalenia" w reżyserii Alberta Hughesa i Allena Hughesa.. Prawidłowej odpowiedzi udzielił milczacy_krytyk.
Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

A w wolnej chwili...
Konkurs na nowy smak Lays cały czas trwa. Wypełnij formularz zgłoszeniowy na www.lays.pl (do 12 listopada 2010) i przekonaj jury do swojego smaku zabawnym zdjęciem, rysunkiem albo tekstem. Ze wszystkich zgłoszeń jury wybierze 4, które następnie zostana wprowadzone do sklepów. A wtedy oceniać je będzie cała Polska! Połfinaliści wygrywają po 10 000zł, natomiast najpopularniejszy smak wygrywa nagrodę główną czyli 50 000zł albo i więcej, nawet 200 000zł!

28 października 2010

Z HISTORIĄ KINA ZA PAN BRAT: Francuski łącznik (1971)

0 [dodaj komentarz]

     Fabuła Francuskiego Łącznika została oparta o autentyczną historię z lat 60 i przedstawia historię nowojorskich policjantów z wydziału narkotykowego, "Popeye’a" Doyle’a (Gene Hackman) i jego partnera Buddy’ego Russo (Roy Schneider). Panowie inwigilują właściciela małego sklepu ze słodyczami sądząc, że jest on powiązany z przemytem narkotyków i może ich zaprowadzić do francuskiego łącznika – gościa, który odpowiada za organizację największych przemytów. 
     Jak widać fabuła nie jest jakoś specjalnie wyszukana, ale dzięki sprawnej narracji trzyma w napięciu i wciąga. Tutaj duża zasługa charyzmatycznego Hackmana, który brutalnie obnaża pracę narkotykowego gliny. Już w pierwszych minutach daje popis swoich nie do końca zgodnych z prawem metod – okładanie pięściami bogu ducha winnego gangstera w stroju świętego mikołaja robi spore wrażenie. I chociaż momentami wydawało mi się, że ten bezlitosny, obfitujący w przemoc i wulgarność, obraz pracy policjantów haczący o obsesję jest ciut przeszarżowany, to i tak film sprawia wrażenie szczerego do bólu. Ale trzeba jasno powiedzieć, że śledztwo prowadzone przez policjantów przykuwa do ekranu nie tylko dlatego, że jest ważne i angażuje, ale również dlatego, że pokazuje ciemną stronę Ameryki lat 70. Jeszcze tak zasyfionych, brudnych, wulgarnych i niebezpiecznych różowych lat 70 nie widziałem. Zdjęcia miasta, tego całego brudu, architektury i stylu mieszkańców po prostu powalają swoim realizmem. Klimat filmu miażdży, jest jedyny w swoim rodzaju, a Nowy York jest tak paskudny, że aż piękny. To po prostu trzeba zobaczyć. A nawet jeżeli Nowy York nie zrobi na kimś wrażenia, to finał śledztwa powinien zrobić ogromne. Przynajmniej na mnie zrobił olbrzymie i do tej pory nie wiem co było bardziej szokujące, kompletnie nieprzewidywalny finał czy napisy końcowe, które zdradziły „co było dalej”.
     Po Francuskiego Łącznika sięgnąłem nie dlatego, że ktoś mi go polecił, nie dlatego, że wchodzi w skład National Film Registry - listy zawierającej tytuły produkcji budujących dziedzictwo kulturowe USA w dziedzinie filmu. Gdzie tam, wystarczyło, że na forum filmwebu przypadkowo znalazłem wątek, w którym ktoś porównał pościg samochodowy z Łącznika do tego najsłynniejszego w Bullicie. Nooo, takie porównanie zobowiązuje i film z miejsca znalazł się na mojej liście ‘must see’ :). Muszę powiedzieć, że gonitwa po ulicach Nowego Yorku to sekwencja naprawdę świetnie nakręcona, ale… nie zrobiła na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak ta z Bullita. Po prostu, pościg w Bullicie podobał mi się bardziej – były fajniejsze autka, było San Francisco, były ciekawsze ujęcia, no i w końcu było znacznie dłużej. Ale wrażenie po obu filmach jest bardzo podobne: szkoda, że w obecnym kinie chaotyczny montaż i zielone ekrany stały się swego rodzaju aktorami, którzy udają zawrotne prędkości i realistyczne kraksy. Starsze filmy są tego pozbawione, przez co zachwycają swoją surowością – jak samochód zapiernicza po zatłoczonej drodze w mieście, to a) czuć, że konkretnie zapiernicza, b) droga naprawdę jest zatłoczona, c) miasto jest prawdziwe. A teraz jak jest? Teraz film dobrze zmontowany, z dobrymi ujęciami to taki, w którym w ogóle cokolwiek widać.
     Wg mnie Francuski Łącznik przegrywa z Bullittem, jeżeli chodzi o pościg, ale demoluje go pod każdym innym względem. Film bardzo dobry – wciągający, trzymający w napięciu, z powalającym klimatem Ameryki sprzed lat. Trzeba zobaczyć.

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::


25 października 2010

Muzyczna zagadka #59

2 [dodaj komentarz]

Z jakiego filmu pochodzi poniższy utwór? Kto jest jego autorem? Co o nim sądzicie? Kto pierwszy, ten lepszy:

Rozwiązanie poprzedniej zagadki:
Clinta Mansell - Memories. Utwór pochodzi z filmu "Moon" w reżyserii Duncana Jonesa. Prawidłowej odpowiedzi udzielił milczacy_krytyk.
Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.


Ci co czytają kino-dvd na pewno już wiedzą, a Ci co nie czytają powinni wiedzieć, że jest konkurs. Konkurs nie byle jaki, bo do wygrania minimum 50tyś zł. Co trzeba zrobić? Wszystkiego dowiesz się z filmu poniżej. Można powiedzieć, że special for kino-dvd Paweł Wilczak face to face mówi co i jak :). Oglądajcie i zgłaszajcie swoje pomysły na http://www.lays.pl/!

22 października 2010

Resident Evil: Afterlife (2010 - kino)

2 [dodaj komentarz]

     W Resident Evil: Afterlife jest jeden kozacki moment, w którym Alice (Milla Jovovich) całkiem ciekawie eliminuje krwiożerczych zombiaków. Nie chodzi o to, że odstrzeliwuje jednego po drugim, ale o bezbłędne wykorzystanie efektu 3d. Wygląda to mniej więcej tak: Alice stoi frontem do widza, w obu dłoniach dzierży strzelby (w grach najczęściej nazywane shotgunem). W pewnym momencie robi się mocne slow motion i Alice rusza w stronę widza wyciągając przed siebie giwery. Pada strzał, jeden, potem drugi, obie kule mkną prosto w oczy widza i już człowiek myśli, że zarobi kulkę gdy w ostatnim momencie wyskakuje dwóch zombiaków. Obie kule, oczywiście dalej w slow motion, rozbryzgują głowy delikwentów zalewając widza flakami. Fajnie! :P



     To jednak zaledwie 1-2 minutowa sekwencja z całego filmu, która rzeczywiście daje rozrywkową satysfakcje. Reszta to już szczeniacki konkret gniot. Oczywiście, wobec takiego tytułu jak Resident Evil, który powinien zakończyć się na znośnej jedynce, trudno oczekiwać czegoś więcej niż efekty specjalne. Fabularnie, co raczej dziwić nikogo nie powinno, Resident jest makabryczny. Widziałem poprzednie części, ale 4 to już chyba mistrzostwo głupoty. Trudno doszukać się tutaj związku przyczynowo skutkowego, a postępowanie głównych bohaterów potrafi zwyczajnie załamać. Jeden z wieeeeluuu przykładów: 3 postacie wędrują sobie ciemnym korytarzem. Dostrzegają drzwi, na których jest wymalowane logo Umbrella Corporation. Od razu się zatrzymują, precyzyjnie wymierzają pukawkami w logo na drzwiach i… stoją. Cisza. Nagle pada zaskakujący tekst: „To pułapka!”. W tym momencie (tego nikt się nie spodziewa)… drzwi same się otwierają. Strach się bać, ale nic się nie dzieje. Nasi bohaterowie, po kilku wzajemnych spojrzeniach „spod oka” wchodzą do ciemnego pomieszczenia. Jak tylko przekraczają próg, drzwi z głuchym trzaskiem zamykają się, a zaskoczeni i przestraszeni bohaterowie krzyczą „Jasna cholera, to pułapka!”.
     Efekty specjalne. Wszystkie zapowiedzi dawały jasno do zrozumienia, że przy produkcji Residenta wykorzystano tą samą technologie 3D co w Avatarze. Oczywiście film Andersona pod względem technicznym nie umywa się do filmu Camerona. Bo czym się zachwycać, skoro nie ma tu niczego ciekawego poza tym jednym momentem opisanym na początku. Fakt, wyłażącego z ekranu 3D jest sporo, ale mnie rzucanie okularkami w widza (czy też innymi przedmiotami) zwyczajnie nie bawi. Efekty komputerowe momentami są fatalne i aż żal na nie patrzeć (zresztą wszystko widać na zwiastunie). W drugiej części Blade’a był motyw z wyłażącym czymś z ust wampirów i tam to wyglądało naprawdę nieźle (zresztą nawet teraz robi wrażenie), natomiast w Residencie pląsające robactwo wyłażące z ust zombiaków to chyba jakiś żart. Animacja dobra do gier, ale nie do filmów kinowych. Rozwalająca jest scena, w której Alice rzuca się na linie z wysokiego budynku. Widać, że ktoś skierował na nią wiatrak (coby włosy na wietrze powiewały), natomiast tło dorobione jest komputerowo. A żeby widz nie miał wątpliwości, że mu się nie przewidziało to jeszcze twórcy ładują w tym masakrycznym momencie slow motion. Właśnie, z reguły slow motion cieszy oczy przeróżnymi detalami albo ciekawymi ujęciami i zawsze żałuje, że twórcy skąpią tego efektu na rzecz szybkiego, chaotycznego montażu. W Residencie wszystkie sceny akcji są w zwolnionym tempie, ale w dużej mierze nie pokazują niczego ciekawego (np. zmarszczone gęby głównych bohaterów na tle spadających kropel wody). Prawdę mówiąc bez tych wszystkich zwolnień film trwałby jakieś 45 minut.



     Z czwartej części Residenta taki sam horror jak ze Zmierzchu. Ba, w Residencie też jest masa scen wyglądających po prostu idiotycznie - panienki biegają z błyszczącymi giwerami, które ledwo są w stanie utrzymać, stroją karykaturalnie groźne miny (z paskudną Jovovich na czele) itp. itd. Relację z filmu zdałem znajomemu, który zapytał wprost: „Stary, po co poszedłeś na to do kina? Przecież każdy zdrowo myślący człowiek powyżej 13 lat wie co to za badziew”. Faktycznie, po poprzednich częściach wiedziałem, że czwórka będzie najgorsza i nawet avatarowskie 3D tu nie pomoże. Cóż, czasami trzeba zobaczyć jakiegoś gniota z krwi i kości :)

::::::::::::::::: 3-/10 :::::::::::::::::

P.S. Przed filmem puszczono zwiastun Paranormal Activity 2. Mało nie zszedłem na zawał.. :)

16 października 2010

#14 SHORT FILMS: Spider

1 [dodaj komentarz]

Director: Nash Edgerton

POPRZEDNIE KRÓTKOMETRAŻÓWKI

11 października 2010

Moon (2009 - kino)

5 [dodaj komentarz]

     Półtora roku po światowej premierze w warszawskiej Kinotece odbyły się jedyne, uroczyste pokazy filmu Moon. Byłem, widziałem i tym co wyczekiwali na premierę kinową, a nie było im dane filmu zobaczyć, z czystym sumieniem mogę powiedzieć nie macie czego żałować. Bynajmniej nie chodzi o film, ale o warunki w jakich przyszło mi go oglądać. Teoretycznie to nie miejsce, ani czas, aby rozpisywać się o warszawskiej Kinotece, ale jak nie tu i teraz to gdzie i kiedy? :)
     Kinoteka nie jest najstarszym kinem w stolicy (2001), choć takie właśnie sprawia wrażenie. Przekraczając próg tegoż magicznego miejsca automatycznie cofamy się w czasie o jakieś 20-30 lat. Trochę śmierdzi, trochę mglisto, do tego 4 kasy oraz 4 kolejki wijące się między sobą niczym węże (do samego końca nie wiadomo, do której kasy trafimy, a tylko w jednej można płacić kartą). Odebrałem bilety i grzecznie zwracam się do całkiem młodej kobietki „na stronie internetowej było napisane, że otrzymam plakat z filmu i jakąś pły…” ale Pani szybko sprowadza mój optymizm do parteru i wchodząc mi w słowo rzecze: „ale nie napisali, że trzeba kupić 3 bilety. Pan kupił 2”. Hmm… kto kupuje 3 bilety? Zachodzę do sali numer 5, która okazuje się niewiele większa od mojego pokoju. Ok., nawet fajnie. 7, albo 8 rzędów po 7 albo 8 siedzeń. Jedne się otwierają, inne nie, niektóre są miękkie, a niektóre.. nie. Oczywiście moje ‘siedzisko’ było tak ciekawie wyprofilowane, że cały czas ześlizgiwałem się… No ale co zrobić, w końcu to kino z klimatem. Nagle światła gasną i zaczynają się reklamy.. bez dźwięku. Pół biedy, w końcu to tylko reklamy. Po chwili reklamy zostają wyłączone, a w sali robi się jasno. Nie mija 15 sekund, jak robi się ciemno, a reklamy idą na nowo… bez dźwięku. Dokładnie 6 razy widziałem tą samą reklamę bez dźwięku, natomiast za 7 razem wyszedł jakiś jegomość i zadał rozbrajające pytanie „dźwięku nie ma, prawda?”. Czekaliśmy z 10min, aż nagle z głośników dobiegł dość charakterystyczny trzask – zupełnie tak, jakby ktoś podłączył wtyczkę. Światło zgasło, dźwięk jest, obraz wcięło :) I znowu dyskoteka. Dopiero za 3 razem udało się usunąć usterkę, ale jak się okazało dźwięk był fatalny (przytłumiony z licznymi trzaskami), a obraz momentami tak niewyraźny, że zacząłem podejrzewać, że może to wersja 3D, tylko obsługa zapomniała wydać okulary. Ale to nie wszystko bowiem, obraz był dość mocno wysunięty za lewy, dolny narożnik wskutek czego np. napisy z nazwiskami ekipy filmowej nie były widoczne… Czego jeszcze nie widziałem, nie wiem :) Poza tym mam wrażenie, że film puszczono jakies 2-3 minuty po jego faktycznym początku… Fajnie, nie? :) Mogę tylko dodać, że po mojej lewej siedziała jakaś młoda dziewczyna, która zajadała się swoimi paznokciami mlaskając tak głośno, jakby zajadała się najlepszym kurczakiem. Natomiast po prawej stronie, jakieś 2 siedzenia dalej, siedziała babeczka, która non stop do siebie rechotała.
     Żałuje. Żałuje, że nie obejrzałem pirata w domu. Miałbym idealną jakość dźwięku i obrazu (HD), byłoby mi wygodnie i nikt nie mlaskałby mi nad uchem. Z drugiej strony w końcu zrozumiałem, skąd biorą się pomysły na filmy typu Piła… :)



    Dla mnie Moon to przede wszystkim muzyka Clinta Mansella. Muzyka, która wg mojej skali jest arcydziełem. Nie wiem jak Mansell to robi, bo prawdę mówiąc większość jego kompozycji filmowych jest do siebie bardzo podobna (np. Moon momentami bardzo przypomina Źródło). Jednak nie można mówić tu o wtórności, o komponowaniu na jedno kopyto (tak jak np. Hans Zimmer), bowiem u Mansella każdy soundtrack to odkrywanie, definicja i w końcu podróż w głąb emocji. Mansell to niezaprzeczalnie jeden z nielicznych przypadków (o ile nie jedyny) kompozytora, który komponuje muzykę idealnie pasującą do filmu, ale również (a może przede wszystkim), muzykę która bez problemu żyje bez filmu. Przy soundtracku z Moon (i nie tylko) można bardzo łatwo się zapomnieć, odlecieć w świat fantazji, poczuć emocje wcale nie łatwe, po prostu można się pozytywnie naćpać, ale i złapać konkretnego doła (resztą podobnie było z soundtrackiem do Źródła). Taką właśnie siłę rażenia ma muzyka Mansella. Muzyka, którą trzeba znać (próbka w poniżej w Muzycznej Zagadce i w trailerze powyżej).
     A czy Moon w reżyserii Duncana Jonesa trzeba znać? Jestem przekonany, że tak, aczkolwiek musze przyznać, że spodziewałem się trochę więcej. Film przedstawia historię astronauty Sama Bell (Sam Rockwell), który w ramach kontraktu z firmą Lunar Industries od 3 lat samotnie przebywa w stacji kosmicznej na Księżycu. Sam nie ma bezpośredniego kontaktu z Ziemią. Raz na jakiś czas otrzymuje jedynie krótkie wiadomości video od swojej ukochanej żony Tess. Gdy misja zbliża się do upragnionego końca, Sam dokonuje szokującego odkrycia. Wszystko wskazuje na to, że oprócz niego i superinteligentnego komputera Gerty'ego (głos – Kelvin Spacey) w stacji przebywa ktoś jeszcze.
     Pierwsza połowa filmu jest wręcz doskonała, bo… tak naprawdę nic się w niej nie dzieje. Jest to bowiem obraz monotonni i samotności na jaką Sam został niejako skazany. Jones pozwala sobie na kilkudziesięciu minutowe scharakteryzowanie uczuć, emocji czyli wszystkiego tego co siedzi w człowieku odciętym od rodziny, od kontaktu z drugim człowiekiem. Główny bohater ma wokół siebie teoretycznie wszystko - technologie, czyli superkomputer z którym może swobodnie rozmawiać, dostęp do multimediów, ogródek z uprawami, siłownie itp. Nic jednak nie jest w stanie odwrócić jego uwagi od tęsknoty za rodziną i od wewnętrznej walki z samym sobą by nie stracić rozumu. Jones niespiesznie wprowadza nas w ten świat i konsekwentnie przytłacza nim. Takie detale jak choćby dźwięk budzika Sama, który podczas filmu słychać kilka razy – ja już po drugim razie miałem ochotę rzucić nim o ścianę  Pojawiają się również śladowe ilości humoru, ale w obliczu takiej nudnej egzystencji stają się najlepszymi dowcipami świata. Doprawdy, Jones odwalił naprawdę kawał dobrej roboty, ale i Sam Rockwell zasługuje na duże brawa. W końcu Moon to praktycznie film jednego aktora i tak naprawdę na nim spoczywała największa odpowiedzialność za wiarygodność filmu. Efekt końcowy jest naprawdę imponujący, choć nieco blednie w obliczu drugiej połowy filmu.
     Ta bowiem jest ciekawa, ale już tak nie zachwyca. Przede wszystkim rozczarowało mnie rozwiązanie całej tajemnicy związanej z nieznajomym. Po tych wszystkich zapowiedziach i recenzjach w których roiło się od różnej maści interpretacji nie spodziewałem się aż tak prostego, w miarę logicznego zakończenia. Korporacyjne przekręty? Chyba liczyłem na coś innego, bardziej niedopowiedzianego. Poza tym, gdy samotnia Sama zostaje zakłócona przez nieznajomego, tempo filmu po kilku minutach mocno siada. Niby wszystko zostaje wywrócone do góry nogami, ale jakoś brakowało mi w tym napięcia, czegoś co przykułoby mnie do ekranu i nie odpuszczało do samego końca. Jest po prostu ciekawie, ale już bez szału. Sytuacje ratuje trochę komputer GERTY, którego do samego końca nie sposób rozgryźć – nie wiadomo po czyjej jest stronie i do czego jest zdolny.



     Moon to bardzo skromny film, co nieznaczny, że niedopracowany. Trudno do czegokolwiek mieć zastrzeżenia, jeżeli chodzi o warstwę audio-wizualną, a fabularnie też daje radę. Przyznaje, spodziewałem się trochę więcej, czuje mały niedosyt, ale i tak to co otrzymałem jak najbardziej kupuje. Polecam zobaczyć, bo jak to już się na necie przyjęło, jest to jeden z ciekawszych filmów SF ostatnich lat. A na pewno z najlepszą muzyką pod słońcem :)

::::::::::::::::: 7+/10 :::::::::::::::::

10 października 2010

#13 SHORT FILMS: Oktapodi

0 [dodaj komentarz]

Film nominowany do Oscara w kategorii Najlepszy krótkometrażowy film animowany 2009

POPRZEDNIE KRÓTKOMETRAŻÓWKI

5 października 2010

Muzyczna zagadka #58

2 [dodaj komentarz]

Z jakiego filmu pochodzi poniższy utwór? Kto jest jego autorem? Co o nim sądzicie? :) Kto pierwszy, ten lepszy:

Rozwiązanie poprzedniej zagadki:
Marius Vries - Roof Jump. Utwór pochodzi z filmu "Kick Ass" w reżyserii Matthew Vaughna. Prawidłowej odpowiedzi udzielił szymalan.
Kliknij tutaj aby przesłuchać wszystkie dotychczasowe zagadki będące listą najciekawszych utworów filmowych.

Aaaaaa przy okazji chciałbym zaprosić wszystkich do udziału w akcji organizowanej przez Frito Lay Poland. Po raz pierwszy w historii konsumenci mają możliwość stworzenia autorskiego smaku chipsów Lay’s. Wymyśl nowy smak, a potem kliknij w baner po prawej stronie i zgłoś swój pomysł. Do zgarnięcia udział w sprzedaży (nagroda główna), ale wystarczy zostać półfinalistą, aby zgarnąć równiutkie 10,000zł :) (smak ogórka małosolnego zaklepany :P)