31 grudnia 2010

ZNALEZIONE W SIECI: Casting Kung-Fu

0 [dodaj komentarz]
Filmik staaarryyyyy jak świat.
Ale co tam - widziałem go z milion razy i zawsze poprawia mi humor :)
Casting do filmu Kung-Fu - I HOPE YOU LIKE PAIN!



Wszystkim czytelnikom kino-dvd życzę, aby nadchodzący rok był pod każdym względem lepszy od mijającego :)

29 grudnia 2010

Saga Zmierzch: Zaćmienie (2010 - kino)

5 [dodaj komentarz]

      Trzeci odcinek z serii “Wampiry i przyjaciele” obejrzałem w kinie. Już nie pamiętam jak dałem się na to namówić (minęło z pół roku), ale do dzisiaj pamiętam, że, o dziwo, podobało mi się. W sumie to dobrze, w końcu da się to oglądać, ale tak z drugiej strony trochę szkoda, bo nie za bardzo jest się z czego ponabijać :).
      O co tym razem chodzi? Cóż, z grubsza o to samo co w poprzednich częściach. Bella dalej kocha się w Edwardzie, Jacob dalej kocha się w Belli i jakoś ten trójkącik się kręci. Ona chce zostać wampirem, Edward jakoś niekoniecznie na ten pomysł się pisze, co Jacob wykorzystuje i oferuje jej miłość, swoją gołą klatę oraz pozostanie człowiekiem. Bella sama już nie wie co ma robić i zupełnie jak w ping pongu uderza raz do jednego, raz do drugiego. W między czasie rudowłosa wampirzyca z pierwszej części zbiera ekipę, aby powrócić i ukatrupić Bellę.



      Zaćmienie jest chyba najbardziej dziurawym fabularnie odcinkiem. Nie żeby Zmierzch i Księżyc w nowiu były jakoś specjalnie sensowne, ale w tym przypadku nielogiczności jest trochę więcej niż u poprzedników. Znaczący mankament to to jednak nie jest, bowiem paradoksalnie tą część ogląda się o wiele lepiej. Głównie dlatego, że mdłe migdalenie, ciągłe patrzenie sobie w oczy, pląsanie po łąkach i inne tego typu bzdety zostały dość mocno okrojone z “czasu antenowego” (w końcu!). Jedynka i dwójka miały to do siebie, że przez 2/3 filmu jedyną akcją były umizgi naiwnej, niepełnoletniej nastki z ponad 100 letnim wampirem (może i z wyglądu młody, ale przecie niejedno w swoim długim życiu zrobił czy też zaliczył - ten typ tak ma) w ciemnym lesie, a dopiero na samym końcu coś się działo. Zaćmienie na szczęście zrywa z tą formułą, w końcu ktoś pomyślał, że to ma być film, a nie poradnik “jak poderwać 15latkę na minę zbitego psa?”. Poza tym, tak na zdrowy rozum - ile można tłuc to, pożal się boże, romansidło? W Zaćmieniu od początku wiadomo, że poza wątkiem miłosnym, nudnawej Belli grozi niebezpieczeństwo i ktoś będzie musiał murem za nią stanąć. Zatem spora część filmu to przygotowania do wielkiej walki w której nie kto inny, jak Edward i Jacob będą musieli się pojednać (w imię miłości do tej samej kobiety - jak to brzmi).
      Przerywników na całuski, przytulanki i trudne do pojęcia rozterki głównych bohaterów jest raczej niewiele, chociaż jak już są to oczywiście z grubej rury. Nie zabraknie zatem momentów w których Edek długo i namiętnie całuje Bellę, by potem zwycięskim wzrokiem “ja tu rządzę” popatrzeć sobie na Jacoba (ten z kolei długo nie pozostaje dłużny i kilka sekund później bierze w ramiona Belle - do gołej klaty of course- tylko po to, aby dać do zrozumienia “1-1 koleś”). I tak co jakiś czas nieludzie bawią się w “kto jest bardziej super, kto bardziej zasługuje na najnudniejszą laskę ostatnich lat” sypiąc różnymi anegdotkami odnośnie życia, przemijania, przyszłości itp..
      Muszę przyznać, że ta część jest, albo lepiej powiedzieć, udaje, że jest bardziej na poważnie (armia wampirów, mobilizacja do obrony, zagrożenie totalną masakrą i takie tam) chociaż więcej tu humoru niż w jedynce i dwójce. Jacob w tym przypadku potrafi od czasu do czasu rzucić dobrym tekstem i rozładować sztuczne napięcie. W ogóle jego postać jest chyba najsympatyczniejsza - nie jest taki sztywny i dystyngowany jak Edek z tą całą swoja wampirzą ferajną. Chyba najlepszym momentem jest scena w namiocie rozstawionym wysoko w górach, kiedy to Jacob chce położyć się przy Bell, aby ją ogrzać. Edward oczywiście się na to nie zgadza, na co Jacob wypala “spójrzmy prawdzie w oczy, jestem bardziej gorętszy od ciebie”. Po ciężkostrawnym poczuciu humoru (lub jego kompletnym braku) w poprzednich częściach taka riposta wydaje się być mistrzostwem świata. Kiedy Edek odpuszcza i półnagi Jacob obejmuje z czułością Bell, a następnie patrząc prosto w oczy Edziowi mówi “ogrzałabyś się szybciej, gdybyś wyskoczyła z ubrania” myślałem, że z miejsca zapiszę się do fanklubu Jacoba :) W końcu w tym nudnym romansidle pojawił się umiar w zamęczaniu widza przesadnie sztucznymi emocjami dzięki czemu da się ten film obejrzeć do końca bez zgrzytania zębami.
      Muzyka, zdjęcia - wg mnie ta część prezentuje się znacznie lepiej od Księżyca w nowiu i prawie na tym samym poziomie co Zmierzch. Zaś pod względem efektów specjalnych i montażu Zaćmienie zdecydowanie wygrywa. Końcówka filmu może nie powala, ale walka wampiry vs. wampiry i komputerowe wilkołaki została nakręcona naprawdę kozacko. Widowisko, skromne ale jednak, było. Nawet pojedynek rudzielca z drętwym Edwardem, szczególnie finał, daje lekkiego kopa.



      Mam wrażenie, że fani tej sagi nie zaliczą Zaćmienia do najlepszego odcinka, natomiast Ci co uwielbiają tę serię w nieco inny sposób, w końcu obejrzą przygody Belli bez tego jakże uroczego wrażenia “zaraz się pochlastam“. Oceniam aż na 6- (wewnętrznie czuje, jakby to była 9 :) Można zobaczyć.

::::::::::::::::: 6-/10 :::::::::::::::::

26 grudnia 2010

Tron: Dziedzictwo (2010 - kino) Pokaz przedpremierowy

3 [dodaj komentarz]

      Sean Flynn ma 27 lat i jest synem Kevina Flynna (Jeff Bridges). Poszukując przyczyny nagłego zniknięcia swojego ojca, zostaje wciągnięty do cyfrowego świata, w którym jego ojciec żył przez ostatnie 25 lat. Wraz z lojalną powierniczką Kevina, Quorą (Olivia Wilde), ojciec i syn wyruszają na wyprawę przez zaawansowany i nadzwyczaj niebezpieczny cybernetyczny wszechświat.



      Nie dalej jak wczoraj obejrzałem sobie Tron z 1982r i trochę się wymęczyłem (nie wspominając już o przysypianiu). Niestety trudno powiedzieć, że czas, w tym przypadku ponad 20 lat, nie zrobił na tej produkcji żadnego wrażenia. Zdaje sobie sprawę, że te kilkadziesiąt lat temu film na pewno powodował opad szczęki, ale kultowym dziełem jednak bym go nie nazwał. Ot ciekawostka SF, która kolorowymi efektami specjalnymi potrafi zamęczyć oczy (przynajmniej moje). Sama historia też mnie jakoś specjalnie nie porwała, chociaż trzeba przyznać, że pomysł na żywe programy w cyberprzestrzeni był całkiem oryginalny. Tak czy inaczej, sięgnąłem po oryginał aby przekonać się “z czym to się je” i czego mogę spodziewać się po kontynuacji. Bo prawdę mówiąc zwiastuny, jakkolwiek będące estetyczno-dizajnerskim wypasem, jakoś niespecjalnie obudziły we mnie przekonanie “must see”. Po obejrzeniu oryginału niewiele się zmieniło, tak więc do kina wybrałem się zupełnie na luzie, aby sobie… popatrzeć.
      Niewątpliwie największą zaletą filmu jest klimat na który składa się kilka elementów.
      Po pierwsze muzyka Daft Punk - po prostu świetna. Chociaż momentami część instrumentalna dość mocno przypominała mi Hansa Zimmera (szczególnie z Incpecji i Mrocznego Rycerza), a części elektronicznej czasami brakowało odpowiedniego kopa (tak aby wgniatało w fotel) to uważam, że obok wspomnianej Incpecji jest to najciekawszy i najbardziej klimatyczny soundtrack jaki w tym roku słyszałem. Dźwięki samej czołówki wywołują dreszcze, ale i w trakcie filmu niektóre dźingle (przypominające muzykę z gier na Atari, Commodore i później Amigi) są tak bezbłędnie wkomponowane, że dostarczają masy audiofilskiej satysfakcji. Muszę przyznać, że nagłośnienie w IMAXie w którym miałem przyjemność oglądać film, przy elektronicznym transie po prostu powala - dźwięk krystalicznie czysty, dobiegający zewsząd, przenikający widza - re_we_la_cja. Poza tym ogólne udźwiękowienie filmu, czyli tak naprawdę czegoś co trudno zdefiniować dźwiękiem (w końcu to sieć komputerowa), stoi na bardzo wysokim poziomie.
      Po drugie - kolorystyka, efekty specjalne i montaż. Skromne kilka minut filmu ma miejsce w świecie realnym ukazanym w 2D (z czego twórcy tłumaczą się na samiutkim początku filmu), reszta dzieje się w biało-niebiesko-czerwonym cyfrowym świecie 3D. Samo 3D nie powala, co może trochę dziwić - przy takim filmie, w którym akcja ma miejsce w cyberprzestrzeni można było pokusić się o coś bardziej… szpanerskiego? Nic z ekranu nie wyłazi, ale i tej ‘wklęsłej' przestrzenności jakoś tak niewiele. Być może wynika to z tego, że film prezentuje się dokładnie tak jak na zwiastunach - nie jest przeładowany kolorystycznie, nie ma zapierających dech w piersiach widoków (no, może ze dwa były), jest praktycznie pozbawiony masy detali, które były np. w Avatarze. W Tronie wszystko przypomina smugi albo szkło - praktycznie wszystkie elementy świata są albo przeźroczyste, albo neonowe w niebieskich lub czerwonych tonacjach. Jednak mimo kiepskiego efektu 3D świat Tronu ma swój urok, a w połączeniu z elektroniczną muzyką… frapuje. Jednak tego, że obraz był za ciemny już nie przepuszczę. Nie rozumiem, jak film przeznaczony pod 3D może być nie przystosowany do tej technologii? Przecież to nie jest pierwsza tego typu produkcja, od dawna wiadomo, że okulary przyciemniają. Przyznacie, można się porządnie wnerwić, zwłaszcza jak człowiek zdejmie okulary i zobaczy jakich znaczących kontrastów nabiera obraz… Wracając do akcji - tej jest całkiem sporo i trzeba przyznać, że robi bardzo pozytywne wrażenie. Dobry montaż, świetne efekty, no i rewelacyjna muzyka - i like it. Szczególnie pierwsze 30 min czyli walki na dyski i wyścigi motorów to sekwencje, które cieszą oczy. Jedyne co mi się średnio podobało to odmłodzony o 30 lat Jeff Bridges (za to bardzo podobały mi się charakteryzację kobiet :) ). Wyglądał jakby wyciągnęli go z filmu Beowulf Roberta Zemeckisa. O ile w animacji podobieństwo do człowieka robiło duże wrażenie (wow, prawie jak człowiek), o tyle w filmie, bądź co bądź, fabularnym taki cyfrowo wymejkapowany delikwent zwyczajnie wyje (ech, no prawie jak człowiek, ale do ideału daleka jeszcze droga). Tak więc w kwestii komputerowego odmładzania Ciekawy przypadek Benjamina Buttona dalej nie ma sobie równych chociaż wypada odnotować, że w filmie Finchera sekwencji z odmłodzonym Bradem Pittem było znacznie mniej.
      Można spokojnie powiedzieć, że audio-wizualna strona filmu jest praktycznie bezbłędna, bardzo klimatyczna i, jakby nie patrzeć, jedyna w swoim rodzaju. Co z resztą? Najłagodniej mówiąc, średnio. Scenariusz filmu infantylny (co było do przewidzenia), dialogi są ubogie (co też można było przewidzieć), postacie płaskie i bezbarwne (co też w sumie było do przewidzenia), ale najgorsze jest to, że podczas seansu… wieje nudą. Fabuła nie wciąga, nie angażuje, brakuje jej lekkości, dynamizmu, dobrej narracji, humoru, po prostu… jest nudna. Wyłączając teledyskowe sekwencje, których na szczęście jest dużo, nic się w tym filmie nie dzieje. Ani relacje ojciec-syn, ani relacje komputer-człowiek, ani ratowanie świata - nic nie zdaje tutaj egzaminu. Nie żebym spodziewał się jakiejś głębi psychologicznej, ale chociaż jakiejś namiastki przygody, odkrywania czegoś nowego. A tu nawet nie ma kogo polubić…



      Cóż, Tron: Dziedzictwo nie powalił mnie, ale i nie rozczarował. Przyzwoita rozrywka, która momentami ociera się o audio-wizualny majstersztyk. Obejrzeć na pewno nie zaszkodzi, a jeżeli brać pod uwagę klimatyczną muzykę i efekty to jest to seans wręcz obowiązkowy. Mam jednak nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł wyprodukowania kontynuacji.

::::::::::::::::: 6+/10 :::::::::::::::::

24 grudnia 2010

19# SHORT FILMS: ToyLife

0 [dodaj komentarz]
Wszystkim czytelnikom kino-dvd życzę Zdrowych i Wesołych Świąt Bożego Narodzenia :)



POPRZEDNIE KRÓTKOMETRAŻÓWKI

21 grudnia 2010

Zanim odejdą wody (2010 - kino)

0 [dodaj komentarz]

      Peter Highman (Robert Downey Jr.) po raz pierwszy ma zostać ojcem - jego żona ma urodzić dziecko już za pięć dni. Peter pragnie towarzyszyć jej podczas porodu, jednak jego plany ulegają diametralnej zmianie, kiedy przypadkiem spotyka początkującego aktora - Ethana Tremblay’ego (Zach Galifianakis). Seria niefortunnych zdarzeń sprawia, że obaj panowie wyruszają w podróż po Stanach do żony Highmana.



      Rzadko chadzam do kina na komedie. Od dawna wychodzę z założenia, że jak już iść do kina, to na coś co wykorzystuje gigantyczny ekran i te kilkanaście głośników wokół widza. Komedie mogę obejrzeć na luzie w domu, gdzie wielkość obrazu i dźwięk przestrzenny nie mają znaczenia. Tak też planowałem obejrzeć Zanim odejdą wody chociaż prawdę mówiąc, byłem dość sceptycznie nastawiony do tej produkcji. Nie przekonywało mnie ani nazwisko reżysera (pomimo udanego Kac Vegas, które, o dziwo, też obejrzałem w kinie), ani udział Roberta Downey Jr., ani tego oszołoma Zacha Galifianakisa. Zwiastun też był raczej średni. Ale po kilku pozytywnych opiniach poszedłem do kina (swoją drogą nic innego ciekawego nie grali) i… nie żałuje.
      Czemu? Ogólnie rzecz ujmując, to już było - Shrek spotyka Osła i mamy zabawny film. Z tą różnicą, że Zanim odejdą wody to, co w komediach ostatnio jest dość rzadko spotykane, naprawdę zabawny film. Rzekłbym nawet kolokwialnie, zajebiście zabawny (choć może brzmi to trochę na wyrost. Ale niech tam). Nim jednak przejdę do meritum, muszę powiedzieć, że lubię filmy, w których bohaterowie podróżują (może dlatego, że sam lubię podróżować, albo raczej, chciałbym podróżować). Nie musi być to komedia, bo np. takie romansidło Jedz, módl się, kochaj (wkrótce coś o tym filmie napiszę) - bardzo fajny film. Komedio-dramat Mała Miss - film w moim odczuciu średni (chociaż wielu się nim zachwyca), ale sam motyw podróży bardzo fajny. Kino akcji, proszę bardzo: Księga Ocalenia albo Droga - tyż fajne. Albo Wszystko za życie - chyba lider w moich filmowych podróżach. Generalnie zmierzam do tego, że Zanim odejdą wody pod względem podróży też daje radę. “Ju es ej” to ładny kraj i jest na co popatrzeć, a panowie są ciągle w ruchu, choć sporo na ich drodze przystanków, sporo też atrakcji i niespodzianek. Chociaż motyw z Wielkim Kanionem, jakkolwiek pięknie uchwycony, był chyba lekko przesadzony (na pewno ten punkt widokowy nie jest ot tak dostępny dla każdego).
      Humor - jak już powiedziałem, jest. Przede wszystkim występuje w mojej ulubionej formie, czyli dialogach. Tu szacun dla Osła, czyli Zacha Galifianakisa, który często i gęsto ripostuje, sypie głupimi acz trafnymi odzywkami, a nader często pieprzy na luzie takie głupoty, że trudno się z tego nie śmiać. Shrek, czyli Downey Jr, jak to Shrek próbuje wytrzymać towarzystwo Osła, więc zabawia widza przechodząc z fazy białej gorączki do czerwonej (co daje efekt głupich pomysłów jak np. terenówka i Osioł na pace - mało nie padłem ze śmiechu). Ale trzeba podkreślić, że Osioł bywa zabawny, ale bywa też obrzydliwie zabawny. Tak jest, obleśnego, ciężkiego humoru jest całkiem sporo, ale na szczęście jeszcze w granicach jakiejś tam przyzwoitości (chociaż jak sobie przypomnę moment zabawiania się w samochodzie to nie wiem czy tą przyzwoitością nie strzelam sobie kulą w nogę :P). Tak czy inaczej, jazdy po bandzie, tej w dialogach i tej sytuacyjnej, w filmie Todda Phillipsa nie brakuje i jest to zdecydowanie to czego brakowało w Kac Vegas.



      Reasumując, duet Downey Jr - Galifianakis wyszedł zacny i zabawny, i warto zobaczyć tych dwóch panów w akcji. Poza tym, żeby mieć się od czego odchamiać trza się trochę schamić, a Zanim odejdą wody nadaje się do tego doskonale. Schamia jeszcze na poziomie, czyli bez niepotrzebnych wulgaryzmów, obrzydliwości i gołych cycków… chociaż tego nigdy za wiele :P. Good stuff, polecam.

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::

18 grudnia 2010

Zaplątani (2010 - kino)

5 [dodaj komentarz]

       Flynn, uroczy awanturnik ścigany przez rozbójników, znajduje schronienie w opuszczonej wieży. Spotyka tam piękną i pełną temperamentu Roszpunkę, dziewczynę, której złote włosy mają magiczną moc. Żyjąca na odludziu księżniczka marzy, by poznać świat i przeżyć coś ekscytującego. Czarujący łotrzyk Flynn staje się jej przepustką do wolności.



       Zapomnijcie o Pixarze - w Zaplątanych nikt nie naucza, nie poucza, i nie zmusza na każdym kroku do głębszych refleksji nad życiem. Zapomnijcie o DreamWorks - w Zaplątanych nie ma humoru na siłę, nie ma przesadnych nawiązań dla klasyków kina wymagających od widza znajomości nie wiadomo jakich filmów. Zaplątani to zwyczajnie… 100% Disney’a. Prosta, wzruszająca, romantyczna, ale przede wszystkim zabawna (a raczej odjazdowa) przygoda.
       Co prawda pierwsze 5 minut musiałem przebrnąć trochę na siłę i nawet przez krótką chwilę zastanawiałem się czy aby na pewno dotrwam do końca. Chodzi, o to, że przygoda zaczyna się jak sentymentalno-miłosny musical. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie melodyjnie wyśpiewywanie banałów o tęsknocie i miłości w stylu mdłej Beaty Kozidrak (dziwne skojarzenie, prawda?) oraz pląsanie bohaterów po ekranie. Disney swego czasu był liderem w tego typu musicalach (w zasadzie jest nadal), ale przez chwilę czułem się za stary na tego typu bajeczki. Jednak później, proszę ja Was, później popłynąłem całkowicie.
       Zaplatani, jak nietrudno się domyśleć, to opowieść o miłości, marzeniach oraz odwiecznej walki dobra ze złem. Siłą tej animacji jest przede wszystkim doskonały humor. Mamy tu zbuntowaną Roszpunkę, księżniczkę o gołębim sercu, która ma poważne zakusy na mistrza ciętej riposty (nie mylić z pyskowaniem, nie u Disney’a) oraz Flynna - człowieka w głębi duszy dobrego, ale na zewnątrz złodziejaszka i wygadanego babiarza od siedmiu boleści. Trudno tej pary nie polubić - Flynn rozbraja nieudolnymi umiejętnościami czarowania płci pięknej, Roszpunka z kolei niewiele z zalotów kuma, przez co ich dialogi potrafią rozbawić do łez. Oprócz głównych bohaterów jest jeszcze mały kameleon Pascal oraz biały koń Maximus, postacie które na szczęście porozumiewają się tylko i wyłącznie gestami i mimiką. Koń jest w tym przypadku absolutnym mistrzem - takie skrzyżowanie terminatora i zebry z Madagaskaru, którego perfekcyjnie wykalkulowane wyczyny rozłożą każdego. Trudno powiedzieć, która para jest bardziej śmieszna, bo tak naprawdę w Zaplątanych nie ma lepszych i gorszych - nikt nie powie, że postacie drugoplanowe znowu uratowały film. Najważniejsze, że Zaplątani to animacja całkowicie wolna od ciężkiego, dwuznacznego humoru. Fakt, w dialogach pojawiają się słowa z języka potocznego, jednak nie ma tu ani jednego żartu bardziej dla dorosłego, albo bardziej dla dziecka. Przyjęło się, że animacja powinna być uniwersalna, dla każdego, i animacja Disney’a taka właśnie jest, choć jest to zupełnie inny uniwersalizm od tego jaki znamy z konkurencyjnych filmów.
       Poza tym w Zaplątanych jest mnóstwo widowiskowej akcji. Pościgi, walki, ucieczki - cały czas coś dzieje. Wszystko w bajkowej, czyli przesadnie kolorowej (jak to u Disney’a) oprawie graficznej. Animacja oczywiście perfekcyjna i trochę żałuje, że film obejrzałem w 2D bo było kilka momentów, które w 3D mogły robić wrażenie (np. klimatyczny tzn. romantyczny moment z lampionami). Również muzyka świetnie komponuje się z obrazem, szczególnie wstawki śpiewane. Muszę przyznać, że nie przepadam za musicalami, ale piosenki w Zaplątanych zupełnie nie przeszkadzają. Melodie i refreny łatwo wpadają w ucho, słowa są proste, a wykonanie naprawdę na wysokim poziomie. Tu warto wspomnieć o dubbingu - zaskakująco bardzo dobry (jeden z lepszych jakie słyszałem)



       Reasumując, Disney przypomniał się w znakomitym stylu. Wyszedłem kina w tak dobrym nastroju, że nawet mróz i zawieje śnieżne nie robiły na mnie wrażenia. Ba, nawet jęczące i pałętające się między rzędami dzieci jakoś nie przeszkadzały mi w oglądaniu filmu (zwykle doprowadzają mnie do pasji). Może dlatego, że sam poczułem się jak dzieciak sprzed lat, który po tygodniowym wyczekiwaniu na niedzielną wieczorynkę w końcu mógł obejrzeć cokolwiek co zaczynało się od migoczących gwiazd nad zamkiem. Zaplątani przywołują wspomnienia (chyba każdy w niedzielę o godz 19 oglądał bajki) bo to prawdziwa klasyka Disney’a w nowoczesnym, ale nie przeładowanym fajerwerkami opakowaniu. Szczerze polecam, świetna animacja.

::::::::::::::::: 8+/10 :::::::::::::::::

14 grudnia 2010

#18 SHORT FILMS: The Light of Life

0 [dodaj komentarz]


Director : Daihei Shibata
Piano : Naomi Yaguchi
Music : Debussy "clair de lune"

POPRZEDNIE KRÓTKOMETRAŻÓWKI

13 grudnia 2010

Incepcja w App Store

1 [dodaj komentarz]

     Od niedawna każdy posiadacz iPoda, iPhone'a, iPada może za darmo na swoje urządzenie ściągnąć aplikacje nawiązującą do filmu Nolana. Prawdę mówiąc trudno jednoznacznie powiedzieć czy to bardziej gra czy aplikacja, nie mniej dla fanów filmu pozycja obowiązkowa. Dlaczego? Aplikacja daje możliwość, i tu proszę o uwagę, śnić na jawie. Ciekawe, prawda? :) 
     Jak to działa - najprościej rzecz ujmując zakładamy słuchawki, odpalamy aplikację i śnimy. Program generuje ogromną ilość mrocznych dźwięków - od łatwo przyswajalnych (np. deszcz, wiatr), przez różne dziwne szumy, stuki, huki, po najciekawsze czyli dudnienia, bicie serca, przejeżdżający pociąg czy w końcu muzykę z filmu. Wszystko to tworzy niesamowity klimat - wystarczy zamknąć oczy aby po chwili poczuć grozę, akcję, ogólnie jakiś taki inny wymiar bycia w rzeczywistości. Najlepsze jest jednak to, że program analizuje wszystkie dźwięki z zewnątrz i przerabia je na senne odpowiedniki. Np. teraz jak pisze ten tekst to dźwięk wciskanych przeze mnie przycisków słyszę tak, jakby... gdzieś daleko po prawej stronie z echem. Jeśli powiem coś do mikrofonu to za kilka sekund słyszę to samo, ale tak jakby ktoś siedział mi w głowie (głos oczywiście zostaje przerobiony, normalnie nie poznałbym, ze to ja :) ).
     Program zawiera sny podzielone na kategorie - sen spokojny przeznaczony do wyciszonych pomieszczeń, sen wypełniony akcją przeznaczony na wypady na miasto i inne (jest nawet sen, który można wyśnić będąc tylko i wyłącznie w Afryce - słabo?).
     Co tu dużo gadać, efekty powalają i wciągają jednocześnie. Po kilkunastu minutach słuchania spontanicznie wyszeptałem sobie "now you die" (wiem, deczko mnie poniosło). Aplikacja przerobiła to na szept jak z jakiegoś horroru, a potem przez kilkanaście sekund moje słowa dosłownie krążyły wokół mnie.. Brrr... :) Inny przypadek - siedzę sobie w fotelu, oczy zamknięte i wsłuchuje się w generowane przez aplikacje otoczenie. Nagle słyszę dziwny dźwięk, jakby coś wielkiego się do mnie zbliżało. Chwilę później dźwięk zamienia się w echo męskiego głosu przypominającego jęczącego, psychicznie chorego pacjenta na haju, zamkniętego w prawie szczelnym pomieszczeniu (takie pierwsze skojarzenie :P nie wiem jak to opisać). Słyszę "maaaaaszzzzz piiięęćć minuuuuut". Okazało się, że tym psycholem jest mój ojciec :). W ogóle go nie słyszałem (bo aplikacja zagłuszała), dopiero po kilku sekundach doszło to do mnie w takiej formie jak opisałem powyżej. Wierzcie mi, niby nic, ale poczułem się tak jakby zadzwoniła do mnie Alma z The Ring i powiedziała "siedem dni" :P
     Program wart uwagi. Chyba jedyny taki, który opiera się tylko i wyłącznie na dźwięku i wyobraźni słuchacza. Polecam, wkręca :)

Link do programu: Incepcja w App Store




11 grudnia 2010

SERIALE: Zagubieni - sezon 2

3 [dodaj komentarz]

      O co w tym serialu chodzi? Nie wiem. Po obejrzeniu drugiego sezonu mam coraz większe wrażenie, że twórcy lecą sobie w kulki z widzem i raczej nie zdradzą prawdy o tym kto, po co i dlaczego. Każdy odcinek to kolejne dziwne wydarzenia i pytania bez słowa jakiegokolwiek wyjaśnienia. Fakt, to wkręca, to intryguje, ale niestety powoli zaczyna irytować. Bohaterowie biegają po wyspie to w jedną, to w drugą stronę, znajdują kolejne bunkry, a nawet znajdują kasetę video z instrukcją tajemniczego projektu Dharma. Człowiek jest już happy, w końcu się czegoś dowie, ale w następnym odcinku znajduje się kolejna kaseta, która wyklucza tą pierwszą. I znowu człowiek jest w przysłowiowej czarnej dupie. Nowy bohater Desmond - z jego postacią wiązałem największe nadzieje, w końcu był na wyspie przed rozbitkami. Niestety, pojawia się na początku by zniknąć i wrócić w ostatnich odcinkach. O dziwo, twórcy poświęcili mu cały odcinek, retrospekcja z jego życia sięgała wydarzeń jeszcze na długo przed przybyciem na wyspę i co? Nic, cały epizod jest tak nakręcony, że ogląda się go z zapartym tchem by potem na spokojnie dojść do wniosku, że nic z niego nie wynika, za to stawia kolejne pytania. Tych pytań jest już tak dużo, że wydaje się być niemożliwym, aby twórcy na wszystko mieli logiczne wytłumaczenie. Natomiast finałowy odcinek to już kompletny kosmos. Wielki rozbłysk, motyw z żoną Desmonta - o co kurna tu chodzi, no pytam się?! :) Po drugim sezonie jestem głupszy, niż po pierwszym. Najgorsze jednak jest to, że człowiek chce więcej… :)
      Bo twórcom nie można odmówić budowania napięcia, wciągających wątków, a przede wszystkim manipulacji. Mogliby jednak uchylić rąbka tajemnicy zamiast ciągle wodzić widza za nos i męczyć kolejnymi pytaniami. Szczególnie, że w tym sezonie jest kilka odcinków ewidentnie robiących za tzw. wypełniacze które kompletnie nic nie wnoszą do intrygi. A przecież poza główną osią fabularną jest kilka rzeczy z pierwszego sezonu - co się stało z tym czymś ryczącym w dżungli co łamało drzewa? Co to było? Gdzie się to podziało? W drugim sezonie nie ma o tym słowa, a przecież trudno zapomnieć o czymś co rozszarpuje ludzi na strzępy. Co z miśkami polarnymi? Wcięło. Na szczęście serial dalej obfituje w sporą ilość ciekawych retrospekcji zdradzających tajemnice głównych bohaterów. Ciekawe, że wszystkich bohaterów coś łączy - wpadli na siebie, mieli tych samych znajomych, mieszkali obok siebie… Mam nadzieję, że to też zostanie wyjaśnione...
      Po obejrzeniu drugiego sezonu jestem nieco rozdrażniony brakiem jakichkolwiek wyjaśnień (ostatni odcinek rozwalił mnie kompletnie), ale z drugiej strony ciekawość nie ustępuje i na dniach biorę się za trzeci sezon. Mam nadzieję, że skończy się eksperymentowanie z widzem, a zacznie się jakaś fabularnie wciągająca przygoda (chcę choć trochę dowiedzieć się co to za wyspa, co to za projekt Dharma i kim są Inni).

::::::::::::::::: 7+/10 :::::::::::::::::


10 grudnia 2010

#17 SHORT FILMS: Agent Provocateur - Love Me Tender

1 [dodaj komentarz]
Niebawem (kwestia kilku dni) zadebiutuje oczekiwany przez fanów zwiastun trzeciej części Transformersów. Ale już teraz można obejrzeć krótki film, który raczej spokojnie można potraktować jako tzw. charakter trailer czyli zajawkę skupiającą się na jednej postaci, a tak naprawdę aktorze, w tym przypadku "aktorce"/modelce Rosie Huntington-Whiteley. Jak się okazuje, następczyni Megan Fox, często nazywana krzyżówką Jokera i Dżoany Krupy, też ma swoje talenty, którymi na pewno zabłyśnie. Na wszelki wypadek: 18+ :)



Written and Directed by www.GregWilliams.com

POPRZEDNIE KRÓTKOMETRAŻÓWKI

5 grudnia 2010

Dla niej wszystko (2010 - kino)

4 [dodaj komentarz]

     Lara Brennan (Russell Crowe) i John Brennan (Elizabeth Banks) oraz ich synek Luke tworzą rodzinę doskonałą. Wszystko układa się jak w prawdziwym american dream do momentu niespodziewanego oskarżenia Lary o morderstwo. John robi co może aby oczyścić imię żony, składa apelacje, ale w świetle dowodów wina jest bezdyskusyjna i Lara ostatecznie zostaje skazana. John postanawia za wszelką cenę wyciągnąć ukochaną z więzienia.



      O filmie Paula Haggisa dowiedziałem się zaledwie kilka minut przed seansem. Stojąc w kolejce do kasy po bilety na HP zauważyłem plakat, na którym było napisane "Dla niej wszystko - film twórcy Miasta Gniewu”. Nawiązanie do filmu, który bardzo sobie cenie przykuło moją uwagę na tyle, aby przypomnieć sobie, że Haggis poza Miastem Gniewu ma na swoim koncie kilka innych znanych i udanych tytułów (jako scenarzysta), m.in. Za wszelką cenę, 007 Casino Royale, 007 Quantum of Solace, Oszukana. Może nie jest to jakoś szczególnie imponujący dorobek, ale wystarczający, aby wyjść z założenia, że Dla niej wszystko złym filmem być nie może. I nie jest (a na HP przyjdzie jeszcze czas).
     Po obejrzeniu trailera można odnieść wrażenie, że po raz kolejny mamy do czynienia z pędzącym kinem akcji. Jednak w filme Haggisa akcji nie ma prawie w ogóle, za to leniwego dramatu z domieszką thrillera znajdzie się sporo. Cała akcja koncentruje się na Johnie, który po niespodziewanej utracie żony zabiera się za wyciągnięcie jej z więzienia. Po licznych tego typu filmach, organizowanie takiej ucieczki nie robi na nikim wrażenia, ale w filmie Haggisa ów pomysł wydaje się być przynajmniej szalony. Dlaczego? Wszystko przez to, że John nie jest byłym agentem CIA, nie ma wytatuowanego na sobie planu więzienia, nie wygrał w totka, jest… zwyczajny. Człowiek, który mieszka na przedmieściach, jeździ ekologiczną Toyotą Prius i wykłada na uniwerku. Na szczęście Haggis umiejętnie unika podkoloryzowanego schematu “from zero to hero” - jego bohater popełnia masę błędów, jest wyniszczony psychicznie, a niektóre etapy przygotowań przerastają go i musi obierać inną ścieżkę do celu. Powiedzieć, że Dla niej wszystko jest dramatem psychologicznym byłoby lekkim nadużyciem, ale to właśnie psychika, rozterki, emocje Johna są na pierwszym planie. Haggis od początku do końca skupia się przede wszystkim na tym co siedzi w głowie normalnego człowieka, któremu w świetle prawa rozbito rodzinę, i co się w nim budzi gdy zaczyna być świadom swojej bezsilności. Samego procesu planowania ucieczki tak naprawdę nie ma prawie w ogóle, chociaż jestem pewien, że gro widzów po obejrzeniu filmu pierwsze co zrobi to odpali youtube’a i sprawdzi motyw z piłką tenisową i wytrychem. Nie mniej, to co pokazuje Haggis i tak służy tylko i wyłącznie temu, aby pokazać jak John walczy z samym sobą by w imię miłości przejść na ciemną stronę mocy. Trzeba przyznać, że jego determinacja oraz głębokie przekonanie o niewinności żony poraża. Szczególnie, że Haggis do samego końca nie daje żadnego powodu aby myśleć, że Lara rzeczywiście jest niewinna.
     Od strony technicznej film prezentuje się doskonale. Trzyma w napięciu nie tylko w świetnie zmontowanej końcówce (w tym momencie akcja naprawdę pędzi jak szalona), ale również przez większą część filmu, w której nic się nie dzieje. Muzyka Moby’ego (muzyczna zagadka #61), a przede wszystkim Dannego Elfmana odbiegająca trochę od jego stylu stoi na wysokim poziome i bardzo dobrze współgra z akcją. Aktorsko również bezbłędnie - Russel Crowe to klasa sama w sobie, chociaż trudno uniknąć skojarzeń z jego poprzednimi filmami (cały czas miałem wrażenie, że John z Dla niej wszystko to John z Pięknego umysłu). W każdym razie momenty zawahania, tęsknoty czy strachu (scena z kluczem w więzieniu mało nie przyprawiła mnie o zawał) są bardzo wiarygodnie i nie sposób być obojętnym na to co John robi. 



     Wady? Czuć, że film trwa ponad dwie godziny. Z jednej strony tak długi czas pozwala zżyć się z głównym bohaterem i przejmować jego losem, z drugiej strony wyszedłem z kina po prostu zmęczony (chociaż nie potrafię powiedzieć, w którym momencie odczułem dłużyzny). Również zakończenie filmu pozostawia wiele do życzenia. Zbyt ckliwe, zbyt oczywiste, takie do bólu hollywoodzkie. Wg mnie ostatnia retrospekcja była fatalnie przemyślana - pojawia się 'nie wiadomo skąd' i ot tak, bez zbędnych ceregieli wyłuszcza całą prawdę. A można było pozostawić jakieś pole do domysłów. Kolejna rzecz - po powrocie do domu doczytałem się, że Dla niej wszystko to zwyczajna kalka francuskiego filmu Pour Elle. Co ciekawe, wersja amerykańska została nazwana Next Three Days, nasz dystrybutor wypuścił film pod tytułem Dla niej wszystko co jest bezpośrednim tłumaczeniem Pour Elle :). Cóż, prawda jest taka, że gdybym nie obejrzał Dla niej wszystko to pewnie nigdy nie usłyszałbym o francuskim oryginalne. Jednak niesmak (przynajmniej dla mnie) po obejrzeniu zwykłej kopii pozostaje. Nawiasem mówiąc, niedługo prawdziwym rarytasem będzie możliwość zobaczenia filmu, który nie jest przeróbką kina francuskiego, hiszpańskiego czy japońskiego. Nie mniej, Dla niej wszystko pomimo swoich wad to konkret w swoim gatunku, który warto zobaczyć.

::::::::::::::::: 7+/10 :::::::::::::::::

1 grudnia 2010

#16 SHORT FILMS: Your Lucky Day

0 [dodaj komentarz]


Director+writer: Dan Brown

POPRZEDNIE KRÓTKOMETRAŻÓWKI