22 stycznia 2011

Jak się pozbyć cellulitu - KONKURS

3 [dodaj komentarz]


UPDATE: Konkurs zakończony. Zwycięzcy otrzymają maila jutro późnym wieczorem.

Drodzy czytelnicy kino-dvd!
Wraz z Klubem Filmowym Orange zapraszam Was do wzięcia udziału w konkursie, a tak naprawdę w dwóch konkursach, w których do wygrania są:
- podwójne wejściówki na przedpremierowe pokazy "Jak się pozbyć cellulitu" Andrzeja Saramonowicza ("Testosteron", "Ciało")
- gadżety związane z filmem*.

Przedpremierowe pokazy odbędą się 2 lutego o godz 20:30 w następujących kinach:
Warszawa: Cinema City Sadyba
Poznań: Cinema City Kinepolis
Kraków: Cinema City Bonarka

Aby zdobyć wejściówki należy odpowiedzieć na przesadnie trudne pytanie:
Którego filmu NIE wyreżyserował Andrzej Saramonowicz:
a. Jak się pozbyć cellulitu?
b. Ciało
c: Weekend

Odpowiedź wysyłajcie na adres kino-dvd@go2.pl. W temacie maila wpisujcie "konkurs", natomiast w treści maila wpiszcie odpowiedź, swoje imię i nazwisko oraz miasto (Warszawa, Poznań, Kraków), w którym chcielibyście obejrzeć film.

Odpowiedzi można wysyłać do wtorku (25 stycznia 2011) do godz 22:00. Ze zwycięzcami skontaktuje się (mailowo) jeszcze tego samego wieczora (wieczoru?) lub w dniu następnym. Szanse na wygraną są jak zwykle bardzo duże :)

*Aby zdobyć filmowe gadżety trzeba najpierw polubić kino-dvd :) Drugi konkurs ruszy jutro po południu na fanpejdżu kino-dvd, czyli na facebooku. Wystarczy kliknąć w "Lubię to" po prawej stronie, a potem wziąć udział w konkursie :)

Powodzenia :)

20 stycznia 2011

Turysta (2010 - kino)

5 [dodaj komentarz]

     Angelina Jolie i Johny Depp - że też nikt wcześniej nie wpadł na to, aby połączyć ich na ekranie. Nie wiem co lepsze - to, że w końcu mogę jednocześnie oglądać film i głośno, bezczelnie, seksistowsko zachwycać się Angeliną bez narażania się na uszczerbek na zdrowiu, czy to, że w końcu nie muszę udawać, że jakiś tam Depp czy inny goguś w ogóle mnie obchodzi :P W końcu każdy ma coś dla siebie.
     Turysta zapowiadał się całkiem nieźle. Trendy obsada, całkiem dobre trailery (młodzieżowe - głównie za sprawą muzyki od MUSE) rokowały lekką, przyjemną mieszankę sensacji i trzymającego w napięciu thrillera. Zresztą Hollywood, co by nie powiedzieć, z reguły wykręca przyzwoite kalki bardzo dobrego kina europejskiego, więc dlaczego w tym przypadku miałoby być inaczej. Tak, Turysta to kolejna (niestety) hollywoodzka kopia francuskiego dramatu (Anthony Zimmer w reżyserii Jérôme Salle - film z 2005 roku) którego oczywiście nie miałem przyjemności obejrzeć. Ale spokojnie mogę się założyć, że jest lepszy od hollywoodzkiej wersji. Why? Nie chce mi się wierzyć, że francuzi, ze swoim drygiem do dramatów i sensacji, nakręcili miłosną bajkę, której niewiele brakuje do infantylnego Zmierzchu. Reżyser Turysty, Florian Henckel von Donnersmarck, chyba sam nie wiedział w jakim gatunku chce nakręcić swoją wersję.



     Najgorzej wypada tu cały romans, czyli jeden z najistotniejszych elementów całej intrygi. Zero (ZERO!) chemii. Obsada, że hej, a cały flirt sprowadza się do patrzenia sobie w maślane oczy i komunikowania się półsłówkami lub głupawymi odzywkami. Ona, diva, w każdym momencie nieskazitelnie piękna i seksowna, zwłaszcza w scenach akcji. Notorycznie bryluje ostrym, wyzywającym makijażem, nabrzmiałymi ustami upaćkanymi oczojebną szminką, i tym swoim piekielnie rozbrajającym wzrokiem oraz uśmiechem. Słowem, Angelina Jolie w roli, w jakiej każdy facet chce ją oglądać (co z tego że sztywna, zimna i że powoli zaczyna przypominać Gnijącą Pannę Młodą :P ma to coś!). On natomiast myszka - ładny, skromny, grzeczny, z błyskiem w oku, skrywający swoje tajemnicze oblicze w rozpuszczonych włosach. Pierdoła jakich mało (oczywiście w tym pozytywnym sensie), więc bywa zabawny i szarmancko rozbrajający. Słowem, Johny Depp jakiego kobiety chciałyby mieć na własność. Aktorzy grają swoje przesadnie wyidealizowane wizerunki, ale romansu z tego nie ma żadnego. Wszystkie momenty, w których powinna być chemia (szczególnie pierwsza noc w hotelu) wydają się być nienaturalne i wymuszone. Najgorsze jest jednak to, że po kilkunastu minutach seansu człowiek ma wrażenie, że film zamienia się w wybieg dla przesadnie odpicowanych gwiazd Hollywoodu. Coś tu jest ostro nie halo.
     Boli mnie też to, że przy takim romansie marnuje się muzyka jednego z moich ulubionych kompozytorów, Jamesa Newtona Howarda. Ładne utwory skomponował - melodyjne, romantyczne, zupełnie jak do filmów sprzed kilkudziesięciu lat. Kiedyś jak na ekranie dochodziło do pocałunku (jakie ładne słowo) to w tle rozbrzmiewała charakterystyczna, podniosła muzyka. W Turyście jest podobnie z ta różnicą, że bajkowe kompozycje rozbrzmiewają prawie cały czas (co na dłuższą metę drażni bo bohaterowie ciągle się lampią - albo na siebie, albo na widok za oknem), a te takie podniosłe wstawki pojawiają się przy byle okazji - a to on na nią spojrzy, a to ona zamknie za sobą drzwi.. Masakra.
     Ogólnie nie mam nic przeciwko filmom do pooglądania, ale w Turyście nie ma niczego co mogłoby chociażby zaciekawić (o “chwyceniu za serce” nawet nie wspominam). Po zwiastunach spodziewałem się, że będzie to dynamiczne kino, które momentami zaserwuje trochę emocji, a to ani thriller, ani sensacja, komedia i romans też nie za bardzo... Takie nie wiadomo co. Przewidywalna, schematyczna do bólu fabuła (znowu ruskie jako Ci źli), oraz momentami okrutnie ślamazarne tempo. Prawdziwa męka to pierwsze 30min podczas których kilka razy pytałem sam siebie “kiedy zacznie się coś dziać?”. A czyż nie powinno być tak, że najpierw przysłowiowe trzęsienie ziemi, a potem już tylko zawał serca? W tym przypadku można co najwyżej rozboleć szczęka od regularnego ziewania, bowiem poza zwiedzaniem malowniczej Wenecji, właściwie nic się nie dzieje. A przepraszam - jest jeden moment, w którym człowiek budzi się z marazmu. MUSE na napisach końcowych J



     Rodzinny wypad na z pozoru nieszkodliwy film okazał się… bardzo udany. Łatwiej bowiem wspólnie (i do tego wyjątkowo zgodnie!) narzekać i marudzić, aniżeli powtarzać na okrągło “dobry film, podobało mi się” :P. Zatem Turysta dostarczył niewiele rozrywki, ale za to sporo jałowej dyskusji na resztę wieczoru, którą moja mamuśka skwitowała następująco: Angelina Jolie fajna. Szkoda tylko, że film do dupy :)

::::::::::::::::: 4/10 :::::::::::::::::

16 stycznia 2011

Pogrzebany (2010 - kino)

2 [dodaj komentarz]

     99% recenzji Pogrzebanego zaczyna się tak samo i… ja nie będę wyjątkiem :) Bo prawda jest taka, że niespecjalnie byłem zainteresowany tym filmem. Raz przez przypadek obejrzałem niezły zwiastun, ale jakoś trudno było mi uwierzyć w to, że przez 1,5 godziny dane mi będzie obserwować człowieka z telefonem komórkowym w zakopanej gdzieś trumnie. W takich produkcjach, dodajmy współczesnych, normalne są retrospekcje, marzenia, sny, halucynacje i inne mniej lub bardziej dziwne zabiegi pozwalające wyjść kamerze “na zewnątrz” (np. Moon). Z reguły grozi to zmarnowanym pomysłem (miało być oryginalnie, wyszło normalnie), a w najgorszym wypadku sentymentalno-refleksyjnym bełkotem. Tak też prognozowałem w odniesieniu do Pogrzebanego, co automatycznie przestawiło jego notowania z “muszę obejrzeć” na “kiedyś przy okazji obejrzę”. Jednak gdy dowiedziałem się, że Pogrzebany to naprawdę historia jednego bohatera zamkniętego w trumnie zakopanej nie wiadomo gdzie, pomyślałem, że grzechem byłoby nie zobaczyć tego filmowego eksperymentu.



     Rzeczywiście, akcja filmu koncentruje się na człowieku zamkniętym w zakopanej trumnie, który mając do dyspozycji telefon komórkowy, próbuje zadzwonić “do kogo trzeba” i uzyskać pomoc. Zatem sprawa wydaje się dość prosta - pracodawca, policja, czy w końcu rodzina, ktoś przecież musi zareagować. Jednak reżyser Rodrigo Cortés nie ma litości, i cały czas rzuca swojemu bohaterowi kłody pod nogi w postaci teleinformatycznej codzienności. Ciągłe oczekiwanie na połączenie i wsłuchiwanie się w przeróżne kojące nerwy melodyjki, spychologia i biurokracja, sztuczny proceduralny profesjonalizm zamiast zwykłej chęci pomocy, czy w końcu takie bzdety jak gubienie zasięgu w najmniej odpowiednim momencie. Cortés wypluwa z siebie wszystko co wiążę się z efektem “błękitnej linii”, i chociaż momentami balansuje na granicy przesady, to trzeba powiedzieć jedno: fucking truth. Oczywiście Pogrzebany nie jest analizą bezmyślnej obsługi klienta, ale dzięki prostym nawiązaniom do codzienności nie ma problemu, aby zżyć się bohaterem i kibicować mu w uratowaniu własnej skóry. Poza tym w szerszym kontekście pytania nasuwają się same: co może jeden człowiek? Kogo obchodzi ta jedna, szara, nie rzucająca się w oczy jednostka społeczeństwa? Jaką wartość tak naprawdę ma ludzkie życie dla innego człowieka? Cortés nie tylko pyta, ale bez wahania odpowiada i niestety trudno się z nim nie zgodzić.
     Film trzyma w napięciu, aczkolwiek przez pierwszą połowę nie za bardzo w to wszystko wierzyłem. Chodzi o to, że nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ta trumna, pozostawienie telefonu, cała ta sytuacja to jakaś jedna wielka ściema. Cały czas przez głowę przewijały mi się różne głupie pomysły typu: pewnie to jakiś test wojskowy, albo znęcanie się jakiegoś psychopaty, który inspirował się serią filmów Piła :). Nie wiem czy to ja jestem już tak zepsuty hollywoodzkim shitem, czy jednak Pogrzebany ma pewnie niedociągnięcia (za film zabrałem się nie znając żadnych szczegółów fabuły), niemniej ostatecznie wszystko rekompensuje świetny, trzymający w napięciu i jednak zaskakujący finał.
     Kamera rzeczywiście nawet na moment, momencik nie opuszcza ciasnego pomieszczenia, chociaż spodziewałem się, że film będzie bardziej klaustrofobiczny - jakoś nie odczułem ciasnoty drewnianego pudła (no, może pod koniec, ale to i tak nie to samo wrażenie, które miałem podczas oglądania horroru “Zejście“). Również ograniczona do minimum muzyka, jakkolwiek dynamiczna i wpadająca w ucho, była zupełnie zbędna (choć w sumie nie przeszkadzała). Wg mnie śmiertelna cisza budzi większą grozę.



     Cortes napisał scenariusz, wyreżyserował, nakręcił (ponoć zdjęcia trwały aż 17 dni), a wszystko zamknął w budżecie ok. 3mln zielonych. Można? Można. Film pomysłowy, na czasie, trzymający w napięciu - really good job. Można mu, co prawda, sporo zarzucić, ale wydaje mi się, że na pewne rzeczy wypada (a czasami trzeba, szczególnie przy takich rzadkich oryginałach) po prostu przymrużyć oko. Dobry film.

::::::::::::::::: 7/10 :::::::::::::::::

13 stycznia 2011

#21 SHORT FILMS: The Chase Film

0 [dodaj komentarz]


POPRZEDNIE KRÓTKOMETRAŻÓWKI

8 stycznia 2011

SERIALE: Zagubieni - sezon 3

1 [dodaj komentarz]

     Nie ma to jak podczas oglądania ostatniego odcinka zdać sobie sprawę, że już kiedyś przez przypadek obejrzało się go w tv :) Mimo wszystko finał trzeciego sezonu Lostów podobał mi się najbardziej (w porównaniu do dwóch poprzednich) i jestem śmiertelnie ciekawy o czym będą kolejne sezony. Szczególnie, że ostatni odcinek mógłby być (jeżeli przymknąć oko na masę niewyjaśnionych wątków) tym ostatnim odcinkiem w ogóle. A tu jeszcze 3 sezony, czyli ponad 40 odcinków do końca…
     Trójeczka została wyraźnie poświęcona Innym (mieszkańcy wyspy, którzy porwali kilku rozbitków) i muszę przyznać, że serial nic nie stracił ze swojego klimatu. Obawiałem się, że po sukcesie pierwszego i drugiego sezonu, twórcy mogą ulec syndromowi “jest dobrze, dajmy wszystkiego 2x więcej i będzie bardzo dobrze”, ale na szczęście tak się nie stało. Fakt, nowych postaci przybyło, ale główni bohaterowie nie spadli z piedestału i na szczęście pozostali na pierwszym planie. Niemniej muszę wspomnieć o przywódcy Innych, Benjaminie Linus, który okazał się być chyba największym manipulatorem z jakim miałem do czynienia w filmach. Odcinki z jego udziałem potrafią przyprawić o ból głowy - nieważne czy sypie półsłówkami, czy elaboratami, i tak nigdy nie wiadomo czy ściemnia, czy mówi prawdę (a jak już wyjątkowo zdobywa się na to, by rzec coś bez ściemy to i tak robi to w taki sposób, aby mu nie uwierzyć). Aktor Michael Emerson, odwalił naprawdę kawał dobrej roboty chociaż obawiam się, że już na zawsze zostanie Benem - potwornie charakterystyczna rola/postać. Z drugiej strony przywódca rozbitków, Jack Shephard to chyba najbardziej nieprzesadnie pozytywna postać i tutaj też jestem pełen uznania dla aktora Matthew Foxa. Słuchajcie, jak on płacze! :) Mistrzostwo świata. Nie znoszę beczących facetów, ale Fox, nawet w głupich sytuacjach, jak się rozbeczy to ja płacze razem z nim :P
     Trzeci sezon Lostów jest lepszy od drugiego i wg mnie ciut lepszy od pierwszego. Żadnych odcinków “zapychaczy”, natomiast napięcia i oczywiście nagłych zwrotów akcji nie brakuje. Każdy epizod został doskonale rozplanowany i kończy się tak, że można dostać zawału, a potem jeszcze dogorywać z ciekawości tego co będzie dalej. W moim przypadku sprowadzało się to mniej więcej do: “To co, jeszcze jeden odcinek? Ale to już ostatni na dzisiaj, zaraz będzie trzecia w nocy” :) O Lostach trudno pisać nie spojlerując więc kwestii fabularnej można rzec tylko tyle: w tym sezonie, jak i pierwszym oraz drugim, sporo się wyjaśnia, ale przede wszystkim wyjaśnia się niewiele. Każde rozszyfrowanie zagadki rodzi 5 nowych (o co kaman z tym Jacobem?) i, co tu dużo gadać, nie sądzę aby miało się to zmienić - taki już urok tego serialu. Natomiast jak zwykle świetnie wypadają wszelakie retrospekcje z życia poszczególnych bohaterów (nie tylko rozbitków!). Rzekłbym nawet, że tym sezonie są, jakby to ująć, bardziej intensywne w emocje i po prostu ciekawsze. Godne podziwu jest to, że twórcy w jednym odcinku trwającym nieco ponad 40 minut potrafią opowiedzieć dwie historie jednocześnie i w obu przypadkach trzymać widza za gardło.
     72 odcinki za mną, 49 przede mną i jakoś mnie to nie przeraża :) Jeszcze mi się nie znudziło, nie czuje się zmęczony, cały czas chce więcej. Ponoć najsłabsze sezony przede mną (początek czwartego jest jakiś taki dziwny), czas pokaże jakie są naprawdę. Natomiast do 3 sezonu jest bardzo dobrze.

::::::::::::::::: 8/10 :::::::::::::::::


7 stycznia 2011

ZWIASTUNY: Source Code (2011)

2 [dodaj komentarz]
SOURCE CODE
reżyseria: Duncan Jones (człowiek od Moon!)
scenariusz: Ben Ripley
muzyka: Clint Mansell (!!!)
w rolach głównych: Jake Gyllenhaal, Michelle Monaghan

Natrafiłem na ten trailer zupełnie przypadkiem i muszę powiedzieć, że zapowiada się bardzo dobrze. Premiera 6 maja 2011.

6 stycznia 2011

Niepowstrzymany (2010 - kino)

3 [dodaj komentarz]

     Film oparty na wydarzeniach, które miały miejsce w 2001 roku w USA. Przez głupotę jednego z pracowników kolei w trasę wyjeżdża pociąg bez maszynisty, który rozpędza się do ponad 100km/h i mknie samotnie przez całą Pensylwanie. Zdalne zatrzymanie pociągu nie wchodzi w grę, bo wspomniany wyżej pracownik wykazał się nadzwyczajnym brakiem rozumu i nie podłączył hamulców. Katastrofa wisi w powietrzu - jak zatrzymać rozpędzony pociąg transportujący groźne chemikalia, który taranuje wszystko co stanie mu na drodze? (uwaga, będą małe spoilery)



     W filmografii Tony’ego Scotta trudno doszukać się filmu innego niż sensacyjny czy akcji. Trzeba przyznać, że w tej materii powodziło mu się całkiem nieźle - wystarczy wspomnieć takie tytuły jak kultowy Top Gun, Ostatni Skaut, Karmazynowy przypływ, Wróg publiczny czy Człowiek w ogniu. Wg mnie to właśnie na tym ostatnim filmie z ww. skończył się Tony Scott którego lubiłem. Wszystko co potem, czyli Domimo, DejaVu, a w szczególności Metro Strachu było naiwnymi, nie trzymającymi w napięciu średniakami. Po tylu rozczarowaniach nie spodziewałem się po Niepowstrzymanym niczego dobrego, ale gro pozytywnych opinii (że świetne kino akcji, że trzyma w napięciu od początku do końca, że miał być gniot a wyszło ok.) przekonało mnie, że może tym razem Scottowi wyszło.
     Niestety, moim zdaniem, wyszło jak zwykle. Akcja została zamarkowana szalonym, agresywnym, teledyskowym montażem, który momentami potrafi przyprawić o zawrót głowy. Żeby nie było, zdjęcia są w porządku, najazdy kamerą, ujęcia z lotu ptaka, efekty, charakterystyczna kolorystka Tony’ego Scotta itp. - wszystko wygląda naprawdę ok. Ale jeżeli, przykładowo, bohaterowie prowadzą już jakiś durny dialog to do białej gorączki może doprowadzić ciągłe wrzucanie między zdania (albo nawet między słowa) flash migawek jadącego pociągu. Praktycznie co chwile pojawiają się jakieś nowe, wypasione, mega dynamiczne wstawki, które są dodatkowo doprawione drażniącym udźwiękowieniem. Nie mówię o muzyce, bo ta jest całkiem niezła, ale o ryczących samplach dźwiękowych imitujących buczenie, skrzypienie, świsty, które docelowo sugerują zbliżanie się czegoś ogromnego. Za dużo tego! A wierzcie mi, przez większą część filmu NIC się nie dzieje. Są zaledwie dwa, no może dwa i pół :) momenty, w których autentycznie akcja rusza z kopyta. Reszta to teledysk, od którego można dostać oczopląsu.
     Czy film trzyma w napięciu? Momentami tak, ale z reguły sprowadza się to do ryzykownych wybryków głównych bohaterów, którzy próbując zatrzymać pociąg balansują na granicy zdrowego rozsądku. Niestety ogólnie film nie grzeje, nie ziębi z dwóch, prostych powodów - przewidywalności oraz przede wszystkim bijącej z ekranu głupoty. Ktoś powie “ale to kino akcji, o co Ci chodzi” i może ma rację, ale wg mnie film oparty na autentycznej historii, nie będący w typie “zabili go i uciekł” mógłby być trochę bardziej.. normalny? No bo tak na zdrowy rozum, jak zatrzymać pociąg bez maszynisty? Najprościej byłoby dostarczyć maszynistę. np. podlecieć helikopterem i spuścić go na linie lub podjechać drugą lokomotywą (najlepiej od przodu), tak aby człowiek mógł sobie przejść (nawet nie musiałby skakać) do rozpędzonej bestii. Z tego co wiem, w wersji “naprawdę” było tak, że podjechała druga lokomotywa, która po prostu wyhamowała pociąg bez maszynisty (chyba najbezpieczniejszy, ale za to najmniej widowiskowy sposób). W Niepowstrzymanym mamy wszystkiego po trochu i to, nie wiedzieć czemu, jednocześnie. Wszystko ma miejsce mniej więcej w 40 minucie filmu, w której to rozpoczyna się pierwsza próba zatrzymania pociągu. Podlatuje Helikopter z człowiekiem na linie, który szybko, w bliżej nieokreślonych okolicznościach, podczas “desantu” zostaje ranny i traci przytomność. W między czasie druga lokomotywa próbuje wyhamować tą bez maszynisty. Przemilczając już sposób wyhamowywania dodatkowa lokomotywa również w dziwnych okolicznościach wykoleja się, po czym robi widowiskowe boom. Tak więc prowadzone jednocześnie dwie akcje ratownicze kończą się kompletnym fiaskiem - trudno, stało się. Ale chyba normalnym byłoby podjęcie ponownej próby zatrzymania pociągu? W końcu idzie o ludzkie życie i skażenie środowiska, a pociąg przez kilkadziesiąt km jedzie niemalże po linii prostej. Ale nie, po co. Służby ratownicze wychodzą z założenia, że są tak nieudolne, że już nic więcej robić nie będą. I poza obstawianiem szlabanów, nic nie robią. Do akcji wkracza Denzel Washington i Chris Pine (bohaterowie z przypadku), którzy przez jakąś godzinę gonią swoją lokomotywą uciekający im pociąg rozmawiając o jakiś duperelach. Nawiasem mówiąc aktorzy nie mieli tu nic do zagrania więc można tylko zachodzić w głowę, co w takim filmie robi Denzel Washington. Finał tej gonitwy wymownie przemilczę, bo to jeszcze gorsza końcówka od tej jaką Scott zafundował w Metrze Strachu.



     Średni to film. Ma swoje momenty, ale jako całość nie zachwyca. Drażni agresywny montaż, którym próbuje się nadać napięcie i dynamikę - nie kupuje tego. Fabuła jest tutaj szczątkowa (rozpędzony pociąg), a wszystkie poboczne wątki sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę (rozstałeś się z żoną? Zaryzykuj życie, wróci do ciebie w podskokach. Chcą cie wywalić z pracy? Zaryzykuj życie, dadzą ci podwyżkę). Oczywiście, Niepowstrzymany z założenia jest filmem płytkim, więc nie moralizuje, nie poucza, nie zmusza do przemyśleń, ale wg mnie nawet jak na czystą rozrywkę za dużo tu walącej po oczach głupoty. Myślę, że obejrzeć (góra raz) można - dla zdjęć i niezłych efektów, chociaż montaż potrafi zmęczyć, dla dobrej muzyki oraz dla prędkości, którą w kilku momentach można poczuć.

::::::::::::::::: 5/10 :::::::::::::::::

4 stycznia 2011

20# SHORT FILMS: A Very Zombie Holiday

0 [dodaj komentarz]
Seksowny poradnik na wszelki wypadek :)



POPRZEDNIE KRÓTKOMETRAŻÓWKI

2 stycznia 2011

Podsumowanie roku 2010

14 [dodaj komentarz]

Czas na małe, czysto subiektywne podsumowanie roku 2010. Tak jak w zeszłym roku, tak i w tym wszystko będzie opierać się na nominacjach (tym razem po 3) i zwycięstwie jednego filmu (takim symbolicznym) w kilku kategoriach. Zasady są proste, bo pod uwagę wziąłem filmy:
- obejrzane w 2010
- opisane na blogu (w tym roku mniej bo niespełna 40)
Tak więc premiera danego filmu nie ma najmniejszego znaczenia, a seriale oraz filmy z cyklu “Z historią za pan brat” (raptem 6) w podsumowaniu nie zostały przeze mnie uwzględnione. Kategorii niewiele więc wszystko zamyka się w jednym poście.
Tak gwoli ścisłości i przypomnienia, chociaż kto zagląda na kino-dvd ten doskonale wie, zestawienie zawiera głównie filmy rozrywkowe :) Enjoy.





Drużyna A (2010) muzyka: Alan Silvestri
Muzyka jest w tym wypadku chyba najlepszym elementem filmu, ale tylko w momentach z charakterystycznym motywem przewodnim oryginalnej Drużyny A. Reszta to takie symfoniczne łubu-dubu.


Starcie tytanów (2010) muzyka: Ramin Djawadi
Muzyka w Starciu Tytanów nie jest aż taka zła. Jednak jeżeli ktoś wyznaje się na twórczości Hansa Zimmera to na pewno usłyszy bezlik podobieństw (nie wspominając o motywach z Gladiatora, Piratów itp.)


Niezniszczalni (2010) muzyka: Brian Tyler
Potwornie nudny i schematyczny soundtrack, którego trudno dosłuchać do końca bez przysypiania (chociaż w filmie jakoś dawał radę, szczególnie przy drętwych dialogach).






Incepcja (2010) muzyka: Hans Zimmer
Za siłę i rozmach Incepcji w dużej mierze odpowiada muzyka Hansa Zimmera, za którym ostatnio nieszczególnie przepadałem. Jednak po filmie Nolana wszystko się zmieniło. Na początku na okrągło słuchałem utworu Time, ale potem raz za razem zasłuchiwałem się w całej płytce. Genialna muzyka.

Tron: Dziedzictwo (2010) muzyka: Daft Punk
O muzyce było głośno na długo przed premierą filmu. Właściwie wszystkie próbki/sample, które pojawiały się w sieci bardziej, zachęcały do filmu niż oficjalne trailery. Pod tym względem Tron nie zawiódł – ba, w połączeniu ze szklanym światem neonów muzyka Draft Punk brzmi obłędnie.

Moon (2009) muzyka: Clint Mansell
Bez epickiego rozmachu, bez dudnienia, ale klimatycznie. Clint Mansell i wszystko jasne. Jego muzyka nigdy nie pozostawia widza obojętnym na emocje, które ze sobą niesie. Tak samo jest w przypadku Moon, którego soundtrack jest chyba najpogodniejszym z dotychczasowych.







Drużyna A (2010) reż. Joe Carnahan
Zacytuje sam siebie :) to chyba najbardziej, za przeproszeniem, oczojebny film jaki w życiu widziałem. Montaż, nagłe zbliżenia i drgania kamery są tak gwałtowne, że większość rozpierduchy przypomina machanie „po oczach” włączoną latarką. Ten film podobnie jak wszystkie gry komputerowe, powinien mieć ostrzeżenie przed epilepsją.


Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu (2009) reż. Chris Weitz
Utrzymanie filmu w blado-zielonkawych kolorach to jednak trochę za mało. Zamiast klimatycznych zdjęć z pierwszej części w dwójce wieje nudą na kilometr, a kiepskiego wrażenia dopełniają średnie efekty specjalne.




Resident Evil: Afterlife (2010) reż. Paul W.S. Anderson
Przykład na to, że poza technologią trzeba mieć jeszcze łeb na karku, aby ją wykorzystać. Resident powstał ponoć w tej samej technologii co Avatar, chociaż po obejrzeniu filmu trudno w to uwierzyć. Kiepskie 3d, bardzo dużo widocznych efektów komputerowych przypominających cut-scenki z gier komputerowych – po prostu szkoda gadać.







Incepcja (2010) reż. Christopher Nolan
Chyba każdy, kto widział Incepcję zgodzi się ze mną, że ten film mógłby być definicją widowiskowego kina akcji. Nie ma tu ani jednego słabego momentu, za to tych wbijających w fotel jest od groma. W tym roku to chyba jedyna produkcja, którą od początku do końca obejrzałem z szeroko otwartymi oczami (i szczęką przy ziemi) co chwilę zadając sobie pytania „jak oni to zrobili?”.


Książę Persji: Piaski Czasu (2010) reż. Mike Newell
Spore zaskoczenie. Wybierając się do kina nie spodziewałem się, że Książę Persji będzie wypełniony po brzegi widowiskową akcją. Świetne efekty specjalne, doskonałe zdjęcia (te panoramiczne cały czas siedzą mi w głowie) oraz piękna scenografia (miasta, wsie itp.).



Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (2008) reż. David Fincher
To chyba jedyny film, w którym kompletnie nie widać pracy grafików. Praktycznie każde ujęcie przeszło cyfrową obróbkę, albo w ogóle powstało w pamięci komputera, a mimo to film sprawia wrażenie leniwego, tradycyjnie nakręconego dramatu. No i Brat Pitt jako dziadek oraz nastolatek – bezbłędna charakteryzacja, zarówno speców od charakteryzacji i cyfrowych efektów.






9 (2009) reż. Shane Acker
Wiele sobie obiecywałem po filmie Ackera. W krótkometrażówce pokazał intrygującą wizję post-apokaliptycznego świata, pomysłowych bohaterów i sporo niedomówień skłaniających do pytań „jak, dlaczego, po co, co dalej?”. W filmie pełnometrażowym Acker miał możliwość rozbudowania swojej wizji, nadania jej jeszcze głębszego sensu, ale on po prostu… rozciągnął swój projekt do nieco ponad godziny.


Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga'Hoole (2010) reż. Zack Snyder
Legendy sowiego królestwa to naprawdę dobra animacja. Obiecywałem sobie po tym filmie „nie wiadomo co” głównie ze względu na nazwisko reżysera, Zacka Snydera, który zachwycił mnie 300 i Strażnikami. Legendy to wizualnie doskonała, omalże foto realistyczna animacja, ale niestety całością nie potrafiłem się zachwycić.



Alicja w Krainie Czarów (2010) reż. Tim Burton
Alicja w krainie czarów to z jednej strony 100% Burtona, a z drugiej strony za mało Burtona w Burtonie. Kto widział poprzednie filmu tegoż reżysera nie znajdzie tu za wiele nowego, bo Alicja to taki zlepek wszystkich burtonowskich wizji świata umarłych. To oczywiście może być zaletą, mnie jednak rozczarowała wyraźna wtórność. Poza tym, gdzie ten specyficzny, Burtonowski humor?







Incepcja (2010) reż. Christopher Nolan
Wszystko wskazywało na to, że Incpecja będzie hitem. Nolan wyrobił sobie renomę, trailery zapowiadały coś wielkiego i, co tu dużo gadać, Incepcja nie zawiodła. Wrzucam do „Największych zaskoczeń” bo poszedłem do kina wierząc w te wszystkie zapowiedzi, a otrzymałem znacznie więcej. Wydaje mi się, że ten film przeszedł oczekiwania większości widzów.


Książę Persji: Piaski Czasu (2010) reż. Mike Newell
Poszedłem do kina jak na kolejną, ładną produkcję od Disney’a, a okazało się, że to taki Disney po konkretnym tuningu. Akcja, akcja i jeszcze raz widowisko, doprawione świetnymi efektami specjalnymi (w cyfrowej jakości!), dynamiczną muzyką i szczyptą humoru.



Jak wytresować smoka (2010) reż. Dean DeBlois, Chris Sanders
Po obejrzeniu „Jak wytresować smoka” kilka razy zadałem sobie pytanie „to naprawdę był Dreamworks”? Trudno w to uwierzyć, jeżeli w filmie nie ma ciężkiego humoru, bohaterów „dziwolągów” oraz ciągłych nawiązań do innych filmów. A jednak, Dreamworks miał przebłysk geniuszu i wykręcił znakomitą przygotówkę dla każdego.







Starcie tytanów (2010) reż. Louis Leterrier
Nie posłuchałem innych, chociaż ostrzegano mnie przed tym filmem. Nie posłuchałem siebie, chociaż po fatalnym zwiastunie miałem złe przeczucia. Poszedłem więc do kina i mało sobie włosów z głowy nie powyrywałem :). W tej produkcji trudno znaleźć cokolwiek dobrego, a nawet jeżeli ktoś mi palcem wskaże to i tak nie zmieni to jednego – wymęczyłem się na tym filmie potwornie.


Drużyna A (2010) reż. Joe Carnahan
Oryginalna, komediowa Drużyna A była całkiem niezłym fundamentem na nowoczesną przeróbkę. Mam jednak wrażenie, że za produkcję wzięła się osoba, która widziała ze 3 odcinki oryginału. Poza Murdockiem zupełnie nie trafiona obsada, fatalna fabuła, trudna do zdzierżenia muzyka oraz tragiczny, oczojebny montaż.



Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu (2009) reż. Chris Weitz
Już większą przyjemność sprawiałoby mi pranie mózgu z Mechanicznej Pomarańczy niż oglądanie miłosnych uniesień Belli i Edwarda :) Film zabija głupotą.








Incepcja (2010) reż. Christopher Nolan
Co tu dużo gadać – Nolanowi udało się coś co udaje się rzadko i raczej nielicznym. Nakręcił film jakiego jeszcze nie było czyli w końcu coś nowego. Przedziwny, ale jakże przemyślany scenariusz, genialna oprawa audio-wizualna oraz doskonałe aktorstwo. Patrząc przez pryzmat tegorocznych filmów można spokojnie powiedzieć, że Incepcja to praktycznie bezbłędna produkcja.


Wyspa tajemnic (2010) reż. Martin Scorsese
Dla mnie Wyspa tajemnic to definicja thrillera z krwi i kości. Na początku jest to taki typowy, trzymający w napięciu kryminalny thriller, potem zbacza już w rejony psychologicznego dramatu, ale dalej trzymającego w napięciu. Martin Scorsese miał lepsze i gorsze filmy, ten zdecydowanie jest jednym z najlepszych.



Jak wytresować smoka (2010) reż. Dean DeBlois, Chris Sanders
W „Jak wytresować smoka” dzieje się naprawdę dużo, a końcówka swoim rozmachem zwyczajnie wbija w fotel. Do tego film jest rewelacyjnie udźwiękowiony (dubbing też na wysokim poziomie), a akcji przygrywa bardzo klimatyczna muzyka Johna Powella. Niczego więcej nie potrzeba, wszystko jest tak jak być powinno.





W kategorii "NAJGORSZY SOUNDTRACK 2010" wygrywa:
Drużyna A (2010) reż. Joe Carnahan muz. Alan Silvestri

Muszę przyznać, że z najgorszym soundtrackiem 2010 miałem chyba największy problem. W tym roku większość tego co dane było mi usłyszeć była raczej na przyzwoitym poziomie. Z początku głównym faworytem do najgorszego soundtracka był ten od Niezniszczalnych, ale po ostatecznym odsłuchu doszedłem do wniosku, że muzyka z Drużyny A jest jednak gorsza. Brakuje mi w niej prostoty, jakiegoś łatwo przyswajalnego motywu przewodniego (oryginalnego było niestety niewiele), zamiast tego kompozycje Silverstri męczą hucznym łubu-dubu.

W kategorii "NAJLEPSZY SOUNDTRACK 2010" wygrywa:
Tron: Dziedzictwo (2010) reż: Joseph Kosinski muz: Daft Punk

W tej kategorii od początku faworyzowałem Moon i Incepcję. Prawdopodobnie wygrałaby muzyka z Incepcji, ponieważ wsłuchiwałem się w nią już ze 100 razy i jeszcze mi się nie znudziła. Ale muzyka Daft Punk bardzo szybko stała się dla mnie numer 1. Przede wszystkim dlatego, że ten rodzaj muzyki, czyli połączenie elektroniki i muzyki symfonicznej pojawia się w filmach bardzo rzadko, a jeśli już to połączenie jest skromne, nie rzucające się w ucho (jakieś tam mało znaczące wstawki). W Tronie to połączenie jest niczym Avatarowskie efekty specjalne - rzuca na kolana. Nawet teraz, pisząc to całe podsumowanie na okrągło słucham Daft Punk.

W kategorii "NAJGORSZE WIDOWISKO 2010" wygrywa:
Resident Evil: Afterlife (2010) reż. Paul W.S. Anderson

Długo zastanawiałem się nad tym co gorsze: tragiczny montaż w Drużynie A przez który widać co najwyżej przebłyski akcji, czy gigantyczna ilość slow motion w Residencie pokazująca zupełnie nic lub fatalne efekty komputerowe. Zdecydowałem, że wole doszukiwać się przebłysków dobrych efektów specjalnych, aniżeli patrzeć na żenujący pokaz szpanerskiego widowiska i to jeszcze pod szyldem technologii z Avatara.

W kategorii "NAJLEPSZE WIDOWISKO 2010" wygrywa:
Incepcja (2010) reż. Christopher Nolan

Wygrana w tej kategorii nie powinna chyba nikogo dziwić. Incepcja to doskonałe efekty specjalne podane w genialnym montażu. To nie jest widowisko w którym strzelają się dla samego strzelania, a wszystko wybucha tylko po to, aby pokazać jak największe kaboom. W Incepcji wszystko jest surowe, pozbawione cyfrowego szlifu, po prostu realistyczne. Do dzisiaj pamiętam poszczególne sekwencję, a ta ze zmianą grawitacji ciągle nie daje mi spokoju.

W kategorii "NAJWIĘKSZE ROZCZAROWANIE 2010" wygrywa:
Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga'Hoole (2010) reż. Zack Snyder

Teoretycznie film ok, nawet bardzo ok, ale czuje po nim gigantyczny niedosyt. Klimatyczne, wypełnione widowiskową przygodą trailery oraz Zack Snyder, gość od 300 i Strażników, na stołku reżysera - to musiało wypalić wgniatającą w fotel produkcją. Nie wypaliło. Szkoda, chociaż Snydera nie spisuje jeszcze na straty. w przyszłym roku do kin wejdzie jego Sucker Punch i to będzie jego chwila prawdy :)

W kategorii "NAJWIĘKSZE ZASKOCZENIE 2010" wygrywa:
Jak wytresować smoka (2010) reż. reż. Dean DeBlois, Chris Sanders

Jest to jedna z najlepiej ocenianych produkcji Dreamworks ostatnich lat. Tak jak spora część zadowolonych widzów, znając większość produkcji tej wytwórni nie spodziewałem się po Jak wytresować smoka niczego dobrego. A jednak, film okazał się znakomitą przygodówką dla całej rodziny. Mam nadzieję, że Dreamworks jeszcze nas zaskoczy, chociaż patrząc na Megamocnego jest to raczej mało prawdopodobne.

W kategorii "NAJGORSZY FILM 2010" wygrywa:
Starcie tytanów (2010) reż. Louis Leterrier

Wymęczyłem się na tym filmie potwornie. Prosty jak budowa cepa scenariusz, fatalnie dobrana obsada (z Samem Worthingtonem na czele), słabo zagrany (ponownie z Samem Worthingtonem na czele), tragiczne dialogi i do tego średnie, jak na rozrywkowe kino, widowisko (tu całkiem spora zasługa beznadziejnego 3D). Ledwo wytrzymałem do końca.

W kategorii "NAJLEPSZY FILM 2010" wygrywa:
Incepcja (2010) reż. Christopher Nolan

Doskonale skomplikowany, wciągający, widowiskowy i bezkonkurencyjny. Nawet jeżeli wziąć pod uwagę masę tytułów, których nie opisałem na blogu, trudno byłoby znaleźć godnego rywala. Wg mnie największą zaletą tej produkcji jest to, że potrafi trzymać jeszcze długo po jej obejrzeniu. O tym filmie chce rozmawiać, wnikać i rozkminiać. Obejrzeć raz, a nawet dwa, to zdecydowanie za mało.

I to wszystko jeżeli chodzi o podsumowanie roku 2010. Mam nadzieję, że w 2011 będę miał trochę większy wybór... :)
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku :)