10 maja 2011

#25 SHORT FILMS: Czarny punkt

1 [dodaj komentarz]
Teraz Polska!




POPRZEDNIE KRÓTKOMETRAŻÓWKI

7 maja 2011

Kod nieśmiertelności (2011 - kino)

2 [dodaj komentarz]

     Odważyłem się mieć nadzieję, że Kod nieśmiertelności będzie jednym z lepszych filmów roku 2011. Liczyłem na nowatorstwo reżysera Duncana Jonesa, który w gatunku SF dał popis swoich możliwości w kameralnym, ale udanym Moon. Oczekiwałem czegoś nowego, dobrze pogmatwanego, ale i dynamicznego. Po obejrzeniu zapowiedzi wszystko wskazywało na to, że dopiero teraz Jones pokaże na co go stać.



     Pierwsze rozczarowanie przychodzi z pierwszymi sekundami filmu, kiedy to na ekranie pojawia się fantastyczna panorama Chicago, a z głośników zaczyna rozbrzmiewać muzyka pozbawiona jakiegokolwiek motywu przewodniego. Ot tak, po prostu sobie brzdąka, trochę złowieszczo, trochę dla samego dudnienia. Zupełnie jak do filmów katastroficznych sprzed 20 lat. Wniosek? Tego nie mógł skomponować Clint Mansell. I rzeczywiście, po krótkiej chwili na ekranie pojawia się info 'music by nikomu nieznany Chris Bacon'. Co się stało z Mansellem, który miał być autorem ścieżki dźwiękowej? Nie wiem, ale nie mam wątpliwości co do pana Bacona - odkrycia nie będzie z niego żadnego.
     Po pierwszym zgrzycie przychodzi czas na fabułę. Tytułowym Kodem okazuje się system pozwalający na wejście w ciało człowieka na kilka minut przed jego śmiercią. Kapitan Colter Stevens (Jake Gyllenhaal) otrzymuje misję - rozpoznać i powstrzymać terrorystę podkładającego bomby w Chicago. Wystarczy, że przy pomocy kodu nieśmiertelności wejdzie w ciało ofiary ostatniego zamachu i odnajdzie zamachowca. Zadanie wydaje się być dość proste, ale Jake przeczuwa, że jego przełożeni nie są z nim do końca szczerzy i coś przed nim ukrywają.
     Kod nieśmiertelności pomimo całkiem oryginalnego pomysłu grzeszy olbrzymią schematycznością. Stopień przewidywalności jest tak wielki, że nie sposób nie wyczekiwać oczywistych zwrotów akcji. Poza tym zwolennicy realistycznego kina SF, czyli takiego które jest naciągane, ale nie głupie (np. Incepcja) powinni dwa razy zastanowić się przed wypadem do kina bowiem fabuła Kodu przypomina nasze polskie drogi - kiepskie oznakowanie oraz dziurki, dziury i kratery. Niewielkim usprawiedliwieniem może być fakt, że Kod Nieśmiertelności wpisuje się w dość trudny do opanowania nurt filmów o podróżach w czasie/między alternatywnymi rzeczywistościami. A wiadomo, że w tego typu filmach z logiką bywa ciężko i wiele niedomówień/przegięć trzeba jakoś łyknąć bądź na siłę sobie dopowiadać. Kod Nieśmiertelności jest filmem o rzeczywistości, stawia proste pytania - co jest rzeczywistością, gdzie jest jej granica, jaki mamy na nią wpływ. Ale trzeba mieć naprawdę dużą tolerancję na wszelakie niedomówienia i rozwiązania fabularne, aby próbować odpowiedzieć sobie na to pytanie. Całości dopełnia zakończenie, które przyznaje, było na swój sposób zaskakujące, ale (uwaga) zupełnie niepotrzebne. Film powinien się skończyć dokładnie w tym momencie, w którym sprawia wrażenie, że się kończy. Byłby to słodko-gorzki, ale naprawdę dobry finał. Jednak twórcy woleli pójść o krok dalej i dorzucić trochę słodyczy oraz pozostawić otwartą kwestie tego czy ten film ma jakiś sens czy nie. Po co? Wolałbym, aby ostatnie 5 minut było dorzucone na dvd w formie dodatku, alternatywnego zakończenia - wtedy wrażenie po filmie miałbym zdecydowanie lepsze.



     Sytuacje odrobinę ratuje nieźle dobrana obsada, dobra gra aktorska, oraz postać głównego bohatera Coltera Stevensa, który ma sporo wspólnego z Samem z Moon (bez spoilerów więcej powiedzieć nie mogę). Nie mniej film Dunacana nie porywa. Brakuje mu tempa i wciągającej fabuły. Poza tym Kod nieśmiertelności jest produkcją zupełnie bez stylu, charakteru. Sprawia wrażenia filmu nakręconego zgodnie z instrukcją “Jak nakręcić najbardziej klasyczny, podstawowy film SF?”. Oczywiście, to nie musi od razu oznaczać, że film jest do bani, ale jeżeli oczekuje się od niego “nie wiadomo czego” to rozczarowanie jest raczej uzasadnione :)

::::::::::::::::: 5/10 :::::::::::::::::

5 maja 2011

Tożsamość (2011 - kino) Pokaz przedpremierowy

3 [dodaj komentarz]

     Reaktywacja :). Spontaniczna, ponad półtoramiesięczna przerwa nie tylko od blogowania, ale i od kina chyli się właśnie ku końcowi. Czasami trzeba odsapnąć od swojego hobby, a remont i meblowanie 4 kątów sprzyja tego typu "urlopom". Mam nadzieję wrócić do w miarę regularnego pisania i nadrobić spore zaległości nie tylko z tego, ale jeszcze z zeszłego roku (a trochę się tego nazbierało). Na wszystko przyjdzie jednak czas, bo dzisiaj, żeby było ciekawiej, totalny exclusive, absolutnie przedpremierowo, bo o filmie, którego jeszcze nie ma w kinach. Zabrzmiało szumnie, szczególnie, że premiera owego filmu pt. Tożsamość w reżyserii Jaume Collet-Serr dopiero za hen, hen czyli za kilka godzin, tj. jutro 6 maja :). No ale co tam, mogę sobie pozwolić - w końcu ja już film widziałem, a Wy jeszcze nie :)



     Głównym bohaterem Tożsamości jest Dr Martin Harris (Liam Neeson), który będąc w Berlinie uczestniczy w wypadku komunikacyjnym. 4 dni śpiączki, przebudzenie i, klasycznie już, nic nie jest takie jak było przed wypadkiem. Żeby nie było, Martin mniej więcej pamięta kim jest, ale w rzeczywistości w której się obudził nikt go nie poznaje. Wielkie WTF! podkręca żona Martina, która informuje go, że nie może być jego żoną, bo od lat jest żoną innego faceta, który... również nazywa się Dr Martin Harris. Kto więc jest prawdziwym Martinem Harrisem?
     Tożsamość to przemyślany, bardzo dobrze zrealizowany thriller sensacyjny. Trzyma w napięciu gdzieś tak od 35 minuty do samego końca :) Wbrew pozorom wcale nie jestem złośliwy, bowiem z początku cała intryga wydaje się być lekko ślamazarna i do tego schematyczna. Motyw przebudzenia i szukania odpowiedzi na pytanie "kim jestem?" chyba nikomu nie jest obcy, więc siłą rzeczy trudno oprzeć się oczywistym oczywistościom. Ta go nie poznaje, ten pewnie go wyroluje, tamten na pewno udaje, i tak człowiek układa sobie naciągany finał misternej intrygi. Ale zdaje się, że twórcy doskonale zdawali sobie z tego sprawę i na początek wrzucili wszystko, co już gdzieś, kiedyś było, by potem bez problemu zaskakiwać widza zwrotami akcji, których nie sposób przewidzieć. Siedzę więc sobie w nieszczęsnym kinie, oglądam film bez jakiegoś szczególnego zachwytu i już mam patrzeć na zegarek, już podnoszę rękę, już zawijam rękaw, już mam włączyć podświetlenie w zegarku gdy właśnie mniej więcej w 35 minucie fabuła zaczyna się nieprzyzwoicie kiełbasić wywracając moje domysły do góry nogami, a akcja gwałtownie rusza z kopyta chwytając mnie za gardło i tarmosząc na wszystkie strony. Bez koloryzowania muszę powiedzieć, że zaskoczenie, może nie aż tak wgniatające w fotel, wyszło twórcom całkiem zgrabnie (i to kilka razy), a rozwiązanie całej zagadki, bez wdawania się w szczegóły okazało się więcej niż satysfakcjonujące (chociaż sam finał taki, jakiś… no nie wiem… za mało mocny? Zbyt hollywoodzki? Obawiam się, że z czasem dojrzeje do tego, aby stwierdzić, że zbyt oklepany. Ale póki co wrażenie nawet, nawet i tego się trzymajmy :) ).
     Do technicznej strony Tożsamości trudno mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Akcja ma miejsce w Berlinie, więc jest dosyć swojsko, muzyka nieźle podkręca dynamikę, efekty specjalne przyjemnie błyskają z ekranu, a montaż będący niemalże kalką tego z trylogii Bourneya (najlepiej widać to w całkiem widowiskowym pościgu) nie przyprawia o ból głowy. Drażnić może obecność cierpiętnika Liama Neesona, którego ogólnie toleruję, aczkolwiek nie ukrywam, że dla mnie to aktor grający na zasadzie kopiuj-wklej.



     Tożsamość to film w sam raz na jeden raz. Dynamiczne, trzymające w napięciu kino, które jakoś trzyma się kupy i nie ogłupia (przynajmniej nie bardziej niż inne filmy). Konkretna dawka rozrywki, którą mogę spokojnie polecić.

::::::::::::::::: 7+/10 :::::::::::::::::